Książka stanowi cudowny przedmiot, dzięki któremu świat poczęty w umyśle pisarza przenika do umysłu czytelnika... Każda książka żyje tyle razy, ile razy została przeczytana.

FRAGMENTY MOICH KSIĄŻEK

piątek, 27 września 2013

    - Wpadniemy na chwilę do moich przyjaciół. Poznasz kogoś bardzo ważnego i zadzwonisz do rodziców. Możesz też podać rodzicom ten adres, aby mogli wysyłać do ciebie korespondencję. Chodź!

    Pociągnął mnie za rękę i stanęliśmy przed drzwiami wejściowymi. Michèl wyciągnął z kieszeni klucz i otworzył je. Wąskimi schodkami weszliśmy na drugie piętro, gdzie kolejnym kluczem otworzył następne drzwi. W przedpokoju przywitała nas niska, szczupła kobieta w wieku około siedemdziesięciu lat.

    - Witaj mój chłopcze. Dawno cię u nas nie było – podeszła do nas i mocno uściskała mojego przyjaciela. – A to le solei to, kto? – Zmierzyła mnie wzrokiem.

    - To Catherine – Michèl uśmiechnął się do mnie. – Zagubiona turystka, którą na chwilę przygarnąłem pod swój dach.

    - Witaj pod moim dachem, piękna dziewczyno. Wszyscy nazywają mnie Mamon, więc ty też tak możesz do mnie mówić. – Kobieta uściskała mnie szczerze i spontanicznie, tak jak powitała przed chwilą Michèl’a. – Nie trzymaj się zbyt długo tego nicponia, bo wywiezie cię na manowce – konspiracyjnym tonem szepnęła mi do ucha.

    Popatrzyłam na nią i już wiedziałam, że jest to osoba, której nie można nie polubić. Filigranowa figura i wesołe ogniki w oczach, odejmowały jej kilka lat. Poruszała się zwinnie jak nastolatka, chociaż po wykrzywionych przypuszczalnie przez artretyzm dłoniach i po plamach brązowych na całym ciele, można było zauważyć pozostałości przeżytych lat. Mieszkanie,
w którym się znajdowaliśmy przypominało muzeum. Stare meble pochodziły chyba jeszcze z poprzedniego stulecia, ale wszędzie panował wręcz sterylny porządek. W pokoju, do którego nas wprowadziła Mamon stał około trzymetrowy regał z ośmioma półkami, zapełnionymi książkami o różnej tematyce. Poczułam się jak w jakiejś starej bibliotece

.pokój Mamon1   pokój Mamon3

Zza zamkniętych drzwi sąsiedniego pokoju dochodziły głosy i co chwilę słychać było salwy śmiechu. Michèl posadził mnie na starej sofie z rzeźbionymi bokami, obitej pięknym niebieskim materiałem przypominającym atłas.

    - Zaczekaj tu na mnie, muszę załatwić pewną sprawę. Niestety nie mogę cię zabrać ze sobą - pogłaskał mnie po policzku i odwrócił się do Mamon.

    - Chciałbym, żeby Catherine zadzwoniła do domu, do rodziców – złapał dłonie kobiety i przyłożył do ust składając na nich delikatny pocałunek. – Przypilnuj proszę, aby to zrobiła.

     Mamon przytuliła go do siebie i matczynym gestem pogłaskała po ciemnej czuprynie.

    - Leć! Tylko nie zabaw za długo. Mam kilka spraw do załatwienia i nie będę siedziała cały dzień w domu. A z Leonem i jego kompanią nie chciałabym jej zostawić samej.

    - Wrócę za godzinkę, może półtorej. – Michèl pocałował Mamon w policzek, a do mnie puścił perskie oko i już go nie było.

    Kobieta usiadła naprzeciwko i wpatrując się we mnie trwała tak około dziesięciu minut. Siedziałyśmy w milczeniu wsłuchując się w szum ulicy i głosy dochodzące z drugiego pokoju.

    - Ile masz lat? –Mamon, pierwsza przerwała milczenie.

    - Osiemnaście.

    - To ty jesteś tą małą, którą okradli na dworcu?

    - Tak – kiwnęłam głową i opuściłam wzrok wpatrując się w kwiaty na dywanie. – Widzę, że nawet w tak dużym mieście, wiadomości rozchodzą się lotem błyskawicy – szepnęłam zawstydzona.

    - To ty jesteś tą zmysłową tancerką?

    Popatrzyłam na nią zdziwiona, skąd wie o tym, że tańczyłam na brzegu Sekwany skoro jestem w Paryżu dopiero drugi dzień.

    - Żeby poczta tak działała jak szybkość przekazywania informacji tutaj, to ludzie mogliby się częściej komunikować ze sobą – powiedziałam z nutą oburzenia.

    - Nie irytuj się. Wiem to od Leona, grał wczoraj razem z Michèl’em – popatrzyła na mnie uspokajająco. - Lubię, kiedy Leon chodzi razem z nim, bo przynajmniej regularnie płaci mi wtedy tygodniówkę za pokój, który wynajmują razem ze swoją siostrą. Dobry z niego chłopiec, ale ma tylu znajomych… - spojrzała w stronę drzwi do drugiego pokoju i wzruszyła ramionami. – Sama słyszysz.

    Wstała z fotela i podeszła do mnie.

    - Chodź, pójdziemy do mojej sypialni. Zadzwonisz do rodziców.

