Książka stanowi cudowny przedmiot, dzięki któremu świat poczęty w umyśle pisarza przenika do umysłu czytelnika... Każda książka żyje tyle razy, ile razy została przeczytana.

Opowiadania

piątek, 30 sierpnia 2013

Opowiadanie Gdańska Staruszka napisałam na konkurs Sztuki Czytania pt. Literacka podróż po Gdańsku. Tekst się Jury nie spodobał i nic nie wygrałam, ale przynajmniej mogę teraz zamieścić go na blogu.

Zainspirował mnie na tyle, że kto wie... może kiedyś powstanie książka pod tym tytułem, która będzie czymś w rodzaju "Pamiątki z Paryża" tylko, że fabuła znajdzie się w Gdańsku.

Gdańska Staruszka

Duża, granatowa walizka wystukiwała swój rytm na kamiennych płytach ulicy Długiej, a chłodny poranek owijał ją mgłą lipcowego świtu. Paweł ciągnął swoją walizkę od przystanku tramwajowego przy Bramie Wyżynnej i z mapą w dłoni kierował się w stronę domu, w którym - miał nadzieję, czekał na niego schorowany ojciec. Nie widział go od ponad dwudziestu lat, kiedy kochany tatuś zostawił wszystko i wyjechał za jakąś paniusią na drugi koniec Polski i zapomniał o tych, którzy kiedyś byli mu tak samo bliscy. List, który ktoś przysłał z informacją, że ojciec umiera, najpierw wywołał w nim złość, a potem sumienie jednak cofnęło go do lat wczesnego dzieciństwa, kiedy ten obcy mu już w tej chwili mężczyzna sadzał go na kolanach i opowiadał zabawne historie.

Mijając fontannę Neptuna ledwo zaszczycił ją swoim wzrokiem. Nie interesowały go cuda Gdańska, nienawidził tego miasta dlatego, że kiedyś, dawno temu zabrało mu ojca. Zbliżając się do Zielonej Bramy, pomyślał, że gdyby był tutaj w innym czasie i w innych okolicznościach, to ta najprawdopodobniej jedna z najstarszych bram wodnych Gdańska zrobiłaby na nim inne wrażenie. Wiedział, że była częścią Drogi Królewskiej, która przez Zielony Most, a potem przez Bramę Stągiewną, a następnie przez Długie Ogrody i Bramę Żuławską prowadziła na Elbląg i Królewiec. Ale czy to teraz ważne?

Na Zielonym Moście zatrzymał się przez chwilę i jeszcze raz popatrzył na mapę, na której zaznaczony był adres ojca. Zerknął na statki pasażerskie przy nabrzeżu i ruszył dalej w stronę ulicy Długie Ogrody. Angielska Grobla zaznaczona była, jako ulica równoległa. Obserwując budzące się po letniej nocy miasto doszedł do kolejnego mostu, który łączył Wyspę Spichrzów z Długimi Ogrodami. Przeszedł przez Bramę Stągiewną i obok baszty zatrzymał się ponownie w zadumie spoglądając na piękne jachty spokojnie falujące na Nowej Motławie.

- Już jestem prawie na miejscu – pomyślał i rześkim krokiem ruszył dalej, czując jak emocje zaczynają pokonywać zmęczenie po nocnej podróży.

Minął stary kościół i skręcił w ulicę Seredyńskiego, tak jak pokazywała mapa. W ciągu kilku minut znalazł się pod domem ojca. Wszedł po starych, drewnianych schodach na drugie piętro i zadzwonił do drzwi. Głucha cisza panująca na klatce schodowej spowodowała, że poczuł dziwny niepokój. Nacisnął guzik dzwonka ponownie i zaczął nasłuchiwać.

- Pana Henryka nie ma – za plecami usłyszał głos starszej kobiety.

Odwrócił się gwałtownie i zaskoczony popatrzył na niską, korpulentną panią w grubym niebieskim szlafroku, stojącą na progu mieszkania po przeciwnej stronie.

- A pan to kto? – zapytała mierząc go ciekawskim wzrokiem.

- Dzień dobry, przyjechałem do ojca. Nazywam się Paweł Pokala – uśmiechnął się do starszej pani i wyciągnął w jej stronę dłoń.

- Ojca? – kobieta zrobiła zaskoczoną minę. – Henryk miał syna? Nigdy o nim nie wspominał, ale proszę wejść do środka. – Kobieta szeroko otworzyła drzwi i gestem zaprosiła go do mieszkania.

Paweł spojrzał jeszcze raz na drzwi mieszkania swojego rodzica i posłusznie wszedł za starszą panią.

- Spóźnił się pan – powiedziała kobieta siadając na starym, dużym fotelu. – Henryk zmarł dwa dni temu, jutro jest pogrzeb.

Mężczyzna poczuł jak żal i złość zaczynają ze sobą konkurować. Przyglądając się pomarszczonej twarzy, na której wciąż widniały ślady dawnej wielkiej urody zauważył szklące się w dużych oczach łzy.

- Proszę, o to klucze do mieszkania pana ojca. Gdybyśmy wiedzieli, że Henryk ma rodzinę powiadomilibyśmy wcześniej. – Kobieta podała pęk kluczy i uśmiechnęła się przepraszająco. – Proszę iść i odpocząć, a później zapraszam pana na coś do jedzenia, bo zapewne pan zmęczony po podróży – zerknęła na dużą walizkę stojącą w przedpokoju.

Paweł kiwnął głową i poczuł, jak informacja o śmierci ojca i kilkanaście godzin spędzonych w nocnym pociągu, a przed tym kilka nieprzespanych nocy triumfują nad jego ciałem i umysłem.

- Dziękuję, ale nie chcę pani przeszkadzać.

Wstał i skierował się w stronę wyjścia.

- Pan mi nie przeszkadza - odpowiedziała kobieta. – Cieszę się, że pana poznałam, chociaż… - zamyśliła się – nie rozumiem, dlaczego Henryk nigdy o panu nie wspominał.

Mężczyzna wyszedł i zniknął za starymi drewnianymi drzwiami mieszkania ojca.

Obudził go dziwny dźwięk dobiegający jakby zza światów. Usiadł na kanapie i zaczął nasłuchiwać. Dźwięk dzwonka był tak natarczywy, że Paweł nabrał przekonania, iż zaraz rozsadzi mu głowę. Szybko wciągnął spodnie, które powiesił na krześle zanim postanowił się zdrzemnąć i poszedł do drzwi.`

- Odpoczął pan? - Na progu stała starsza pani i uśmiechała się do niego, smutnym aczkolwiek ciepłym uśmiechem.

- Tak, dziękuję – wydukał łapiąc się na tym, że dopiero teraz zorientował się gdzie jest.

- To dobrze, pomoże mi pan zrobić zakupy? – kobieta spojrzała na niego błagalnym wzrokiem.

- Oczywiście – odpowiedział, chociaż myślami był zupełnie innego zdania.

- To chodźmy – starsza pani złapała go za rękę i wyciągnęła na korytarz.

Szli dłuższą chwilę w milczeniu, mijając stare budynki śródmieścia Gdańska.

- Wie pan skąd się wzięła nazwa naszej ulicy – zapytała kobieta ciekawie spoglądając na swojego towarzysza.

- Nie, nie wiem.

- Nazwa ulicy wzięła się od kupców angielskich, którzy na początku XV wieku osiedli tutaj, tak właściwie ukrywając się, aby uniknąć wrogości gdańszczan. Kiedyś ta ulica była poza murami Głównego Miasta.

- A te mury to co? – Paweł wskazał na zgliszcza i ruiny jakiegoś budynku.

- To pod numerem 19 – odpowiedziała starsza pani. – Od 1894 roku mieścił się tutaj Zespół Rzeźni Miejskiej.

Kolejne minuty szli w milczeniu. Starsza pani starannie ukrywając ból i ciężar chodzenia szła obok młodego człowieka przyglądając się mu z zainteresowaniem.

Słońce stało już wysoko, a cienie drzew były bardzo krótkie.

- Muszę na chwilę usiąść – kobieta skierowała się w stronę ławki. – Niestety wiek ma swoje prawa i mankamenty.

Usiedli obok siebie i Paweł na chwilę stracił poczucie czasu. Dopiero dźwięk dzwonów wyrwał go z zamyślenia. Odwrócił głowę w stronę starego kościoła i zaciekawiony spojrzał na około czterdziestometrową wieżę górującą nad budynkami.

- To kościół świętej Barbary – usłyszał obok siebie dumny głos starszej pani. – A w jego wieży umieszczono trzy spiżowe dzwony, które są darem votum kapłanów diecezji magdeburskiej. Powstał o ile się nie mylę w 1387 roku i początkowo znajdował poza obrębem miejskim jako szpital dla zakaźnie chorych z kaplicą pod wezwaniem św. Barbary, określaną jako Barbara Capella. W Średniowieczu ta strefa Gdańska kojarzyła się z głównie z kościołem i szpitalem świętej Barbary. Do szpitalika, prócz podróżnych, przywożono cierpiących flisaków. Przy nim znajdowała się niewielka kapliczka, na miejscu której w latach trzydziestych XV w. wzniesiono solidną świątynię halową – kobieta mówiła spokojnym tonem dumnie spoglądając w stronę kościoła. - Przy kościele funkcjonowała szkoła i przytułek. Budynek wiele przeszedł, ale jest dumą tej dzielnicy. W 1499 roku doszczętnie spłonął, a pożary dopadały go jeszcze kilka razy w latach 1537 i 1545 o ile się nie mylę, ale został odbudowany i wzmocniony podporami. Po odbudowie większość gdańszczan, która przeszła na luteranizm doprowadziła do tego, że świątynię przekształcono na kościół luterański. W 1613 roku na wieży umieszczono zegar, który dodał jej swoistego uroku – kobieta po raz kolejny spojrzała w stronę starego kościoła. – Około 1746 albo 1747 roku, dokładnie nie pamiętam… Andreas Hildebrand, wybitny gdański organmistrz zbudował 39-głosowe organy, a w 1788 roku szkołę parafialną przy kościele przekształcono z łacińskiej na niemiecką.

- Dużo pani wie na temat tego kościoła – Paweł pokiwał z uznaniem.

- Oj tak, mój tata zaraził mnie historią Gdańska – starsza pani roześmiała się. – Jeżeli jednak pana to nie interesuje, to nic więcej nie powiem.

- Nie, nie! Proszę opowiadać, chętnie posłucham – zawołał młody mężczyzna i uśmiechnął się najpiękniej jak potrafił.

- No dobrze – kobieta poklepała go po dłoni. – W latach 1806 i 1807 w kościele znajdował się szpital wojskowy i magazyny.

- To znaczy podczas Powstania Wielkopolskiego i Kampanii Pomorskiej? – Paweł przerwał zadowolony z wiedzy, jaką zapamiętał z czasów studiów.

- Tak. Widzę, że odrobił pan zadanie domowe – kobieta uśmiechnęła się z uznaniem. – Jeszcze w styczniu 1807 roku Dąbrowski wydzielił ze swojej legii grupę dowodzoną przez pułkownika Garczyńskiego, który zajął Piłę, Wałcz i Wieleń. W tym samym czasie oddziały generała Michała Sokolnickiego zajęły Słupsk, a potem wzięły udział w oblężeniu Gdańska. W maju miasto skapitulowało – starsza pani głęboko westchnęła. – Ale wracając do kościoła, to niestety w 1945 roku w wyniku działań wojennych zawaliły się ściany szczytowe, górna kondygnacja wieży a także dachy, a razem z nimi większa część sklepień w północnych kaplicach i w arkadach oddzielających nawy. Zniszczeniu uległy również piękne i cenne organy. Pamiętam, jak w 1956 roku rozpoczęto odbudowę kościoła, a trzy lata później świątynię przejął kościół katolicki – kobieta zamyśliła się. – Dziesięć lat później parafia otrzymała ufundowane przez katolików niemieckich trzy spiżowe dzwony, które wcześniej przeznaczone były dla kościoła mariackiego.

- A organy? – zapytał Paweł.

- Dopiero w 1999 roku organmistrz Jerzy Kurecki z Koźmina zbudował nowe, ale już tylko 16-głosowe i mechaniczne, takie wie pan… piszczałkowe.

- A tam, co to jest za budowla – Paweł spojrzał w lewo.

- Tamto? – kobieta podążyła wzrokiem w kierunku, w który patrzył mężczyzna. – To zabytkowa Brama Żuławska, którą wzniesiono w 1628 roku, przynajmniej taka data znajduje się z przodu budowli od wschodniej strony, gdzie budowlę upiększają ozdoby i odnowiony Herb Gdańska. Jeszcze na przełomie XIX i XX wieku bramę otaczały wały ziemne.

- Solidna budowa – Paweł kiwnął głową z uznaniem.

- Tak, Brama zbudowana jest z cegły piaskowca – odpowiedziała starsza pani.

- Przyjemnie tutaj – mężczyzna wyciągnął nogi i wygodnie oparł się o tył ławki. – Bardzo przyjemna ulica.

- To dzielnica całego mojego życia – kobieta westchnęła głęboko. – Ta ulica, która teraz nazywa się Długie Ogrody była w latach od 1945 do 1989 częścią tamtej ulicy, Elbląskiej – wskazała dłonią poza Bramę Żuławską. Zanim ulica znalazła się w obrębie miejskich fortyfikacji, osiedlali się tu drobni rzemieślnicy reprezentujący profesje charakterystyczne dla miasta stoczniowo-portowego, a wśród nich dominowali powroźnicy. Bezpiecznie czuli się tu także rzemieślnicy odłączeni do cechu tak zwani partacze, wykonujący rzemiosło nielegalnie. Długie Ogrody, przez setki lat były dla handlarzy i rzemieślników miejscem doskonałych możliwości zbytu dla swoich usług i towaru. Wielkie targowisko, które było czynne w każdą środę i sobotę przetrwało aż do XIX. Kiedy zasypano głęboki kanał odwadniający tutejszy trakt, który wiódł w kierunku wschodnim, bardzo wypiękniało. Pod koniec XVIII wieku posadzono efektowne szyki drzew, wzdłuż których w okresie corocznego Jarmarku świętego Dominika ustawiano stragany – starsza pani na kilka chwil umilkła.

Paweł przyglądając się szpalerom drzew i dwujezdniowemu ciągowi z miejscami parkingowymi pośrodku również nie odzywał się.

- W latach 1751-1760 przy Długich Ogrodach wzniesiony został jedyny niegdyś w Gdańsku kompleks pałacowy, zaprojektowany przez włoskiego architekta, ale nazwiska nie znam – kontynuowała kobieta. - Polski magnat Jerzy Wandalim Mniszech miał tam swoją siedzibę, a odkupił ten kompleks od Mikołaja Wojciecha Weihera. Po wkroczeniu do miasta wojsk napoleońskich, urządzono tam komendę miasta. Przebywał w niej także w 1810 roku książę Józef Poniatowski, był gościem Jeana Rappa, ówczesnego ministra wojny Księstwa Warszawskiego. Niestety pałac w 1906 roku rozebrano, ale w gdańskim Muzeum Narodowym zachowały się zdobiące niegdyś bramę wjazdową rzeźby wykonane przez Johanna Heinricha Meissnera.

- Wie pani, że jeszcze kilka godzin temu myślałem, że nienawidzę tego miasta, ale dzięki pani chyba je pokochałem – Paweł popatrzył na starszą panią z uznaniem. – Jak ma pani na imię? – zapytał odważnie spoglądając w duże zielone oczy, okolone siateczką zmarszczek.

- Jadwiga.

- Piękne imię, takie staropolskie.

- Tak, jak królowa, żona Władysława Jagiełły – kobieta roześmiała się. – No dobrze odpoczęliśmy to możemy iść dalej.

Starsza pani wolno podniosła się i skierowała w stronę hipermarketu Biedronka.

- Pani Jadwigo, czy dałaby się pani zaprosić na obiad?

- Ja? Na obiad? – starsza pani przystanęła i zaskoczona zerknęła na towarzyszącego jej mężczyznę.

- Chciałbym, aby opowiedziała mi pani jeszcze coś nieco o Gdańsku, a nad Motławą widziałem sporo restauracyjek. Proszę. – Paweł zrobił błagalną minę i uśmiechnął się.

- Skoro pan nalega…

- Cudownie, w takim razie kierujemy się nad Motławę.

Paweł uśmiechnął się do starszej pani i wolnym krokiem podążył za nią. Kiedy przechodzili przez most prowadzący do ulicy Długiej kobieta zatrzymała się.

- Tam po lewej jest pierwsza brama wodna, Brama Krowia, przez nią przechodzę na ulicę Ogarną do mojej siostry – starsza pani wskazała dłonią w kierunku niewielkiej budowli. - Dawno temu przez tę bramę przepędzano bydło na Wyspę Spichrzów, przeznaczone na rzeź, ale była ona również przejściem dla groźnych psów, które nocą strzegły właśnie Wyspy Spichrzów oraz spichlerzy przed złodziejami lub innymi oprychami. O Bramie Zielonej chyba nie muszę panu mówić, bo z pewnością zna pan jej historię.

- Tyle, o ile… – Paweł zaczerwienił się.

- Czego to was w tych szkołach uczyli? – kobieta uśmiechnęła się na widok zażenowania na twarzy swojego towarzysza. - Ta brama była reprezentacyjną, chociaż dawno temu zamiast niej stała tutaj Brama Kogi, która nazwę swoją zawdzięczała średniowiecznemu statkowi pływającemu między innymi po wodach Bałtyku. Koga to była nazwa tego statku. Rozebrano jednak tę bramę, a także Most Kogi… zaraz…, zaraz – starsza pani zamyśliła się – gdzieś chyba ze 450 lat temu, i w tym miejscu zbudowano Bramę Zieloną i postawiono ten most na którym stoimy, to znaczy Most Zielony. Wie pan dlaczego nazywa się „zielony”?

- Nie mam pojęcia – Paweł rozejrzał się ciekawie dookoła.

- Ponieważ na jego budowę użyto kamienia o zielonkawym kolorze. Łączył on tak samo jak Most Krowi miasto z Wyspą Spichrzów, po której niestety pozostały tylko te ruiny. Ale wracając do Bramy Zielonej, miała ona służyć jako mieszkanie dla królów polskich w danym okresie przebywających w Gdańsku, dlatego ozdobiono ją herbami, posągami i wykuto przejścia. Tam na piętrze urządzano uroczystości i piękne bale – kobieta westchnęła z nutą rozmarzenia. – Teraz gdańskie Muzeum Narodowe organizuje tam wystawy. Jak znajdzie pan czas to proszę iść i zobaczyć, znajdują się tam ciekawe zabytki sztuki i kultury.

- Na pewno skorzystam z pani rady.

- Lubię spacerować tu, po Długim Pobrzeżu, chociaż latem są tutaj tłumy. Kiedyś był tu port dawnego miasta, do którego przybijały statki z towarami z różnych stron Europy. Wszędzie tu kwitł handel. – kobieta rozejrzała się dookoła. - Spacerowali tędy liczni obcokrajowcy, prawie tak jak teraz – starsza pani roześmiała się. – A to Brama Chlebnicka – wskazała na starą bramę zamykającą ulicę Chlebnicką. – Tam w miejscach, gdzie teraz są okna były, kiedyś otwory strzelnicze, natomiast w zwieńczeniu łuku bramnego znajduje się herb Gdańska z dwoma krzyżami, bez korony, a od strony ulicy ozdabia ją płyta z motywem lilii.

Paweł rozglądał się zaciekawiony i nie mógł wyjść z podziwu nad wyjątkową wiedzą i pamięcią starszej pani.

- Powinna pani uczyć historii, tak pięknie pani opowiada.

Kobieta uniosła kąciki ust w skromnym uśmiechu.

- Następna to Brama Mariacka, która zamyka piękną ulicę Mariacką – starsza pani powróciła do przedstawiania zabytków miasta. - Ona też jest ozdobiona herbami. Widzi pan te trzy herby: Polski, Prus Królewskich i Gdańska?

Paweł uniósł głowę i zaczął przyglądać się. Zauważył, że herb Gdańska posiada koronę.

- Zastanawia się pan nad koroną? – kobieta jakby czytała w jego myślach. – Ta brama powstała po 1457 roku, kiedy to król Kazimierz Jagiellończyk nadał koronę gdańskiemu herbowi. Przejdźmy przez nią, zobaczy pan jeszcze inny herb.

Mężczyzna posłusznie poszedł za swoją przewodniczką. Od strony ulicy zauważył kolejny herb, którego tarczę herbową trzymają lwy.

- To jedno z najwcześniejszych tego typu przedstawień gdańskiego herbu. – powiedziała starsza pani. - Dziś w bramie, a także kamienicy przy ulicy Mariackiej 26 znajduje się Muzeum Archeologiczne w Gdańsku.

Wrócili na Długie Pobrzeże i kobieta skierowała się w stronę kolejnej bramy.