    Podała mi rękę i poprowadziła wąskim korytarzykiem do kolejnego pomieszczenia. Sypialnia Mamon, tak jak pokój gościnny wyglądała jak sala w muzeum. Drewniane łóżko zasłane było narzutą wyszydełkowaną z białej bawełny. Obok niego stała toaletka, na której pięknie eksponował się stary zegar. W chwili, kiedy otworzyłyśmy drzwi do pokoju, zegar jakby obudził się i zaczął wybijać godzinę. Naprzeciwko łoża stała ogromna szafa wyglądająca jakby przyniesiono ją z Wersalu. Obok na ścianie wisiał imponujących rozmiarów obraz.

pokój Mamon5 pokój Mamon2

zegar  pokój Mamon2

    - Ciekawy, prawda? – Mamon zauważyła jak przyglądam się dziełu. – Uwielbiam Moneta – westchnęła i delikatnie dotknęła drewnianej ramy obrazu. – Czy wiesz, że najbardziej charakterystyczną cechą malarstwa i rzeźby impresjonistycznej, było dążenie do oddania zmysłowych i ulotnych momentów? Takie dążenie do "złapania uciekających chwil" – odwróciła się w stronę obrazu. - Nazwa kierunku została ironicznie nadana przez krytyka sztuki a zarazem dziennikarza o nazwisku Leroy i pochodzi od tytułu właśnie tego obrazu „Impresja wschód słońca” Claude’a Moneta.

    - Jeden z moich braci studiuje w Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych – odpowiedziałam, żeby jej zaimponować. – Ja jednak wolę taniec od tego rodzaju sztuki.

    - Każdy ma swoje upodobania.

    Podprowadziła mnie do małego stoliczka, na którym na białej koronkowej serwetce stał czerwony telefon-retro. Pierwszy raz w życiu zobaczyłam coś tak pięknego i użytecznego zarazem.

    - Zostawię cię teraz samą, abyś mogła swobodnie porozmawiać. Pójdę do kuchni i przygotuję dla nas coś do picia. Jak skończysz, to przyjdź do mnie, tylko nie pomyl pokoi, bo Leon i jego zwariowana czereda zjedzą cię żywcem – uśmiechnęła się do mnie i wyszła z pokoju, dokładnie zamykając za sobą drzwi.

    Usiadłam na krześle obok stoliczka i dłuższą chwilę wpatrywałam się
w aparat telefoniczny. Co ja im powiem? – Pomyślałam, zanim wykręciłam numer rodziców.



sobota, 10 sierpnia 2013

Idąc za sugestią moich czytelniczek, (zwłaszcza jednej) poszperałam trochę w swoich zdjęciach i odnalazłam kilka tych, które zainspirowały moją wenę podczas pisania "Pamiątki z Paryża". Dzisiaj przedstawiam Cmentarz Pere Lachaise i fragment książki, dotyczący tego niezwykłego miejsca.

Pere Lachaise1

Pere Lachaise2

Pere Lachaise3

(...)  Antoinette odsapnęła. Popatrzyła na mnie takim wzrokiem, jakby chciała powiedzieć, „ale się zmęczyłam tym opowiadaniem”.

    - Dobrze, wytłumacz mi jak tam dojechać i daj mi swoje błogosławieństwo, żebym się nie zgubiła.

    Pokazała mi jak dojść do metra i zapisała na karteczce, gdzie mam wysiąść, oraz jak dalej iść by nie zabłądzić. Podziękowałam jej i mocno uścisnęłam na pożegnanie. Czując w sobie zapał i odwagę wyruszyłam na pierwszą samotną wędrówkę.

    Kiedy dojechałam na miejsce okazało się, że od stacji metra do cmentarza wcale nie jest tak daleko jak przypuszczałam. Idąc wzdłuż muru otaczającego cmentarz dotarłam do zabytkowej zachodniej bramy Pere Lachaise. Z niezadowoleniem stwierdziłam, że zaczęło mżyć. Czytałam o tym cmentarzu w przewodniku, dlatego wiedziałam, że Pere Lachaise to nie tylko najsłynniejszy i największy paryski cmentarz, ale także największy teren zielony w mieście.

    Zaskoczyła mnie pustka. Turystów było niewielu. Stali na skrzyżowaniach alejek i ze skupieniem wpatrywali się w trzymane w rękach mapki, próbując określić punkt, w którym się obecnie znajdują i miejsce grobu, którego szukają. Poza tym spacerowało kilka starszych osób. Pomyślałam, że to prawdopodobnie okoliczni mieszkańcy.

    Cisza i spokój. Idąc alejką pomyślałam, że nie przypominał w niczym naszych cmentarzy, wyglądał raczej jak miasteczko zmarłych ludzi. Szłam przed siebie z wielkim zainteresowaniem oglądając groby i bardzo stare grobowce. Stare groby prezentowały się jak mauzolea. Prawie każdy grobowiec wyglądał jak mała kapliczka. Rozejrzałam się dookoła i zorientowałam, że chyba jednak pomyliłam kierunki. Idę nie w tę stronę, gdzie powinnam była pójść. Usiadłam na ławeczce przy jednej z alejek i pomyślałam, że mogłam w kwiaciarni przy bramie wejściowej kupić plan nekropolii z dokładnym opisem. Ułatwiłoby mi to odnalezienie grobu Abelarda i Heloizy. Zauważyłam, że wszystkie alejki i uliczki mają swoje nazwy i są dobrze oznakowane.

    - Bonjour Mademoiselle. Niech panienka zawraca do wyjścia, bo zaraz będzie burza.

    Usłyszałam nad sobą miły, ciepły głos. Podniosłam głowę i zobaczyłam stojącego obok ławki starszego mężczyznę, którego twarz była tak pomarszczona, jakby miał, co najmniej sto lat.

    - Proszę się o mnie nie martwić, czekam na przyjaciela, który gdzieś mi się tutaj zapodział. – Odpowiedziałam uśmiechając się do starszego pana. – Ale dziękuję za troskę.

    - Nie zna panienka cmentarza prawda?

    - No… niestety. Jestem tutaj pierwszy raz i tak się zachwyciłam, że pomyliłam chyba kierunki.

    - Wielu tu takich jak pani. Czasami obserwuję jak miotają się między grobami jak duchy, ale o pomoc nie poproszą. – Mężczyzna spojrzał na mnie i pokiwał głową. – Ech wy młodzi… Podobają się panience te grobowce?

    - Są piękne i takie… tajemnicze.

    - A wie panienka, że ciała chowano pod podłogą? Proszę popatrzeć na drzwi, które prowadzą do wnętrza grobowca. Takie z pięknie kutej albo odlewanej z metalu kraty przeważnie ozdabiano ornamentami roślinnymi. – Mężczyzna wskazał ręką duży grobowiec. - Szczególnie ciekawe są te grobowce, po których widać, że od wielu dziesiątek lat nikt już nie odwiedza. Widzisz dziecko? – Wskazał ręką na następny ze starych grobów. – Drzwi są często uchylone. Przez te kraty, można zajrzeć do środka. Widok jest czasami niesamowity. Chodź pokażę ci coś.

    Złapał mnie za rękę i pociągnął za sobą. Idąc wolnym krokiem, lekko kulejąc na prawą nogę, zaprowadził do starego grobowca, który kojarzył mi się bardziej z kapliczką niż grobem.

    - Patrz, widzisz?

    Zaglądając do środka zobaczyłam zupełnie czarne ze starości, powyginane świece, stojące w starych, betonowych świecznikach, a pod nimi rozpadający się klęcznik.

    - Wszystko stoi tak od sześćdziesięciu do stu lat, zupełnie opuszczone, skazane na czas, który bezlitośnie je niszczy.

    Poczułam na plecach dreszcz. Odwróciłam się, aby wrócić na ławkę i w tym momencie najpierw zobaczyłam straszny błysk, a po nim usłyszałam przeraźliwy grzmot. Skuliłam się, a do oczu napłynęły mi łzy. Odkąd pamiętam, zawsze bałam się burzy.

    - Wejdźmy do środka… o tutaj, bo zaraz zmokniemy. – Mężczyzna nie czekając na moją odpowiedź wepchnął mnie do jednej z cmentarnych budowli i szybko wszedł za mną. Nie zdążył nawet przymknąć starej kraty, która kiedyś służyła za drzwi, gdy z nieba lunęło, jakby nastąpiło oberwanie chmury.

    - Nie bój się. To nie będzie długa burza.

    Nagle gwałtownie ochłodziło się i zarówno widziałam jak i czułam, że cała się trzęsę. Nie byłam pewna czy z zimna, czy ze strachu. Mężczyzna stał odwrócony do mnie tyłem i patrzył na spadające krople. Bałam się oddychać. Przed oczami miałam wizje z najstraszniejszych horrorów.

    - Ten cmentarz ma swoją duszę. – Zaczął mówić cichym, drżącym głosem. – Jest jednym z najsłynniejszych na świecie miejscem wiecznego spoczynku. W pierwszych latach istnienia uchodził za cmentarz dla ludzi ubogich, zwłaszcza takich z półświatka, ponieważ położony był w odległej
i niebezpiecznej dzielnicy. Sytuacja się zmieniła, gdy przeniesiono tu prochy La Fontaine'a i Moliera. Odtąd na cmentarzu przybywało miejsc pochówku sławnych ludzi, a nagrobki wielu z nich są dziś bezcennymi zabytkami architektury funeralnej. Popatrz ile drzew tutaj rośnie. – Mówił spokojnie, ale widziałam, że samo mówienie męczy go. -  Rośnie tutaj ponad pięć tysięcy drzew, a wiele z nich to pomniki przyrody. O! Przestaje już padać. To dobrze.

    Mężczyzna odwrócił się do mnie i popatrzył na moje mokre od łez oczy.

    - Dziecko, dlaczego płaczesz? Boisz się burzy czy tego cmentarza?

    - Burzy. – Powiedziałam ledwo sama siebie słysząc.

    - Nie bój się. Zobacz, już przechodzi. Jak niespodziewanie złapie mnie, tu w otoczeniu tych grobów, to przynajmniej zawsze mam się gdzie schować, bo wiele grobowców jest otwartych tak jak ten.

(...)

środa, 07 sierpnia 2013

Od tego miejsca w mieście świateł zaczyna się moja "Pamiątka z Paryża".

 

Gare du Nord

Dworzec Północny Gare du Nord w Paryżu

(...)

    Miałam osiemnaście lat. Byłam pilną uczennicą. W nagrodę za dobre oceny na świadectwie maturalnym i za zdany egzamin na studia, rodzice zafundowali mi wyjazd do cioci. Był to również prezent na moje osiemnaste urodziny. Siostra mojego taty mieszkała we Francji, w małym podparyskim miasteczku. Ciocia Aniela miała odebrać mnie z pociągu na stacji dworca Północnego Paryża, Gare du Nord. Do pociągu wsiadłam w Brukseli, dokąd dojechałam samochodem razem ze znajomymi. Państwo Luszkowscy, mieli tam rodzinę i jechali do nich na urlop. Ponieważ w ich samochodzie było wolne miejsce, to zgodzili się, abym pojechała razem z nimi. Zapowiadały się wspaniałe wakacje, których zazdrościły mi wszystkie koleżanki z klasy. Wszystko było by dobrze, gdyby nie dwa przykre zdarzenia.

    W noc poprzedzającą mój przyjazd, ciocia Aniela miała zawał i znalazła się w szpitalu. Nie mogła z tego powodu ani zawiadomić moich rodziców, ani zorganizować kogoś, kto odebrałby mnie z pociągu.

    Stałam przed dworcem w Paryżu i rozglądałam się za nią, gdy podeszło do mnie dwóch chłopców i jedna dziewczyna. Cała trójka jechała razem ze mną w pociągu i zaoferowała mi swoje towarzystwo przez jakiś czas, w oczekiwaniu na moją krewną. Niestety, po odejściu moich „nowych przyjaciół” zorientowałam się, że nie mam portfela.

    Ogarnęła mnie rozpacz. Nie dość, że zostałam bez grosza w obcym mieście, to zostałam pozbawiona kartki z adresem do cioci i jej numerem telefonu, którą tata przezornie wcisnął mi przed wyjazdem.

(...)



poniedziałek, 03 września 2012

Trochę mi się wena twórcza pomieszała, i zamiast pisać "Płacz wilka", to odstawiłam to "dzieło" do szuflady, bo w mojej głowie zaczął kiełkować pomysł na zupełnie inną książkę.