- To jest Brama św. Ducha, która zamyka ulicę o tej samej nazwie.  Wie pan, że na ulicy św. Ducha w kamienicy pod żółwiem, mieszkała mama filozofa Artura Schopenhauera, Joanna Schopenhauer, poetka i powieściopisarka? Ta brama, podobnie jak i Brama Krowia dzisiaj spełnia funkcje mieszkalne. Tej budowli chyba nie muszę panu opisywać? – starsza pani wskazała dłonią na charakterystyczną sylwetkę gdańskiego Żurawia.

Paweł zrobił minę, która rozbawiła staruszkę do łez.

-  Żuraw służył Gdańszczanom jako główny miejski dźwig: rozładowywał towary i osadzał maszty na statkach – powiedziała kierując się w stronę murka na którym miała ochotę na chwilę przysiąść. -  On także był i jest do tej pory bramą wodną, która zamyka ulicę Szeroką. W środkowej, drewnianej części znajdują się główne urządzenia dźwigowe. Dźwig był poruszany pracą ludzkich mięśni. Robotnicy chodzący wewnątrz Żurawia wprawiali w ruch dwie pary kół drewnianych, co sprawiało, że unoszono towary ważące nawet 4 tony. Tam, za Żurawiem jest Brama Świętojańska, nie mam w tej chwili siły, aby z panem do niej podejść, ale swoim wyglądem bardzo przypomina bramy: Krowią i Św. Ducha.

Kobieta wyjęła z torebki butelkę z wodą i upiła spory łyk. Paweł zauważył w jej ruchach typowe dla starszego wieku zmęczenie.

- A tam dalej za nimi znajduje się Brama Straganiarska, która podobna jest do Bramy Chlebnickiej i Bramy Mariackiej. Ją też od strony Motławy zdobią herby Polski, Prus Królewskich i Gdańska. jako ciekawostkę powiem panu, że kiedyś mieszkał w niej polski aktor  Zbyszek Cybulski. Jak pan chce niech pan sam pójdzie, ja muszę trochę odpocząć.

Paweł spojrzał zakłopotany na zmęczoną, pooraną zmarszczkami twarz i pokręcił głową.

- Zostanę z panią, a najchętniej to zaprowadziłbym panią do domu.

Kobieta uśmiechnęła się i podała mu swoją dłoń.

- Ma pan rację, wracajmy do domu. Z pewnością jeszcze nie raz będę miała okazję poopowiadać – wstała i mocno złapała ramię mężczyzny. Droga powrotna do domu okazała się dla starszej pani bardziej męcząca. Wiek, emocje, i zbliżający się pogrzeb człowieka, który zmarł będąc w wieku o wiele młodszym od niej sprawiły, że nie miała już nawet siły na wcześniej zaplanowane zakupy.

Poprosiła syna zmarłego sąsiada, aby sam poszedł do sklepu, co mężczyzna uczynił
z wielką przyjemnością, ponieważ ten krótki spacer po mieście, zbliżył go do tej sympatycznej staruszki. Kobieta sprawiła, że miasto, do którego do tej pory czuł nienawiść, z powodu tego, że zabrało mu ojca, nagle przyciągnęło go ciekawą historią, pięknymi widokami i szczerymi ludźmi.

Kilka dni po pogrzebie, idąc wieczorem Długim Pobrzeżem w kierunku dworca PKP, Paweł myślał, że chętnie przyjechałby do tego miasta na dłużej, aby przespacerować się uliczkami, po których chadzał ojciec, i poczuć to, co tak bardzo związało jego ojca z tym miastem.

Staruszka, która zaopiekowała się nim przez te kilka dni zaproponowała mu gościnę w razie, gdyby kiedyś wrócił w to miejsce, a to było dla niego już czymś w rodzaju początku powrotu do przeszłości.

piątek, 01 marca 2013

kwiat

Tomasz, zawsze nieśmiały, przyszedł na spotkanie z kolorowym bukietem kwiatów. Były w nim aksamitki, fiołki, frezje i gardenie.  Zastanawiałam się, czy wie, że to moje ulubione kwiaty. Bukiecik tak mnie zaskoczył, że nie wiedziałam, co powiedzieć.

- To dla mnie? – zapytałam udając zaskoczenie.

- Tak dla Ciebie – odpowiedział lekko rumieniąc się. – Nie potrafię ładnie mówić, dlatego postanowiłem, że kwiaty powiedzą za mnie.

Spojrzałam na bukiet i poczułam jak moje serce bije coraz mocniej. Aksamitki, to przecież nadzieja, fiołki – są symbolem skromności a zarazem cichej miłości i wierności, frezje – to uznanie i radość. Czyżby za ich pośrednictwem prosił abym obdarzyła go miłością? I jeszcze ta gardenia - którą nieśmiało chce chyba skryć tą swoją miłość do mnie.

- Dlaczego nie przyniosłeś mi dzikiej róży, albo goździka, albo nawet hortensji? Uwielbiam te kwiaty – powiedziałam z przekąsem.

- Bo… nie są dla ciebie – odpowiedział cichym, nieśmiałym głosem. – Wprawdzie dzika róża mówiłaby o twoim wdzięku, a goździk o twojej odwadze, ale hortensja mimo całego swojego uroku oznaczałaby obojętność, a ja nie chcę być wobec ciebie obojętny, a już na pewno nie zniosę tej obojętności z twojej strony. – Spojrzał odważnie w moje oczy i uśmiechnął się. -Najchętniej przyniósłby ci bukiet bzu, ale nigdzie nie mogłem go dostać.

- Bez to wiara, pierwsza miłość. Wierzysz w uczucie pierwszej miłości?

- Wierzę - powiedział odważnie.- Jeżeli nie odrzucisz moich kwiatów, to znaczy, że nie odrzucisz i mnie.

Roześmiałam się jak mała dziewczynka i przyłożyłam bukiecik do twarzy, aby poczuć zapach kwiatów. Złapałam Tomka za rękę i pociągnęłam w głąb ogrodu.

- Nie dam ci kwiatów, ale chciałabym abyś się poczęstował świeżym groszkiem.

- Rozumiem – Tomasz, przyciągnął mnie do siebie i mocno pocałował. Odkrył, że groszek to pocałunek. – Wiesz, marzę o małym domku, wokół którego rosłyby piwonie i krzaki głogu. Zrywałbym kwiaty i zasypywał nimi wszystko wokół ciebie. – powiedział spoglądając głęboko w moje oczy.

- A ja dla ciebie robiłabym z owoców głogu najsłodsze herbatki – przytuliłam się do niego i pomyślałam, że taki mężczyzna jak on, musi znać mowę kwiatów, i musi mnie bardzo kochać. Piwonie to przecież dobrobyt, a głóg oznacza wesele. – Wiesz, wystarczyłby mi bukiet białych róż – szepnęłam.

- Wiesz, że o nich pomyślałem? – zawołał już bez nieśmiałości. – Nie wiedziałem tylko, czy zrozumiesz, że jestem ciebie wart.

 



niedziela, 16 grudnia 2012

opowieść wigilijnaŚwięta Bożego Narodzenia zbliżają się wielkimi krokami i tak jak to zawsze była przed świętami, budzi się w nas jakaś nostalgia, jakieś marzenia, jakieś ukryte głęboko wspomnienia. Mnie też dopadło - świąteczną weną i napisałam krótkie opowiadanie na chwilę przenosząc się w inny świat.

* * * * * * * * * *

Przedświąteczna gonitwa, sprzątanie, zakupy, szukanie prezentów, które powinny być nietuzinkowe i praktyczne. Kolorowe światła miliona ozdób świątecznych i ten wszędobylski gwar, tłum i przekrzykujące – tak właśnie „przekrzykujące się” świąteczne piosenki i kolędy.

A może odrobina ciszy?

Zapachu sosen, świerków i prawdziwej zimowej aury?

A może by tak odrobina refleksji?

Bez radia, telewizji, przy odgłosach prawdziwego życia?

Kasia wyciągnęła z szafki plik pożółkłych zdjęć, wśród których była fotografia starej leśniczówki wujka Henryka. Wuj nie żył od kilku lat i wszyscy jakby zapomnieli o jego walącej się ruderze w środku lasu. Nikt z rodziny nie miał ochoty zająć się tym. Wujek był odludkiem, odkąd podczas porodu zmarła jego żona Lidzia i zabrała ze sobą ich jedyne dziecko – Anię, małą śliczną córeczkę.

Klucze do leśniczówki od lat leżały w szufladzie. Każdy mówił – kiedyś się tym zajmiemy i nie robił nic.

- Może spędzimy tegoroczne święta na Mazurach, w leśniczówce wuja Henia? – Kasia podeszła do męża i objęła go w pasie.

- Ciekawy pomysł, ale co na to reszta rodziny? – odpowiedział Janusz i uśmiechnął się.

- Eee tam – Kasia machnęła ręką. – Jak będą mieli ochotę to do nas dołączą.

Pojechali tydzień wcześniej. Dwa dni zajęło im uprzątnięcie kurzu i odchodów pozostawionych przez leśne zwierzęta, które znalazły gdzieś sobie małe sekretne wejście do leśniczówki. Po dwóch dniach w pomieszczeniu starego domu zagościło prawdziwe ciepło.

Nikt nie przyjechał.

Święta na bezludziu, bez tej sztucznej otoczki, dla każdego wydały się czymś nieatrakcyjnym.

 

Śnieg prószył przez cały dzień. Samochód wyglądał jak wielki bałwan leżący na podwórku. Delikatny mróz malował na szybach piękne wzory. W środku pachniało świecami, drewnem z kominka, makowcem i smażonymi rybami, które Janusz kupił od starego wędkarza, mieszkańca tej samej wsi.

Potrawy gotowane, smażone i pieczone przygotowali wspólnie, korzystając ze starego pieca typu Westfalka.

Podzielili się opłatkiem i zasiedli do wieczerzy wigilijnej. Do okien zaglądał księżyc ciekawy ludzkiej obecności w tym opuszczonym domu. Po kolacji, okryli się grubymi kocami i wyszli przed leśniczówkę z latarenkami na świece.

Kasia zaczęła śpiewać:

- Cicha noc, święta noc…

- Pokój niesie ludziom wszem… - dołączył Janusz.

Ich głosy niosły się po lesie razem z akompaniamentem cicho wiejącego wiatru i opadających płatków śniegu.

Pod ogromną sosną zabłysnęły dwa żółte punkciki. Jakiś mieszkaniec lasu zaciekawiony ich obecnością przyszedł zapewne sprawdzić, co się dzieje w starym, opuszczonym domu.