Myślę, że spowodowała to moja wizyta w mieście, w którym mieszkałam ponad 20 lat, i z którym wiąże się wiele (nadal) przyjemnych (ale niestety i nieprzyjemnych) wspomnień.

Gdyby nie fakt, że mam teraz pewne ograniczenia prywatne, które nie pozwalają mi zbyt często na siadanie do komputera, to pewnie moja kolejna książka pt "Lawenda" byłaby już skończona i wysłana do drukarni, ale...

...zawsze jest jakieś "ale" i trzeba się z tym pogodzić. Chciałabym jednak przedstawić fragment, może kogoś zainteresuje?

lawenda

(to tylko taka atrapa okładki)

Taksówka zatrzymała się pod sklepem z pamiątkami. Z nieba lała się woda tak silnymi strumieniami, jakby z góry ktoś wylewał ją wiadrami w celu zatopienia całej cywilizacji i całej ludzkości. Kobieta podała kierowcy banknot pięćdziesięciozłotowy i wysiadając szczelniej opatuliła się płaszczem, chociaż dobrze wiedziała, że nie uchroni jej on przed całkowitym przemoczeniem. Szybko przebiegła na drugą stronę ulicy w kierunku swojego domu. Wpadła do budynku jak burza i szybko strząsnęła z płaszcza spływające po nim krople. Zerknęła na zegar wiszący w holu korytarza i uśmiechnęła się.

- Nie jest tak źle – powiedziała sama do siebie i szybkimi krokami wbiegła schodami na drugie piętro.

Przed drzwiami mieszkania głęboko westchnęła a następnie wyciągnęła z torebki klucze. Jeszcze na korytarzu zdjęła z nóg buty na wysokich obcasach, aby ich stukotem nie obudzić śpiących w jej mieszkaniu osób. Wśliznęła się do środka jak złodziej. Już w przedpokoju usłyszała ciche dźwięki dochodzące z włączonego telewizora. Szybko powiesiła mokry płaszcz na wieszaku i weszła do pokoju. Na dużej, rogowej kanapie siedziała młoda dziewczyna pogrążona w błogim śnie. Kobieta wyciągnęła pilot do telewizora z rąk śpiącej i wyłączyła odbiornik. Dziewczyna przebudziła się i ze strachem w oczach spojrzała na kobietę.

- Dobry wieczór pani Gosiu przepraszam, że zasnęłam, ale…

- Spokojnie Alu, ja tylko wyłączyłam telewizor, który leciał nie wiadomo, dla kogo - kobieta usiadła na kanapie i pogłaskała dziewczynę po dłoni. – Zostaniesz na noc, czy chcesz wracać do domu?

- Maluchy śpią, więc jeżeli nie będę już pani potrzebna to może pojadę do siebie – dziewczyna uśmiechnęła się, zmieszana sytuacją, w jakiej zastała ją pracodawczyni.

- Jak chcesz.

Kobieta wyjęła z torebki kilka banknotów i podała dziewczynie.

- To za dzisiejszy dzień i na taksówkę, żebyś nie wracała komunikacją miejską, bo o tej porze jest to trochę nieprzyjemne.

- Dziękuję – dziewczyna wzięła banknoty i wstała z kanapy poprawiając lekko pogniecioną sukienkę.

- Zwłaszcza, że leje jak z cebra – kobieta wskazała dłonią w stronę okna.

Dziewczyna podążyła wzrokiem w kierunku wskazanym przez kobietę i wzruszyła ramionami.

- Trudno najwyżej zmoknę, ale nie chciałabym pani przeszkadzać.

- Oj głupiutka! – Kobieta roześmiała się. – Przecież dobrze wiesz, że nigdy mi nie przeszkadzasz. Jesteś aniołem mojej rodziny, jesteś… - zamilkła na kilka sekund. - Jesteś jak moja rodzina, więc nie możesz mówić, że mogłabyś mi przeszkadzać. Wiem, że doskonale zdajesz sobie sprawę z tego jak wiele ci zawdzięczam.

- To… - dziewczyna ponownie spojrzała w stronę okna o szyby, którego bębniły grube krople deszczu – jeżeli pani pozwoli to prześpię się tu na kanapie a rano pojadę do domu rodziców.

- Nie prześpisz się na kanapie, tylko pójdziesz do pokoju gościnnego – powiedziała kobieta stanowczym głosem. – No już do łazienki i spać, pogadamy rano.

Dziewczyna uśmiechnęła się, wdzięczna za propozycje spędzenia nocy w ciepłym, suchym pomieszczeniu. Wychodzenie z tego domu w taką pogodę nie stanowiło szczytu jej marzeń. Przeciągnęła się leniwie i poszła do łazienki. Szum wody jaki Małgorzata usłyszała zza drzwi, za którymi zniknęła Ala udowodnił, że jej opiekunka do dzieci właśnie postanowiła wziąć prysznic.

Podeszła do szafki stojącej pod dużym, płaskim telewizorem i wystukała kod umożliwiający jej otworzenie drzwiczek. To był jedyny mebel w całym mieszkaniu, do którego dostęp miała tylko ona. Nikt poza nią nie znał szyfru i to dawało jej poczucie prywatnego bezpieczeństwa. Zamek założył jej jeden z mężczyzn – sąsiadów, krótko po wprowadzeniu się do tej starej poniemieckiej kamienicy na obrzeżach miasta. Był on jednym z nielicznych, którzy zaakceptowali ją jako nową sąsiadkę, inni, zwłaszcza panie w wieku po matronalnym najchętniej pluły by jej pod nogi przechodząc obok. Pruderyjność pewnych grup ludzi czasami ją śmieszyła, ale bardzo często czuła się z tego powodu kimś gorszym.

Wyjęła z szafki szklankę o grubym, kryształowym dnie i zapełniła ją w jednej trzeciej anglosaskim rodzajem jałowcówki, popularnie w Polsce nazywanym Ginem. Miała wśród swoich alkoholi zarówno Dry gin, jak i London dry gin i oba te napoje alkoholowe uwielbiała tak samo. Zapełniła resztę szklanki tonikiem, aby złagodzić cierpko-gorzki smak alkoholu i dorzuciła do tego plasterek mrożonej cytryny. Postawiła szklankę na stoliku i krokiem łani udała się do swojej sypialni, aby przebrać się w wygodny dres. Wracając zerknęła do małego pokoiku i z miłością w oczach spojrzała na dwie, czarne czuprynki otaczające dwie małe, spocone główki. Dzieci uśmiechały się przez sen, co napełniło ich matkę dodatkową dawką macierzyńskiego uczucia. Poprawiła kołderki, które tradycyjnie w większej części znajdowały się poza tapczanikami niż na ciałkach dzieci i cichutko zamykając za sobą drzwi przeszła do salonu.

Wygodnie usadowiła się na kanapie układając nogi na dużym, miękkim pufie i pociągnęła spory łyk przygotowanego przed kilkoma minutami drinka. Chłodny napój delikatnie popieścił zarówno jej podniebienie jak i zmysły. Pilotem włączyła wieżę stereofoniczną, która stała obok telewizora i w ciągu jednego ułamka sekundy pokój wypełniła cicha muzyka jazzowa. Małgorzata przymknęła oczy i myślami zaczęła wtapiać się w dźwięki płynące głównie z saksofonu George Rufusa Adamsa. Muzyka jazzowa od najmłodszych lat była obecna w jej życiu. Już jako mała dziewczynka marzyła o grze na saksofonie, ale jej rodzice cały czas skutecznie jej to wybijali z głowy. Może gdyby wtedy im się sprzeciwiła, to jej losy potoczyłyby się zupełnie inaczej. Ojciec zawsze jej powtarzał, że jazz to muzyka prostytutek, jak bardzo był bliski i daleki od tego, co mówił. Wprawdzie ten gatunek muzyki powstał w Nowym Orleanie, na południu Stanów Zjednoczonych w dzielnicy Storyville, znanej z dzielnicy prostytutek, ale był przecież połączeniem muzyki zachodnioafrykańskiej i europejsko amerykańskiej jednocześnie. Każdy znawca tego gatunku muzyki wiedział, że jazz wyraźnie stanowił połączenie muzyki ludowej i rozrywkowej.

Gdyby tak bardzo nie zakochała się w tej muzyce, to nie miałaby przecież teraz swoich ślicznych, czarnych aniołków.

- Dlaczego pani zawsze po pracy pije drinka? – Niespodziewanie usłyszała nad sobą głos Alicji.

- Myślę, że to nie twoja sprawa – nie otwierając oczu odpowiedziała cichym, ale stanowczym głosem.

- Ja się tylko martwię o panią, nic więcej – dziewczyna nie dawała za wygraną.

- Idź spać!

- W porządku. Czy jutro będę potrzebna czy mam rano pojechać do domu rodziców?

Małgorzata otworzyła oczy i spojrzała na stojącą obok niej młodą, szczupłą dziewczynę. Uśmiechnęła się i ponownie zamknęła powieki.

- Nie wiem… Nigdy nie jestem pewna, kiedy zadzwonią do mnie i powiedzą, że mam się stawić w pracy.

- Ale siostra mojej koleżanki, która też pracuje w liniach lotniczych jako stewardessa, ma ustalony grafik i nie musi zjawiać się na każde wezwanie tak jak pani…

- Alu, proszę cię idź spać i daj mi święty spokój.

Ton, w jakim jej pracodawczyni wypowiedziała ostatnie zdanie sprawił, że dziewczyna skuliła się w sobie i bez słowa poszła do pokoju gościnnego.

Małgorzata spod pół przymkniętych powiek spojrzała za oddalająca się dziewczyną i pomachała jej ledwo widocznym gestem dłoni, która delikatnie uniosła się znad kanapy.

Z odtwarzacza CD zaczął wypływać kolejny utwór. Kobieta podniosła do ust szklankę z przeźroczystym płynem i upiła kolejny, spory łyk drinka. Spojrzała na stojące na szafce, obok kolorowego wazonu zdjęcie, z którego spoglądały na nią duże czarne oczy, które swoim blaskiem towarzyszyły zniewalającemu uśmiechowi. Około trzydziestoletni mężczyzna patrzył wprost na nią i miała wrażenie, że zaraz wyjdzie z fotografii i stanie naprzeciwko niej.

- I co zadowolony jesteś? Musiałeś tak skomplikować mi życie? Po jaką cholerę stawałeś na mojej drodze. – Małgorzata powiedziała, czując jak alkohol zaczyna rozpalać jej policzki. – Gdyby nie ty, może byłabym teraz ekspedientką w sklepie obuwniczym, albo pielęgniarką obojętnie przyglądająca się cierpieniu innych, albo nauczycielką, która nienawidziłaby swoich uczniów – upiła kolejny łyk alkoholu i zamyśliła się. – Przez ciebie jedni mnie pożądają a inni nienawidzą, tego chciałeś?

Poczuła jak z coraz bardziej piekących oczu zaczyna wypływać łza. Otarła ją wierzchem dłoni, i po raz ostatni tego wieczoru spojrzała na zdjęcie człowieka, który w jakimś momencie życia przesłonił jej cały świat. Spowodował, że dla niego zostawiła dom, rodziców i wszystko, co łączyło ją z poprzednim bytem. Dzięki niemu poznała inne życie i wróciła, jako całkiem inna osoba.

2.

Samolot zaczął powolne lądowanie i pasażerowie, przygotowani już byli z zapiętymi pasami czekając na zetknięcie maszyny z ziemią. Stewardessa podeszła do mężczyzny siedzącego z laptopem na kolanach i delikatnie położyła dłoń na jego ramieniu.