Podwórko oświetlał blask księżyca, ozdabiając wszystko wokół białymi, puszystymi, płatkami śniegu. Ziemia błyszczała mieniącymi się srebrzystymi drobinkami, które przypominały wielki srebrny dywan.

Cisza, pozbawiona miejskiego gwaru dodawała temu szczególnemu dniu, wyjątkowej świętości.

Kolęda niosła świąteczny nastrój, spokój i radość w najgłębsze zakamarki lasu. Wśród drzew otulonych białymi szatami śniegu coraz częściej pokazywały się małe, żółte punkciki.

Gdzieś w oddali zawtórował śpiewanej kolędzie skowyt. Może to wilk przyłączył się do kolędowania, a może jakiś pies przy zagrodzie, czekający na swoją wigilijną porcję smakołyku.

Kasia drgnęła, i mocniej przytuliła się do męża. Nie przerwała jednak swojego śpiewu.

Na niebie zaświeciła mocniej jedna z gwiazd i wolno zaczęła opadać w dół.

- Spójrz… spadająca gwiazda – wskazała w górę – pomyślmy życzenia.

- Ja już pomyślałem – szepnął Janusz.

- Pięknie tu, jak w bajce… - w głosie Kasi słychać było tęsknotę za czymś nieznanym i nostalgię wywołaną otaczającą ja aurą.

- Szkoda, że wcześniej nie pomyśleliśmy o tym, żeby przyjechać tu zimą – Janusz mocniej otulił się wełnianym kocem, przytulając żonę. – Wejdźmy do środka.

Kasia przytaknęła.

Usiedli na podłodze, na grubej, miękkiej i puszystej owczej skórze. Przy strzelających ogniem drewnianych polanach, wesoło tańczących w kominku nalali do kubków czerwonego wina i zaczęli przyglądać się wesołym językom płomieni.

- Jestem taka szczęśliwa – powiedziała Kasia. – Tak bardzo potrzebowałam tej ciszy i tego spokoju, że dopiero teraz zrozumiałam, co oznacza słowo „szczęście”.

- A ja dopiero teraz zrozumiałem, dlaczego wuj Henry nigdy nie chciał przeprowadzić się do miasta – powiedział Janusz. – Myślałem, że życie bez cywilizacji, bez wygód nie jest możliwe w dzisiejszych czasach, a jednak…

Lekkie pukanie w okno przerwało im miłą pogawędkę.

Janusz wstał i wyszedł na ganek. Przed domem nie było nikogo. Wziął latarkę i obszedł budynek dookoła, nigdzie nie było żadnych śladów. Wrócił do środka i uśmiechnął się do siedzącej przed kominkiem żony.

Nie minęło dziesięć minut, a od strony okna znów dało się słyszeć cichutkie pukanie.

- To gałęzie starego drzewa rosnącego przy domu – powiedział Janusz uspokajając zaniepokojoną Lidię.

- Wujek Henio posadził ten klon jak się tutaj wprowadzili z ciocią Lidzią. Śmiał się zawsze i mówił, że to ich dziecko nowego życia – Kasia zamyśliła się. – Pamiętam jak drzewko rosło. Kiedy je pierwszy raz widziałam było mniejsze ode mnie, a teraz przewyższa dom.

Drzewo zastukało w okiennice jakby chciało potwierdzić słowa dziewczyny.

- Co roku wujostwo przed świętami sadzili na podwórku nowego iglaka i co roku przystrajali na podwórku inne drzewko. Nigdy nie wnosili choinki do domu – kontynuowała. – Babcia opowiadała, że każda ich świąteczna choinka, bez względu na to, czy był to świerk, jodła czy sosna, była ustrojona ręczne robionymi ozdobami. Wujek i ciocia potrafili wykonać cudeńka z wszystkiego, co wpadło im w ręce.

- Coraz bardziej żałuję, że nie mogłem tego zobaczyć – powiedział Janusz.

- Ja też tego nie widziałam. Zawsze wolałam spędzać święta w ciepłym, rodzinnym domu, gdzie od rana w radiu słychać było świąteczne melodie.

Długi wigilijny wieczór dobiegał końca. Kasia podeszła do okna i zapatrzyła się w jasną, rozświetloną księżycowym światłem noc. Wiatr wiał coraz silniej i białe, puszyste płatki delikatnie opadające na ziemię zaczęły przybierać postać zamieci. W pewnym momencie na podwórku stanęły trzy postaci wyglądające jak z baśni o królowej śniegu. Dwie dorosłe osoby trzymające między sobą za rączki, małe dziecko.

Kasia drgnęła.

- Janusz chodź szybko! – zawołała przepełniona euforią.

Mąż podszedł do okna i objął żonę ramieniem.

- Co takiego zobaczyłaś?

- Widzisz tam, pod tym dużym cisem? – Kasia wskazała ręką na piękne, pokryte białą szatą drzewo.

- Niczego nie widzę – Janusz wytężył wzrok, ale oprócz szalejących na wietrze płatków śniegu niczego nie zobaczył.

- Tam stoją jacyś ludzie. Patrz! – Kasia mówiła z coraz większym zachwytem.

- Kochanie, to twoja wyobraźnia – powiedział Janusz i pogłaskał żonę po ramieniu.

- Nie! - zawołała i narzucając na siebie kożuch, który pozostał w leśniczówce po cioci Lidzi wybiegła na zewnątrz.

 Dobiegając do drzewa spojrzała w stronę okna domu. Za szybą nie było Janusza. Nagle wiatr uspokoił się i wokół zapanowała krótka ,przenikająca chłodem cisza.  Z oka Kasi spłynęła łza, która zanim dotarła do końca policzka zamieniła się w lodową smugę.

Dziewczyna zamknęła oczy i mocniej owinęła się ciepłym kożuchem. Poczuła jak ciepła dłoń delikatnie dotyka jej policzka. Ciepłe usta całują jej lodowate czoło, a wokół robi się przyjemnie, cicho.

- Kasiu! Kasiu – z błogiego stanu wyrwał ją głos Janusza.

Wiatr ponownie zaczął swój zimowy taniec zawiei śnieżnej otaczając wszystko dookoła, wyjątkową śnieżycą.

- Kasiu! Wracaj do środka – Janusz stał w drzwiach, za którymi wesoło strzelały przyjemne płomienie ognia na kominku.

Dziewczyna spojrzała jeszcze raz na stojący przed nią cis i zawołała.

- Wesołych świąt wujku Heniu! Wesołych świąt ciociu Lidziu! Wesołych świąt Aniu! - radośnie okręciła się wokół i pobiegła, aby schronić się w ciepłym, przytulnym pomieszczeniu, które w tym roku nie stało puste i zapomniane.

czwartek, 15 listopada 2012

kim jesteś?Któregoś dnia usiadłam przed laptopem i zaczęłam pisać. Jakaś dziwna myśl zaczęła krążyć po mojej głowie i szybko przeniosłam ją na ekran mojego komputera. Może kiedyś na podstawie tego krótkiego opowiadania powstanie moja kolejna książka, ale na razie jest tylko to.

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

Weronika obudziła się zlana potem.

Znów śniły jej się koszmary - zakład psychiatryczny i obłąkani w nim ludzie, którzy za wszelką cenę chcieli jej dotknąć. Ślepy zaułek kończący się przepaścią, do którego wbiegła po krętych, wąskich schodach i burza, przed którą chowa się pod starym drzewem. Burza rozdzierała nie tylko niebo, ale przede wszystkim jej serce.

Od momentu, kiedy Daniel powiedział jej, że wyjeżdżają do Amsterdamu, bo on znalazł tam bardzo korzystnie finansową pracę i mieszkanie, zaczęły się jej koszmary.

Przypadek czy przeznaczenie?

A potem… potem to już się wszystko posypało.

Po raz kolejny otworzyła swój sennik i zaczęła sprawdzać znaczenie snu.

Obłęd, szaleństwoujrzeć obłąkańców – ostrzeżenie przed planowaną miłostką.

Przepaśćstać samemu na krawędzi przepaści – lęki, obawy, zbliżanie się w życiu do strefy niebezpiecznej.

Schodyschodzić w dół – będziesz mile widzianym gościem u kogoś, kto cię wkrótce zaprosi.

Burzaukryć się pod dębem – zapowiedź niebezpieczeństwa, przed którym trzeba uciekać.

Wszystko się zgadza. Sny są jedynym ostrzeżeniem i jedyną szansą na to, aby zrezygnować z tego, co ma się stać albo, lub co człowiek ma zamiar uczynić.

Podeszła do starego kredensu, który odziedziczyła po babci i wyjęła zza równo ułożonych ręczników butelkę brandy Hennessy. Nalała do kieliszka do wysokości dwóch palców i wypiła jednym haustem całą zawartość. Szybko schowała butelkę w miejsce, z którego ją wyjęła i zatrzasnęła drzwiczki kredensu, jakby obawiała się, że ktoś zobaczy co zrobiła. Alkohol przyjemnie rozgrzał jej ciało i poczuła się spokojniejsza. Spojrzała jeszcze raz na drzwiczki kredensu i ponownie otworzyła je. Zamyśliła się, ale trwało to tylko kilka sekund zanim szkło butelki po raz kolejny przyjemnie ochłodziło jej dłoń. Postawiła brandy na stoliku i usiadła w dużym, starym fotelu, który również był spadkiem po babci.

Brandy kusiła swoim wizerunkiem, a w ustach zaczął królować nadmiar śliny.

- Co mi tam, alkohol jeszcze nie jest moim wrogiem, a przyjacielem owszem - powiedziała spoglądając na zdjęcie starszej pani, która uśmiechała się do niej tak, jakby nie była tylko kawałkiem papieru, a żywą istotą. – Jutro też mam wolne, więc mogę sobie trochę pozwolić.

- No właśnie. Jutro nadal chcesz mieć wolne, więc możesz sobie pozwolić… – usłyszała ironiczny głos, który doleciał do niej z fotela stojącego na przeciw niej.

Ręka z butelką zatrzymała się nad kieliszkiem i Weronika nerwowo rozejrzała się po pokoju.

- Kto tu jest!? – zawołała spoglądając na drzwi prowadzące do sypialni, a następnie skierowała wzrok na drzwi do kuchni.

Cisza panująca w około uspokoiła ją. Przechyliła butelkę i nalała do kieliszka więcej niż na dwa palce. Ujęła szklane naczynie w dłoń i powoli upiła mały łyczek trunku.

- Nigdy nie podejrzewałam, że tak mi pomożesz – szepnęła, z czułością spoglądając na stojącą przed nią butelkę.

- Albo zaszkodzisz – usłyszała cichy głos.