- Proszę wyłączyć komputer. W czasie startu i lądowania wszystkie urządzenia powinny być wyłączone – uśmiechnęła się grzecznie, ukazując jednak władczy wyraz twarzy.

Paul spojrzał w duże oczy dziewczyny i natychmiast zamknął swoje narzędzie pracy.

- Przepraszam, nie dosłyszałem komunikatu – powiedział z lekkim amerykańskim akcentem.

Stewardessa ponownie uśmiechnęła się i odeszła w stronę kokpitu.

- Witamy państwa na lotnisku. W Warszawie słonecznie, temperatura około dwudziestu pięciu stopni – z głośnika zabrzmiał spokojny głos kapitana. – Dziękujemy państwu za wspólnie spędzony lot i mamy nadzieję, że jeszcze skorzystacie państwo z naszych linii lotniczych. Życzymy przyjemnego pobytu w stolicy Polski.

Prawie nie wyczuwalnie, koła samolotu dotknęły powierzchni ziemi i wszyscy pasażerowie zaczęli bić gromkie brawa dla pilotów, tak delikatnie obchodzących się zarówno z maszyną jak i z podróżnymi. Kilkanaście minut samolot kołował po płycie lotniska, aż wreszcie zatrzymał się. Wysiadający, z uśmiechami na ustach żegnali się z załogą i dziękowali za miły i spokojny lot.

Paul wsiadł do autobusu, który czekał już na pasażerów, aby podwieźć ich do hali przylotów i z zaciekawieniem rozglądał się po lotnisku. Nie był tu ponad dwadzieścia lat i wspomnienia, które pozostały w jego głowie całkowicie rozmazały się na widok tego, co zobaczył. Wyjątkowo szybko udało mu się odebrać swój bagaż nadany w Newark do luku bagażowego i zadowolony z zakończonej podróży wyszedł z hali szczęśliwy jak ptak wypuszczony z klatki.

- Paweł! Cholera nic się nie zmieniłeś przez te wszystkie lata! – Mężczyzna poczuł na swoim ramieniu mocne klepnięcie i para silnych męskich rąk nagle objęła go jak zapaśnik sumo.

Na widok pulchnej, zarumienionej twarzy, szeroki uśmiech zagościł na jego ustach.

- Za to ty urosłeś, szczególnie na szerokość – roześmiał się, mocno odwzajemniając uścisk. – Nie widzieliśmy się ponad dwadzieścia lat a mnie się wydaje, jakby to było wczoraj.

- Ty wiesz, że nawet przypominasz tego aktora - mężczyzna, klepnął dłonią w czoło. - Czekaj jak on się nazywa….

- Ja aktora!? – Paweł spojrzał na swojego towarzysza nie ukrywając rozbawienia.

- No tego… co grał w filmie „Kotka na gorącym żelaznym dachu”.

- Cat on a Hot Tin Roof? Kotka na gorącym blaszanym dachu – Paweł ze śmiechem poprawił swojego rozmówcę.

- No właśnie, „na gorącym blaszanym dachu”, wiesz przecież o kim mówię.

- Paul Newman?

- No jasne, że o nim mówię. Właśnie do niego jesteś podobny – mężczyzna odszedł dwa kroki w tył i założył dłonie na biodrach. – Widzisz nie tylko masz takie same imię, ale jesteś też toczka w toczkę podobny, może to twój stary. Co?

- Może… – Paweł roześmiał się. – Szkoda, że moja mami nie żyje, bo zapytałbym ją, czy przypadkiem nie miała romansu z amerykańskim aktorem.

Mężczyzna wziął od swojego gościa walizkę i skierował się w stronę parkingu.

- Oto mój mustang – dumnie wskazał dłonią na ciemno wiśniowy samochód, wyraźnie błyszczący marką i wyglądem nad innymi.

- Fiuu! – Paweł gwizdnął i obszedł auto dookoła. Z podziwem pokręcił głową. - A myślałem, że ludzi w Polsce nie stać na takie cacka?

- Kogo stać to stać, inni jeżdżą de-u, albo komunikacją miejską, a ja mam szczęście do tego.

- Co to jest „de-u”? – Mężczyzna spojrzał na przyjaciela z nieukrywaną ciekawością.

- Daewo, to marka koreańskich samochodów, dość popularna u nas.

- I understand.

- Hej koleś, jesteś w Polsce jakbyś zapomniał, tu obowiązuje język polski!

- O.K. już się przestawiam.

Wsiedli do samochodu i przebijając się przez korek innych aut prowadzący do drogi wyjazdowej milczeli, jakby nagle zabrakło im tematu do rozmowy.

- Tak właściwie to, co ty robisz, że stać cię na taki klejnot? – Paweł przerwał milczenie rozglądając się po wnętrzu samochodu.

- Ta Toyota nie jest moja – mężczyzna spojrzał na swojego pasażera i zrobił minę niewiniątka.

- Co ty gadasz Olek, a czyj?

- To znaczy mój, ale nie mój.

Paweł popatrzył na przyjaciela podejrzliwie i chrząknął dwa razy sugerując kontynuację wyjaśnień.

- Widzisz, pracuje dla takiej jednej firmy i mam to cudeńko do dyspozycji. Mogę nim jeździć prywatnie, ale muszę być na każde wezwanie mojej pracodawczyni.

- Co to firma – Paweł zainteresował się słowami Olka.

- No właśnie taka, o której chcesz pisać.

- Agency of prostitutes?

- Hej koleś, umawialiśmy się, że rozmawiamy po polsku! – Krzyknął kierowca Toyoty. – Tak, agencja prostytutek, ale jakich… - oblizał się jak kot na widok kiełbasy. – Gdybyś widział te lalunie, to sam być miał ochotę wskoczyć im do łóżka.

- Może mi się uda? – Paweł szepnął unosząc kąciki ust do uśmiechu.

- Zapomnij! Nie dla psa kiełbasa!

- Co ma wspólnego pies i kiełbasa z prostytutkami? – Paweł zdezorientowany zerknął na przyjaciela.

- Jezu, ciemniak jesteś! To tylko takie powiedzenie nasze. Oznacza, zbyt wysokie progi jak na twoje nogi.

- Olek, albo cię zaraz walnę i będziemy mieli wypadek, albo zaczniesz gadać jaśniej! - Paweł zdenerwował się niejasną paplaniną kolegi. – Mnie każesz mówić po polsku a sam wygadujesz jakieś niezrozumiałe dla mnie farmazony.

- Dobra, dobra! Nie irytuj się tak – kierowca Toyoty zaczerwienił się. – Miałem na myśli po prostu to, że to są dość ekskluzywne panie i nie każdego na nie stać. Kapujesz?

- Kapuję – Paweł uspokojony wyjaśnieniem kolegi odwrócił głowę w stronę ulicy i zaczął się przyglądać mijanym budynkom. – Opowiedz mi o nich.

- Nie ma co opowiadać, bo wszystko jest tak tajemnicze, że chyba tylko sam pan Bóg wie o co chodzi.

Paweł odwrócił się w stronę kumpla i z wyraźnym zaskoczeniem zaczął analizować słowa Olka.

- Agencja nazywa się „Ogród Marzeń” a każda z panienek ma pseudonim jakiejś roślinki. Dziewczyny są tak ekskluzywnym towarem, że żeby się z którąś z nich umówić to musisz się zapisać w kolejce wpłacając coś jakby wadium i to wcale nie małe.

- Po co?

- Jak to, po co? Gdyby się jednak jakiemuś prezesowi lub jakiemuś szejkowi odwidziało, to dziewczyna nie może zostać na lodzie. Zresztą, co tam będę ci gadał – Olek machnął ręką lekceważąco. - Szefowa zgodziła się z tobą porozmawiać, więc od niej dowiesz się wszystkiego dokładniej.

- A na kiedy nas umówiłeś? – Paweł aż podskoczył na usłyszaną wiadomość.

- Nie umówiłem, sam się z nią musisz umówić – odpowiedział Olek ignorując zapał kolegi. – Dam ci numer telefonu, zadzwonisz i się umówisz. No jesteśmy na miejscu.

Samochód zatrzymał się przed dwupiętrowym apartamentowcem.

- Przenocujemy tutaj, a jutro z samego rana pojedziemy do Gdańska.

3.

 Dźwięk pagera odezwał się w najmniej odpowiednim momencie. Małgorzata spojrzała na numer i skrzywiła się.

- No ładnie, miałam mieć kilka dni wolnego!

Wyjęła z torebki telefon komórkowy i wystukała numer. Z drugiej strony aparatu odezwał się ciepły kobiecy głos.

- Witam cię i przepraszam, że zakłócam twój odpoczynek, ale jesteś potrzebna

- Obiecała mi pani kilka dni wolnego, żebym…

- Wiem kotku, wiem, ale nic na to nie poradzę, że komuś bardzo zależy. Pieniądze nie leżą na ulicy a ja nie mam zamiaru zniszczyć dobrego imienia naszej firmy – kobieta zniżyła głos prawie do szeptu. - W sobotę chciałabym, żebyś stawiła się w pełnej gotowości.

- Dobrze, będę na pewno – Małgorzata skrzywiła się, a do oczu napłynęły jej łzy.

Pomyślała, że po raz kolejny dzieci będą się czuły oszukane. Tak bardzo zapewniała je, że spędzi z nimi kilka dni na plaży. Pogoda była wręcz wymarzona na kąpiel w morzu, a ona sama bardzo potrzebowała tego kontaktu ze swoimi aniołkami. Wiedziała doskonale, że nie może odmówić. Nie teraz. Ale przyjdzie taki moment, kiedy wyrwie się z tego wszystkiego i uciekną razem daleko rozpoczynając nowe, rodzinne życie.

- I jeszcze jedno, musisz zarezerwować sobie trzy dni, bo wcześniej się nie wyrwiesz.

 - Trzy dni? Kto to taki?

- Ktoś ważny. Pamiętaj… w sobotę w pełnej gotowości!

Małgorzata wyłączyła telefon i usiadła na brzegu piaskownicy zakrywając twarz dłońmi.

- Co się stało mamusiu? – Małe ciepłe rączki objęły ją za szyję. – Dlaczego jesteś smutna?

- Nie jestem smutna tylko trochę zmartwiona – spojrzała w duże czarne oczy wpatrujące się w nią z troską, jaką tylko potrafi okazać pięcioletnie dziecko. – W sobotę znów jadę do pracy, muszę jechać na kilka dni.

- A mówiłaś, że teraz zostaniesz z nami na dłużej!

Mała Mulatka usiadła obok matki na deskach piaskownicy i spojrzała na nią z taką złością, że Małgorzata poczuła przebiegający jej przez plecy dreszcz.

- Cicho bądź! Nie widzisz, że mama jest zmartwiona? – Chłopiec przytulił się mocniej i nie pozwolił siostrze na dalsze pretensje.

- Przykro mi Zuzanno, ale musze pracować abyśmy mogli żyć, tak jak żyjemy – Małgorzata pogładziła chłopca po czarnej czuprynie i dotknęła dłonią policzka dziewczynki. – Jakub też jest z tego powodu niezadowolony, ale potrafi to jakoś zrozumieć.       

 - Wiem mamusiu, przepraszam, ale jesteś z nami tak mało, że…

 Dziewczynka gwałtownie odsunęła się od matki.

 - Kochanie, to już niedługo się skończy, obiecuję. Znajdę inną pracę i będziemy szczęśliwi. Na razie jednak, na co dzień musi wam wystarczyć Alicja.

Dzieci przytuliły się do matki, ale już za chwilę rozbiegły się po placu zabaw, wesoło machając do niej, tak jakby nie było rozmowy.

4.

Młody, około dwudziestopięcioletni mężczyzna podniósł słuchawkę telefonu, który dzwonił natrętnie od kilku minut.