Odstawiła kieliszek na stół i nerwowo rozejrzała się po pomieszczeniu. Serce zaczęło walić jak młot, ale w miarę przytomny umysł podpowiadał, że ktoś robi jej głupi kawał. Wstała z fotela i podeszła do drzwi wyjściowych. Nacisnęła klamkę i upewniła się, że zamek jest zamknięty tak jak go automatycznie przekręciła wchodząc do mieszkania. Mroźne, zimowe powietrze nie pozwalało na to, aby okna były otwarte dłużej niż piętnaście minut. Nigdy nie otwierała okien zanim nie była przygotowana do snu. Lubiła zasypiać w dobrze przewietrzonym pokoju, więc niemożliwe było, aby ktoś wszedł do mieszkania od strony ulicy. Zresztą, na trzecie piętro nie jest łatwo się dostać od tak.

- Chyba mi się coś przesłyszało – powiedział podchodząc do radia.

Włączyła odbiornik nastawiając stację RMF Classic i wygodnie rozsiadła się w fotelu. Oparła głowę i przymknęła oczy, aby móc lepiej wsłuchać się w nadawany właśnie koncert, kanony muzyki przedstawienia Peer Gynt napisanego przez Edvarda Griega. Fragment W grocie króla gór zawsze powodował w niej swoiste podniecenie. Oczami wyobraźni widziała obrazy, które kompozytor starał się pokazać za pomocą swojej muzyki. Ciche brzmienie fagotu za każdym razem powodowało, że czuła ten nastrój grozy, jaki panował w mrocznej atmosferze groty. Kilkanaście minut muzyki przeniosło ją w przeszłość. Zaczęła przypominać sobie autostradę i mknący nią z szybkością prawie stu osiemdziesięciu kilometrów na godzinę niebieski Renault Megan.

Zawartość kieliszka przyjemnie popieściła jej podniebienie, i chociaż palący smak spowodował odruch dreszczy poczuła się dużo lepiej. Po rozgrzanych policzkach zaczęły spływać łzy jakby ktoś odkręcił kran z wodą znajdującą się pod jej powiekami.

Kolejny kieliszek został szybko napełniony, a drżąca dłoń już nie odstawiła butelki na stolik, ale na miękki, zielony dywanik pokrywający podłogę wokół fotela.

- Nie mogę ci powiedzieć na zdrowie, bo mnie kurwa zmusiłeś do tego, żebym piła sama.

Uniosła kieliszek w geście toastu i popatrzyła na fotografię przedstawiającą mężczyznę w wieku około czterdziestu lat, który spokojnym wzrokiem przyglądał się jej, bez cienia uśmiechu.

- Zawsze byłeś takim pieprzonym pracoholikiem. Nigdy nie obchodziło cię to, co się dzieje ze mną, tylko zawsze byłeś ty, ty, ty! – zawołała i cała zawartość alkoholu znalazła się w jej ustach.

Przełknęła trunek i skrzywiła się. Smak nie należał do jej ulubionych, ale to był napój wysokoprocentowy, który pozostał jej po Danielu. On zawsze miał w barku brandy i lubił wieczorem przed telewizorem wypijać kieliszek lub dwa. Gdyby widział teraz, że ona tak bezcześci jego alkohol wypijając wieczorami prawie całą butelkę, to wściekłby się na nią. Ona rzadko piła, okazjonalnie. Teraz jednak te butelki były jej jedynymi przyjaciółkami.

Napełniła kieliszek po raz kolejny i delektując się widokiem płynu głośno westchnęła.

- Zobacz, do czego mnie doprowadziłeś! Przez ciebie siedzę już trzeci miesiąc w domu i nie potrafię się pozbierać.

- Bo tego nie chcesz – odpowiedział jej spokojny głos.

Zerwała się z fotela, przewracając butelkę i jeszcze raz sprawdziła wszystkie drzwi i okna.

- Co jest do cholery, może już skończysz z tymi żartami!?

Kuchnia, pokój, łazienka, przedpokój, obeszła całe mieszkanie czując narastający zawrót głowy i wróciła na fotel.

- Chyba mam jakieś omamy alkoholowe – powiedziała i sięgnęła po przewróconą butelkę.

Odkręciła ją i nie zawracając sobie głowy kieliszkiem pociągnęła duży łyk bursztynowego płynu.

- No pięknie, staczasz się coraz niżej – powiedział głos.

- Ok, nie twoja sprawa – odpowiedziała i spojrzała najpierw na zdjęcie babci a potem na fotografię mężczyzny.

Upiła kolejny łyk i rozejrzała się po pokoju. Bałagan panujący dookoła nie robił na niej żadnego wrażenia. Rozrzucone buty, ubrania i resztki jedzenia na stole były jej zupełnie obojętne. Zamknęła oczy i skupiła się na dźwiękach dobiegających z radia. Spokojna muzyka utworu Sommertime - George’a Gershwina. Dźwięki fortepianu wycisnęły z jej oczu łzy. Zakręciła butelkę i rzuciła ją na podłogę. Zakryła twarz dłońmi i początkowo wolno spływające słone krople przybrały postać wodospadu. Rozszlochała się tak, że aż głowa zaczęła jej pulsować tępym bólem. Płacz trwał kilkanaście minut zanim zmęczona zasnęła.

Po raz kolejny uciekła drogą alkoholu w sen. Uciekła przed rzeczywistością, przed brutalną prawdą, której nie chciała dopuścić do swojej świadomości. Muzyka wypływająca z radia działała na nią uspokajającą, ale coraz częściej wyciskała z jej oczu łzy.

Obudził ją przeraźliwy dźwięk dochodzący od strony kuchni. Usiadła i przetarła oczy zastanawiając się, co tak hałasuje. Zanim zorientowała się, że to telefon, hałas ucichł, ale prawie natychmiast usłyszała melodyjkę swojej komórki, która uparcie dopominała się odebrania.

Zerwała się z fotela i wyszarpnęła kabel telefoniczny tak, że prawie go zerwała. Następnie podeszła do torebki i wciśnięciem, jednego małego guzika wyłączyła aparat.

- Dajcie mi wszyscy święty spokój! – zawołała i opadła na fotel.

Z radia płynął już kolejny utwór: Sonata księżycowa Ludwiga von Bethovena.

- Dlaczego wciąż słucham tej twojej durnej muzyki? Nigdy nie przepadałam za klasyką, a teraz niczego innego nie potrafię słuchać – powiedziała drżącym głosem.

Po omacku poszukała butelki i kieliszka, i napełniła go płynem.

- Może na dzisiaj koniec? – zapytał głos.

- A co cię to obchodzi! – burknęła i szybko przechyliła całą zawartość. – Kim ty jesteś, żeby mnie pouczać, żeby mi mówić, co mam robić. Wiesz kim jesteś? Chorym wyobrażeniem mojego picia. A może jesteś moim sumieniem? A może jesteś duchem, który przyszedł mnie straszyć, a może jesteś… - zawahała się – moim gównianym Aniołem Stróżem?

- Myśl sobie co chcesz, ale zostanę z tobą tak długo aż…

- Aż co? – przerwała brutalnie nie pozwalając głosowi skończyć zdania.

- Aż staniesz na nogi. Pomogę ci – głos mówił spokojnie nie przejmując się jej emocjami.

- Nie potrzebuję niczyjej pomocy! – zawołała. - Zostaw mnie. Zostaw mnie w spokoju – dodała cichym, drżącym szeptem.

- Dlaczego? Nie mam zamiaru cię zostawić. To, co się stało nie było twoją winą, wiec dlaczego się oskarżasz? To było przeznaczenie, przed którym nikt nigdy nie ucieknie. Kiedy to w końcu zrozumiesz?

- Przeznaczenie – zaśmiała się i upiła kolejny łyk brandy. – Jakie przeznaczenie? Moim przeznaczeniem było wyjść za mąż, urodzić dzieci i zestarzeć się w spokoju razem z moją drugą połówką – spojrzała na fotografię mężczyzny, który obojętnym wzrokiem patrzył na nią ze zdjęcia.

- To, dlaczego nie chcesz, aby twoje przeznaczenie się spełniło?

- Bo tego już nie można spełnić, bo on…

- To było jego przeznaczenie, a twoje jeszcze może się spełnić – głos nie pozwalał jej zwątpić do końca.

- Bo ja… ja… nie potrafię bez niego żyć.

- Dlaczego?

- Bo ja… ja… ja go cały czas kocham.

- Ale jego już nie ma. Nie rozumiesz? NIE MA. Rozpaczasz po kimś, kto wcale nie musiał być twoim przeznaczeniem. Jesteś pewna, że kochał cię tak samo jak ty jego?

Weronika rozejrzała się po pokoju próbując zobaczyć swojego rozmówcę. Fotel naprzeciwko niej stał pusty, chociaż dałaby głowę, że głos dochodzi do niej właśnie z tego miejsca.

- Co chcesz mi zasugerować? – zapytała wpatrując się przed siebie.

- Nic, tylko pytam czy jesteś pewna, że twoja miłość nie była platoniczną? Pomyśl i przypomnij sobie. Ile razy czekałaś na niego do późnych godzin nocnych. On wracał, całował cię w policzek i tłumacząc się zmęczeniem, zanim zdążyłaś cokolwiek powiedzieć wskakiwał do łóżka. Przytulałaś się do niego w nocy, a on odwracał się w drugą stronę mówiąc, że miał ciężki dzień. Gdzie on był, kiedy straciłaś dziecko? Przyszedł raz, jeden jedyny raz do szpitala, przyniósł olbrzymi bukiet kwiatów i powiedział, że bardzo mu przykro. Tego wtedy od niego oczekiwałaś? Nie! Musiałaś sobie sama poradzić z tym bólem, z tą rozpaczą, z tą stratą. A pamiętasz wigilię, dwa lata po waszym ślubie? Nie zdążyłaś nawet zebrać naczyń ze stołu, kiedy wyciągnął cię z domu do swojej rodziny i przez cały wieczór świetnie się bawił, ignorując całkowicie twoją obecność. Może przypomnę ci Sylwestra, trzy lata po waszym ślubie. Po koncercie nie wrócił do domu, bo koledzy poprosili go, aby poszedł z nim przywitać Nowy Rok na mieście. Siedziałaś sama w domu z zapaleniem płuc i przy świecach czekałaś na niego. Kiedy wrócił powiedział ci tylko „szczęśliwego nowego roku” i padł jak kłoda. Dlaczego nigdy nie zabierał cię na bankiety pracownicze?

- Przestań! – Weronika krzyknęła i zasłoniła dłońmi uszy. – Po jaką cholerę mi to wszystko przypominasz, dlaczego chcesz mnie jeszcze bardziej pogrążyć!? Odejdź stąd! Wynoś się i daj mi święty spokój!

- Czyżbym dotknął twojej pięty Achillesa?

- Przestań, proszę.

- Dlaczego? Żebyś dalej się umartwiała z powodu kogoś, kto zmarnował twoją młodość i zabrał twoje wszystkie marzenia? Spójrz w lustro i zobacz, co z siebie zrobiłaś. Od kilkudziesięciu dni nic nie robisz tylko pijesz i płaczesz po kimś, kto nie był tego wart. Zamknął cię w złotej klatce i trzymał na złotym łańcuchu, abyś wierzyła w jego miłość. Hojność i miłość to dwie różne sprawy. To, że obsypywał cię drogimi prezentami wcale nie oznacza, że cię kochał. Dlaczego nigdy nie zaproponował ci wspólnego wyjazdu? Jeździł po całym świecie z koncertami, ale ty musiałaś zostawać w domu. Nie buntowałaś się, bo ci uzmysłowił, że nie pasujesz do jego współpracowników. W towarzystwie jego przyjaciół czułaś się jak kopciuszek przy księciu, może zaprzeczysz?

- Dlaczego mi to robisz? Dlaczego za wszelką cenę usiłujesz zagłuszyć to, co we mnie krzyczy z rozpaczy? – Weronika nie miała już sił na dalszą rozmowę.

Głos uzmysławiał jej to, co ona czuła od dawna, ale przecież kochała Daniela. Nie! Ona nadal go kocha, pozostanie mu wierna do końca, nawet gdyby miało się to dla niej skończyć źle.

- A pamiętasz koncert upamiętniający Liszta? Z okazji rocznicy jego dwusetnych urodzin, który biedak niestety nie doczekał? Nie możesz tego nie pamiętać, to było zaledwie rok temu. Twój mąż kupił ci na tę okazję suknię, w której wyglądałaś jak bogini. Chciał się tobą pochwalić? A może po prostu poczuł nagłą potrzebę zabrania cię do paszczy lwa?  Nie czułaś się upokorzona, jak po skończonym utworze Marzenie miłosne, który był ostatnim utworem granym w tym dniu, Daniel podszedł do tej młodej skrzypaczki, która przez cały czas koncertu, wpatrywała się w niego jak w święty obraz? Na oczach całej widowni nie tylko podziękował jej, jako pierwszym skrzypcom, ale tak czule ucałował jej policzek, że poczułaś dreszcz zazdrości?

- Przestań! Przestań! – Weronika ukryła twarz w dłoniach i rozszlochała się. – To ty mnie teraz upokarzasz, cały czas mi przypominasz, że byłam tylko jego dodatkiem!

- „Byłam”! I o to mi właśnie chodzi. Może nareszcie zrozumiałaś, że coś się skończyło, i czas zacząć nowe! – głos, opanowany jakby rozmawiał o pogodzie, próbował ją przekonać do swoich racji.

Weronika podniosła butelkę do ust i wypiła z niej całą resztkę, która jeszcze pozostała. Podniosła się z fotela i chwiejnym krokiem poszła do drugiego pokoju. Nie zdejmując ubrania rzuciła się na łóżko i wstrząsana spazmatycznym szlochem zasnęła.

Obudził ją potworny ból głowy i zapach, którego początkowo nie była w stanie zidentyfikować. Spojrzała w stronę okna. Zza szyb zaglądały do niej ciepłe, zimowe promienie słońca. Zapach, który z każdą sekundą wydawał się intensywniejszy rozpoznała, jako zapach kawy.

Zerknęła ponowie w stronę okna, przekonana, że dolatuje on od któregoś z sąsiadów przez niedomknięte u niej i u nich okna, ale szybko przekonała się, że to nie ten kierunek.

Usiadła na łóżku i rozejrzała się dookoła. Wszystkie jej rzeczy, które wieczorem leżały w nieładzie porozrzucane po całym pokoju zniknęły. Przez uchylone drzwi widziała stolik w saloniku, na którym wczoraj pozostawiła, co najmniej dwie puste butelki, kubek po kawie i album ze zdjęciami.

Stolik był pusty.

- Co jest do cholery? – uszczypnęła się w rękę, aby sprawdzić, czy nadal śpi.

Zabolało.

Od strony kuchni zaczął dolatywać do niej zapach smażonych jajek i tostów.

- Daniel – pomyślała i szybko wyskoczyła z łóżka.

Stanęła na dywanie i poczuła tak gwałtowny zawrót głowy, że musiała usiąść na łóżku. Razem z zawrotem nadszedł okropny ból i nudności. Schowała głowę między kolanami i zaczęła głęboko oddychać. Kątem oka zobaczyła stojący obok łóżka dzbanek z sokiem pomarańczowym oraz kartonik soku pomidorowego. Przetarła oczy nie wierząc w obraz, jaki miała obok siebie. Nudności minęły, chociaż ból głowy pozostał. Sięgnęła po kartonik soku i szybki łykami opróżniła prawie połowę zbawiennego napoju. Zerknęła w stronę kuchni i uśmiechnęła się.

- Wróciłeś – szepnęła czując coraz mocniejsze bicie serca.

Podeszła do drzwi i stanęła przyglądając się mężczyźnie krzątającemu się przy piecyku kuchennym. Pomieszczenie lśniło czystością, a na stole stał wazonik z bukietem frezji, które pachniały tak mocno, że ogarnęło ją poczucie szczęścia. W sylwetce mężczyzny coś jednak było nie tak. Z radioodbiornika nastawionego na inną stację niż ta, której zawsze słuchała płynęły wesołe dźwięki piosenki zespołu Boney M .

- One way ticket, one way ticket. One way ticket, one way ticket… - nieświadomie zaczęła poruszać biodrami i nucić tekst piosenki.

Czuła się tak szczęśliwa, że chciała podbiec do mężczyzny i przytulić się do niego jak za dawnych czasów, ale coś ją przed tym powstrzymywało. Coś w tym mężczyźnie było innego. Stała przyglądając się jego rytmicznym ruchom ciała, które radośnie poruszały się w rytm piosenki. Znad pieca unosił się w jej stronę aromatyczny zapach i delikatnie pieścił jej zmysły. Poczuła skurcz w żołądku, który na szczęście szybko minął.

Mężczyzna odwrócił się, aby wyciągnąć z szafki talerzyk i w tym momencie zrozumiała, co w nim było nie tak.

To nie był Daniel.

Przed nią stał młodszy od niej o kilka lat młody chłopak, którego bujne czarne włosy łagodnie spływały na ramiona. Umięśniona klatka piersiowa, unosiła się i opadała przedstawiając jego szybki oddech. Duże brązowe oczy wpatrywały się w nią z figlarnym, młodzieńczym błyskiem.

- Co ty robisz w moim mieszkaniu? – zapytała, zastanawiając się, czy nadal śpi, czy jest to kolejny jej alkoholowy obraz.

- Cześć, jestem Paweł – młodzieniec podał jej dłoń i uśmiechnął się.

- Co ty robisz w moim mieszkaniu? – powtórzyła pytanie.

- Teraz? No, w tej chwili robię dla ciebie śniadanie, przedtem trochę tu posprzątałem, a potem…

- Nie będzie żadnego potem! Wynoś się! – zawołała, ale w głębi duszy nie chciała, aby odchodził.

- Spokojnie! – Paweł posłał w jej stronę najpiękniejszy uśmiech, jaki do tej pory widziała. – Usiądź, wypij kawę, zjedz śniadanie. Porozmawiamy…, a jak nadal będziesz chciała, żebym wyszedł, to sobie pójdę.

Serce Weroniki waliło jak młot, a całe jej ciało odreagowywało kilkudniowe spotkania z butelkami Daniela.

- Szef mnie do ciebie wysłał, bo nie mógł się od kilku dni dodzwonić.

Mężczyzna nałożył na dwa talerzyki pachnącą jajecznicą i postawił na stole talerz z tostami. Nalał do filiżanek świeżo zaparzonej kawy i usiadł naprzeciw Weroniki.

– Pojechałem do twojego mieszkania, i po kilkunastu minutach dobijania się prawie zrezygnowałem. Wtedy otworzyła drzwi pani z mieszkania naprzeciwko i…

- I powiedziała ci, gdzie jestem? – Weronika spojrzała na swojego rozmówcę i kiwnęła głową.

- Tak. – Paweł potwierdził, ponownie uśmiechając się do niej. – Zaprosiła mnie na herbatkę. Kiedy dowiedziała się, że twoje zwolnienie lekarskie skończyło się pięć dni temu, a ty nie pojawiłaś się w pracy, o wszystkim mi opowiedziała – położył dłoń na jej ręce i ze współczuciem spojrzał w jej przekrwione od alkoholu oczy. – Wypadek i śmierć twojego męża, musiały być dla ciebie strasznym przeżyciem, ale życie toczy się dalej Weroniko. Dobrze, że ta sąsiadka miała klucze do mieszkania po twojej babci, bo gdybym dzisiaj nie przyszedł, to być może skończyłoby się to dla ciebie źle.

- Kim ty jesteś?

Mężczyzna spuścił wzrok i wzruszył ramionami.

- Nikim. Dla ciebie nikim.

- A w firmie? Kim jesteś, bo chyba cię nie znam – położyła dłoń na jego ramieniu i zaczęła wpatrywać się w jego zawstydzoną twarz.

- Jestem gońcem. Pionkiem, który dla wielu z was nie istnieje.

- Gońcem… - powiedziała i zamyśliła się – to chyba przyniosłeś dzisiaj najważniejszą przesyłkę dla mnie.

- Ja…? – mężczyzna odważnie spojrzał w oczy Weroniki. - Jaką?

- Nadzieję.



czwartek, 14 czerwca 2012

wspominki

 

 

 

 

Wspominki z życia pewnej dziewczynki

No dobra O.K.

Niestety (!)

teraz już KOBIETY

 2007 napisane

 2012 skorygowane i opublikowane

 

 

 

ANNA

 Tak na imię ma właśnie dziewczynka (ta z tytułu).

 Imię blade, przezrocze bardzo, jak kościelny kruchy kwiat - szklane, niesie ze sobą przedziwną zdolność do cierpień, co dzień każdy otwiera i goi jak ranę; morze kochania, źródło przeczyste łez, dźwięk głęboki, co niebo z ziemią kojarzy... Milcząca prześwietlona, zjawa, jak odblask święty przy ludzkiej obecna twarzy. Niech lepiej dziewczyna nie cierpi: niech nie Anną, lecz Hanką zastanie! Będzie jak dzień słoneczny przy zamglonym, jak przy wieczornym mroku - świtanie; będzie jak dźwięk miedziany, rozgłośny, przy ginącym łkaniu spiżowym: będzie świetna, twarda, niepamiętna, zaborcza... Ostry duch - w ciele jasnoróżowym. Kto tamtą skrzywdził, niech do tej na najszybszym rumaku pospieszy, bo Anna się wprawdzie po nim na śmierć zapłacze, lecz Hanka go najprędzej pocieszy.

   

Kazimiera Iłłakowiczówna

 PORTRETY IMION.

wyd.1 Poznań 1957, Wydawnictwo Poznańskie 4

WSTĘP

 Nie jest to książka, ani poemat, nie jest to pamiętnik. Jest to wytwór wyobraźni autorki, która znudzona szarą codziennością swojego nie młodego już życia chciała coś dla kogoś zrobić. Mimo upływu wieku, do głowy autorki ciągle wskakują jakieś szalone pomysły, których nie może zrealizować na jawie, myśli o nich i myśli czasami tak długo aż w szklance pokaże się dno, a lodówka i barek swoją zawartością kategorycznie przeczą temu, co ona chciałaby tam znaleźć.

Tak więc, któregoś zimowego (a dokładnie styczniowego) wieczoru, znów coś wskoczyło do głowy autorki i mimo późnej pory, z głowy zostało przetransportowane na laptop, a z niego być może zostanie uwieńczone na papierze. I tak właściwie, jeżeli ktoś inny oprócz autorki teraz to czyta to tak właśnie się stało.

Tak więc (O.K. wiem, nie powinno się zaczynać zdania od „tak więc) powstał prezent urodzinowy dla pewnej osoby z okazji (pominiemy tę liczbę, bo kobieta ma tyle lat na ile się czuje) urodzin, o której tak właściwie zbyt wiele nie może autorka powiedzieć, ponieważ pustka jaka jest w głowie autorki dotycząca lat, o których chciałaby napisać jest większa od przestrzeni kosmicznej. Być może ten pan na A*, to spowodował, teraz już nie ważne. Napisane zostanie i koniec.

* Pan na A to oczywiście Pan Alzheimer

Jest rok 2007, epoka pisania e-pulsów, (na które niestety wiek autorki jest odrobinę na pozycji przeholowanej) epoka pisania blogów, no i tu trochę się zgadzam, pod warunkiem, że pisze się go dokładnie po trzecim drinku. Zaznaczam dokładnie po trzecim.

Ktoś mniej lub bardziej inteligentny zapyta: dlaczego po trzecim?

No cóż, odpowiedź jest prosta.

Ø  Po pierwszym to tak właściwie nie ma jeszcze, o czym pisać, bo umysł i ciało jest w czasie rzeczywistym a to oznacza, że na etapie normalności.

Ø  Po drugim już jest lepiej, ale umysł nie ogarnia jeszcze faktu, że trzeba się gdzieś i przed kimś wygadać, jeszcze w człowieku drzemie to poczucie winy, że przecież to nie świat winny jest zła, ale my sami.

Ø  No a trzeci (porządny) drink to już jest klucz do bramy wszystkiego, co chcesz powiedzieć, nie ważne czy pasuje do wszystkich drzwi, które chciałabyś otworzyć, ale jak nie otworzysz tych to otworzysz inne i wejdziesz z całym bagażem życia tam (czyli na www.blog...), i tam zawsze znajdzie się ktoś, kto wysłucha. Jak powie „wariatka” to go nie usłyszysz, jak powie coś miłego to też nie usłyszysz, a TY stajesz się spełniona, bo spokojnie możesz się przed kimś wygadać.

 Do Katarzyny Grocholi autorce bardzo daleko, ale może zaciekawi Cię droga czytelniczko, (autorka pisze w formie żeńskiej, ponieważ nie uważa, żeby jakikolwiek facet to przeczytał) kilka następnych kartek tego czegoś, co tu jest napisane.

Trochę tu jest fikcji, trochę prawdy, trochę marzeń, trochę przeżyć, ale najważniejsze jest to, że zostało to napisane.

 A teraz specjalne podziękowanie (wiem podziękowania daje się przeważnie na końcu książki, ale ja całe życie wszystko zaczynałam od końca).

Jestem dumna z siebie, że ktoś doczytał się do tej linijki i dziękuję mu za to, bo przypuszczam, że jak dotarł do tego miejsca, to może i skusi się na dalsze czytanie, a to oznacza, że mój wysiłek nie poszedł na zmarnowanie.

 

Rozdział pierwszy

Czyli skąd się wzięła dziewczynka (ta z tytułu)

 

Dawno, dawno temu, a może jeszcze dawniej, nie pamiętam, bo nie było mnie. (czyli autorki) jeszcze nawet w planach przed produkcyjnych gatunku ludzkiego, spotkało się dwoje młodych ludzi płci różnej.

              foto    foto

Ona piękna kobieta imieniem Helena, (ale nie ta trojańska) i on przystojny blondyn imieniem Zygmunt. (ale nie król, i nie August).          

To było ich przeznaczenie, które ściągnęło ich do siebie jak magnes z dwóch odległych krańców pięknej krainy zwanej Polska, do samego serca tej krainy, czyli do Warszawy. Oboje byli młodzi, piękni, weseli i tak dalej... i ni z gruszki, ni z pietruszki poczuli do siebie wielki pociąg (ale nie PKP tylko taki inny na „N”*, a potem to nawet pociąg drugi na „S”*). No i pociąg najpierw ten na „N” mobilizował siły Zygmunta, który nie zważając na chłody, lody, upały, ulewy i inne meteorologiczne bajery jeździł jednośladowym środkiem lokomocji, a czasami nawet wsiadał w pociąg (ale już ten PKP) i jechał, jechał, jechał daleko żeby spojrzeć w namiętne oczy pięknej Heleny , potrzymać ją za rękę, no może nawet pocałować (ale o pociągu na „S” w realizacji jeszcze mowy nie było), i przy okazji

 * N - czyli NAMIĘTNOŚĆ * S - czyli SEX 

wypić ćwiarteczkę z ojcem Heleny. I tak kursował ten pociąg przez jakiś czas od stacji „N” do stacji „S”. Wreszcie młodzi zafascynowani sobą ludzie postanowili zalegalizować swoje uczucia przed Bogiem (który i tak dokładnie widział co robili) i oczywiście przed władzami państwowymi.

 Jak im się działo po zalegalizowaniu tego nie będę pisała, bo przecież to moje pisadło nie miało być poświęcone im (z całym szacunkiem dla dotychczasowych bohaterów), ale komuś innemu.

Otóż jak ten ich pociąg tak kursował od stacji „N” do stacji „S” wyskoczyło z niego (w odstępie kilku lat) w jakimś tam momencie ich życia kilka prześlicznych, przeuroczych, kochaniutkich... itp., dzieci płci żeńskiej, obdarzonych przez Boga (bo to przecież On był głównym inicjatorem tego CUDU) wyjątkową urodą (no tak o tym już wspominałam), inteligencją, dobrocią, cierpliwością, błyskotliwością, poczuciem humoru, mądrością itd. (jak czegoś nie wymieniłam to można sobie dopowiedzieć). O tym, że te wszystkie cechy nie zostały solidarnie podzielone między te istoty cudu nie będę pisała, bo w tym wypadku On postąpił trochę nieuczciwie dając jednej więcej czegoś, a drugiej mniej czegoś, ale widocznie taki był jego zamiar, ale i tak odwalił kawał dobrej roboty (!).

Jak już się zapewne, co inteligentniejsi domyślili jedną z tych prześlicznych, przeuroczych, kochaniutkich dzieci była właśnie dziewczynka (ta z tytułu). I teraz dalej będzie o niej (i nie tylko, bo inni też zasługują na uwagę). Ale, że jest ona priorytetową postacią tego czegoś, co tu jest napisane, proponuję innym grzecznie umyć ząbki, buźkę i tamto inne też i ładnie położyć się spać, a nie zawracać sobie głowy tym arcydziełem. Jeżeli chodzi jednak o dziewczynkę (tę z tytułu), to może jeszcze uda jej się przebrnąć przez kilka stron.

Rozdział drugi

Czyli to, co pamiętała autorka i co wymyśliła o dziewczynce (tej z tytułu) i jeszcze trochę o jej skrzypeczkach

 

O jaka śliczniutka, o jaka mądra, o jak dobrze ułożona, o jaka grzeczniutka... Nie wiem jak można się tak w kółko zachwycać kimś, kto wygląda jak miliony innych istot ludzkich na świecie.

Dziewczynka od najmłodszych swych lat była wielką dumą swoich rodziców, wykazywała się dużym talentem muzycznym, oczywiście ładnie śpiewając przy każdej nadarzającej się okazji, szczególnie na uroczystościach rodzinno-towarzyskich jej rodziców. Chętna do prezentowania swojego talentu muzycznego grając na malutkich skrzypeczkach (tak jak Janko Muzykant) wspierała uroczystości domowego ogniska nawet w późnych godzinach nocnych, w przerwie między snem, a snem.

foto

 Oczywiście nie wszyscy byli z tych jej popisowych solówek zadowoleni, mam tu na myśli na przykład sąsiadów, którzy zwykli spać o niektórych porach nocy, lub jej najukochańszą młodszą siostrzyczkę, której te popiskiwania i poskrzypiwania skrzypeczek siostrzanych doprowadzały czasami do stanu nazywanego w medycynie szałem, a czego efektem były na przykład rysowane diabełki w zeszytach dziewczynki lub wypisywane w tychże zeszytach obraźliwe słowa krytyki skierowane oczywiście pod adresem rozwijającej się kulturowo dziewczynki.

Nie miała ona chyba jednak wielkiego urazu do swojej młodszej siostrzyczki, bo prawdopodobnie już wtedy kierowała nią miłość macierzyńska do wszystkich dzieci świata, a siostra to przecież rodzina, więc przysługiwały jej szczególne względy w tym kierunku i nawet czasami potrafiły się dogadać.

Nie było to zbyt często i tu winę można zwalić z premedytacją i pełną świadomością na odmienność charakterów obu prześlicznych, przeuroczych osóbek no…, ale jak już wstępnie wspomniano każda otrzymała inny pakiet cech, nie zawsze ze sobą współgrających. Ilość pozytywnych cech u dziewczynki i wielka chęć opanowania wszystkich nauk świata, oraz namiętność do nauki, czego do dzisiaj nie może wiele osób zrozumieć, bo namiętność do płci przeciwnej, albo nawet do płci tej samej, (jak kto woli) to normalka, ale namiętność do nauki (brrr...) powodowała, że najukochańsza siostrzyczka potrafiła się dziewczynki wyprzeć w szkole. Pytana na przykład czy jest może siostrą dziewczynki, odpowiadała „NIE”. No bo czasami było wstyd przyznać się do tego, że ma się w rodzinie „odmieńca”, który zamiast latać po dyskotekach i kawiarniach, umawiać się z osobnikami płci przeciwnej (albo tej samej, jak kto woli), czas spędza DOBROWOLNIE na znęcaniu się nad biednym kawałkiem drewna i kilku końskich włosiach.

 

Rozdział trzeci

Czyli to, co robiła dziewczynka (ta z tytułu) i nie tylko ona, żeby życie było ciekawe


Głupio by było nic nie napisać w tym rozdziale, ale autorka mało pamięta z tego okresu, kiedy dziewczynka nie była już dziewczynką, a powolutku stawała się panienką, ponieważ dzielił ich ocean (nie taki z wody, ale z przenośni). Dziewczynka, która nie była już dziewczynką często podróżowała, do czego przyczyniała się głównie szkoła, do której chodziła. W czasach tamtych budziło to powszechną zazdrość, ponieważ dla wielu osób szczytem realizacji wyjazdu za granicę były wczasy w Bułgarii lub wyjazd zarobkowo - rekreacyjny do NRD polegający na przykład. na sprzedaży polskich jaj obcokrajowcom. Tak, tak były czasy, kiedy nasze polskie kury były nosicielkami dewizowymi. No, ale dziewczynka, która stawała się panienką wyjeżdżała nie po to żeby sprzedawać jaja za niemieckie marki ale w innym celu. Z każdej podróży przywoziła prezenty dla swojej młodszej ukochanej siostrzyczki, a po każdym powrocie z tego „innego świata” jej mała (no może już nie tak całkiem mała) siostrzyczka, bardzo się cieszyła z powrotu, ponieważ dziewczynka (ta z tytułu), zawsze przywoziła ze sobą jakieś ekstra ciuchy, które można było pożyczyć idąc na integracyjne spotkanie młodzieży
w dyskotece. Był jeden maleńki szkopuł w tych ciuchach. Nie były one uniwersalne i nie zawsze pasowały na osobę, która je chciała na siebie wdziać. Dziewczynka jednak stając się panienką nie zauważała często, że jakiś ciuch na jakiś czas ginął z jej szafki. Niestety w jej otoczeniu była osoba, która w cudowny - wręcz iluzjonistyczny sposób potrafiła dopasować na siebie ciuch o kilka numerów mniejszych. Między innymi były to na przykład. spodnie (koloru dokładnie autorka nie pamięta, ale chyba coś koło żółtego).

obrazek

 O rany to był ciuch(!), ale jak to w piosence Anity Lipnickiej „wszystko się może zdarzyć...”, owe spodnie, owa osoba moczyła w misce z wodą, następnie ubierała mokre na siebie (nie wykręcając z wody), następnie na sobie suszyła suszarką do włosów (trwało to wprawdzie całe wieki, ale czego się nie robi dla seksapilu).

Potem tylko musiała pilnować żeby nie wypić zbyt dużo coca-coli, bo nałożone w taki sposób spodnie, to był jednocześnie kategoryczny zakaz korzystania z toalety, ponieważ raz rozpięty guzik nie dał się ponownie zapiąć mimo nieziemskich umiejętności.

Pewnego popołudnia ojciec dziewczynki, czyli Zygmunt, (ale jak już wcześniej wspomniano nie król i nie August) przypadkowo wszedł do pomieszczenia improwizującego łazienkę,. Ku swemu wielkiemu zdziwieniu zobaczył (już nie małą niestety) siostrzyczkę dziewczynki, suszącą na sobie spodnie (koloru chyba żółtego, które były własnością dziewczynki). A że był w stanie „pod rauszem”
w pierwszej chwili nie mógł zrozumieć, co jest grane. Niestety siostrzyczka dziewczynki była już prawie spóźniona na umówioną randkę, a tylna część spodni znajdująca się na miejscu dość kształtnym, które stanowiło przedłużenie kręgosłupa i pleców była wciąż mokra, siostrzyczka dziewczynki poprosiła swojego reproduktora
o pomoc. Jego zdziwienie było wielkie, kiedy suszarka do włosów nagle znalazła się w jego dłoni, a do jego uszu dobiegła komenda „susz spodnie na mojej d... (brzydkich i pospolitych słów nie będę używała, aby kogoś nie zgorszyć), bo już jestem spóźniona”. Ale trzeba przyznać, że miał niezły ubaw wkurzając wytwór, swoich miłosnych uniesień do Heleny (jak już wcześniej wspomniano nie Trojańskiej), komentując nadmiar ciała w niektórych miejscach, zrozpaczonej z powodu spóźnienia na umówione spotkanie córki.

Trzeba przyznać uczciwie, że nie wydał jej przed dziewczynką.

Sorry, miało być o dziewczynce, a rozpisałam się o jej siostrzyczce. Ale w tytule rozdziału trzeciego, uczciwie zostało napisane: „Czyli to co robiła dziewczynka (ta z tytułu) i nie tylko ona, żeby życie było ciekawe„

No i tak dziewczynka, która stawała się panienką, jeździła sobie po świecie. Niestety z umiejętnością orientowania się w geografii autorka zawsze miała problemy, więc gdzie jeździła dziewczynka, to ona wie sama, ale była ta Anglia, Dania i coś tam jeszcze. Fajnie tam wtedy było, ciężką pracę, połączoną z trudami podróży rekompensowało jej towarzystwo poznawanych ludzi, uroki oglądanych miejsc i luz bluz, jaki potrzebny jest każdemu młodemu człowiekowi.

Kiedy dziewczynka, która stała się panienką osiągnęła wiek osiemnastu wiosen (może to było trochę później), postanowiła sprawdzić swoje macierzyńskie zdolności, tylko niech nikt nie myśli, że zapragnęła przeżyć błogość stanu kobiety ciężarnej, czy cierpień porodowych itp. Nie! Postanowiła połączyć pięknie z pożytecznym i „zaciągnęła” się jak opiekunka kolonijna. Pojechała z czeredą dziewczynek i panienek, które na trzy tygodnie zamieniła w swoje podopieczne do pięknej Gdyni.

Wyglądem bardziej przypominała kolonistkę niż wychowawczynię, ale chyba miło wspomina ten czas do dzisiaj. Na tych koloniach spotkała ją jednak przykrość i to ze strony najbliższej jej wtedy osoby (no może drugiej po najbliższej).

Pewnego razu, dziewczynka, która była wychowawczynią na koloniach dała swoim podopiecznym, czas wolny, aby pobiegały sobie po sklepach. Kolonistki grupkami poszły każda w swoją stronę, a ona została sama. Ktoś, kto nawet nie zaproponował jej żeby poszła z nimi zrozumiał to dopiero po latach. Tamtej przykrości jej już nie wynagrodzi, ale może wystarczy słowo:

PRZEPRASZAM

Kiedyś dziewczynka (ta z tytułu), która była już panienką wpadła w oko pewnemu osobnikowi płci odmiennej o ksywce (no dobra pominę te nazwę, żeby przypadkiem facet, gdyby przypadkiem tu trafił, nie zorientował się, że o nim mowa). Biedny chłopak szukał
w niej bratniej duszy, a mieli ze sobą wiele wspólnego, bo chłopak ładnie śpiewał, szczególnie arię „Ten zegar stary...”, należał też do kategorii odmieńców takich jak dziewczynka (wyjścia do dyskotek ograniczone do minimum, picie alkoholu ograniczone do mniej niż minimum, oceny w szkole i chęć do nauki na poziomie wyższym niż kujon, a do tego postura szprychy rowerowej, i zerowe podejście do seksu). Biedne chłopisko przyszło do domu dziewczynki z wielką nadzieją spełnienia swojego marzenia, czyli namiętnego patrzenia jej w oczka i głaskania po delikatnej rączce, ale chłopak źle trafił, bo dziewczynka była w trakcie skłócenia z siostrzyczką, a ta postanowiła zemścić się na dziewczynce. Kiedy więc chłopak przyszedł, siostrzyczka miała powiedzieć, że dziewczynki nie ma w domu i wróci późno. Ta (wredna) jednak powiedziała osobnikowi, że dziewczynka powinna zaraz wrócić, więc kochaś może na nią zaczekać. Dziewczynka w tym czasie schowała się w innym pokoju. Pora była wówczas zimowa, a pokój ten nie był ogrzewany, więc panowała w nim temperatura około stopni (pana Celsjusza). Zołzowata siostrzyczka, która była jednak najukochańszą siostrzyczką dziewczynki przetrzymała biedną dziewczynkę w tym lodowatym pokoju około dwóch godzin.

Zemsta była słodka.

Ale, ale... siostrzyczka wcale nie była taka zła, jak ją tu opisano. Mała kochana siostrzyczka bardzo lubiła robić dziewczynce nietypowe prezenty. No, było to częściowo spowodowane deficytem budżetowym w skarbonce siostrzyczki, (która wtedy już popalała sobie papieroski po które jeździła aż do miasta B., do delikatesów gdzie można było kupić takie papieroski jak Malboro, Pall Mall, czy Maxwell), a wiadomo jak dziura finansowa, to trzeba kombinować, a w tym trzeba przyznać siostrzyczka była dobra.

I tak na przykład na jakieś święta Bożego Narodzenia zrobiła dziewczynce papeterię w ilości 100 sztuk kopert i 100 sztuk papieru  listowego do kompletu.

Każda koperta i przypisana jej kartka listowa oznaczona była innym własnoręcznie przez siostrzyczkę wykonanym rysunkiem.

Siostrzyczka, w konspiracji przed dziewczynką, (tą z tytułu) rysowała…, rysowała…, rysowała…, a że w głowie miała zawsze fiubździu zamiast nauki, rysunków i pomysłów starczyło.

Na inne znów święta, siostrzyczka zrobiła dziewczynce na szydełku szalik, który był wtedy super modny, w kolorze zieleni, a jego długość wynosiła prawie (a może nawet ponad) 3 metry.

obrazek

 Czy potrafi sobie ktoś wyobrazić coś takiego, żeby robić taki długi szalik w domu tak, żeby go przyszła właścicielka nie zobaczyła?  

To się nazywa poświęcenie.:)

więcej na http://wydaje.pl/e/wspominki-z-zycia-pewnej-dzieczynki

 
1 , 2
Lubię czytać
Artykuły




Spis moli