- Agencja Ogród Marzeń. Jeżeli chcesz zamówić piękny kwiat wciśnij jeden, jeżeli chcesz zgłosić reklamację wciśnij dwa, jeżeli dzwonisz do nas po raz pierwszy wciśnij trzy,

Na aparacie zapaliła się lampka z numerem jeden.

Witam serdecznie, jaki kwiat?

- Lawenda – głos po drugiej stronie był pewny siebie a zarazem drżący jak drganie gitarowej struny.

- Kiedy?

- W sobotę.

- Chwileczkę muszę sprawdzić czy będzie dostępny – krótka chwila przerywana stukami w klawiaturę komputera, dla rozmówcy trwała zbyt długo. – Przykro mi, ale Lawendy na sobotę nie można zamówić.

- W takim razie niedziela – męski głos zaczynał brzmieć niecierpliwości.

- Przykro mi, ale Lawenda będzie niedostępna przez kilka następnych dni, może zaproponuje panu inny…

- Nie! Dziękuję, spróbuję innym razem.

Głośny trzask odkładanej słuchawki zagrzmiał w uchu mężczyzny jak grom.

Do pomieszczenia weszła około sześćdziesięcioletnia kobieta, w rzeczywistości wyglądająca na dużo młodszą. Krótkie, kręcone włosy w kolorze gołębiego srebra opadały jej na czoło niczym biała piana morskich fal. Szczupła, zgrabna jak na te lata sylwetka dodawała uroku fiołkowej garsonce, a białe buty na wysokich, wąskich obcasach były tylko skromnym dodatkiem do jej wciąż pięknych i zgrabnych nóg.

- Co słychać Olafie, jak tam twoja narzeczona – podeszła do biurka i jak nastolatka wskoczyła na blat siadając dostojnie z kolanami skierowanymi w jedną stronę.

- Dziękuję, dobrze – mężczyzna prawie niezauważalnie zaczerwienił się na widok szefowej. – Odkąd ustaliliśmy datę o niczym innym nie potrafi mówić tylko o ślubie i weselu.

Kobieta uśmiechnęła się.

- A jak nasze zlecenia?

- Znowu ktoś chciał Lawendę – mężczyzna zamyślił się i popatrzył na swoją pracodawczynię z wyrazem zachwytu. – Niech mi pani powie, co ta kobieta ma w sobie takiego, że faceci tak o nią zabiegają?

- Hmm, myślę, że oprócz tego, że wygląda jak zjawisko nie z tej ziemi, to chyba zna się na tym co robi.

- Ale wszystkie nasze… ogrodowe roślinki i kwiatki to mistrzynie w swoim fachu, gdyby tak nie było nie mielibyśmy tylu dewizowych klientów.

- Masz rację, ale jak w każdym ogrodzie jedne kwiaty pachną mocniej inne mniej. Jedne kwiaty są piękne inne nie, a lawenda w każdym ogrodzie jest nie tyle piękna, co zmysłowa. Jej zapachu nie można porównać z żadnym innym kwiatem.

- Mówi pani jak doświadczony ogrodnik.

- Oj Olafie, bo ja jestem doświadczoną ogrodniczką, nie widać tego po naszym otoczeniu? – Kobieta wskazała ręką na piękny ogród otaczający budynek ze wszystkich stron.

- Szkoda tylko, że tego naszego ogrodu nie może oglądać zwykły śmiertelnik – mężczyzna burknął po nosem spoglądając w stronę szklanych drzwi prowadzących na taras.

Kobieta roześmiała się.

- Raj jest tylko dla nielicznych, zapamiętaj to sobie. Ten wysoki mur otaczający nasz ogród, jest tylko skromną przeszkodą dla tych, którzy chcieliby się dostać do raju nie mając zbyt wiele do zaoferowania naszym aniołom.

Zeskoczyła z blatu biurka i delikatnie dotknęła twarzy mężczyzny, który poczuł jakby go popieścił prąd o niskim napięciu. Odwróciła się od niego i zwiewnym krokiem opuściła pomieszczenie.

Olaf siedział dłuższą chwilę jak zahipnotyzowany, ale dzwonek w jego prywatnym telefonie komórkowym szybko ściągnął go na ziemię. Spojrzał na ekran telefonu i uśmiechnął się.

poniedziałek, 25 czerwca 2012

płacz wilka

Śnieg prószył tak jak przystało na połowę lutego. Hanka wchodząc do budynku dokładnie otrzepała czapkę i płaszcz z białego puchu, aby pani Janina, u której od października wynajmowała pokój, nie marudziła na jej widok. Pani Janina to miła, starsza pani, ale czasami ma takie nastroje, że lepiej jej schodzić z drogi. Hanka zdążyła się już przyzwyczaić do humorków swojej gospodyni. Lubiła ją, bo kobieta często zachowywała się wobec niej jak matka.

Na klatce schodowej pachniało smażonym olejem.

- Racuchy – pomyślała i oblizała się na myśl o specjalności pani Janiny.

W brzuchu wyraźnie zaczął się taniec głodu. Wbiegła po schodach na drugie piętro i otworzyła drzwi.

- Dzień dobry pani Janino! – Krzyknęła i pospiesznie zaczęła zdejmować z siebie mokry płaszcz.

- Dzień dobry Haneczko! – Z kuchni odpowiedział melodyjny głos gospodyni. – Chodź szybko, póki ciepłe.

Dwa razy nie trzeba było powtarzać zaproszenia, Hanka pobiegła do łazienki, aby umyć ręce i szybko usiadła przy kuchennym stole wpatrując się w górę racuchów. Sięgnęła do talerza i wybrała pierwszy z brzegu.

- Mmm, co za pychota – powiedziała delektując się smakiem. – Dla pani racuchów mogłabym zrezygnować z miłości swojego życia.

- Najpierw znajdź tą miłość, a potem rzucaj deklaracje – roześmiała się pani Janina.

- Znajdę, znajdę tylko teraz nie mam na to czasu – odpowiedziała sięgając po kolejnego racucha.

- Tam na szafce leży list polecony, podpisałam za ciebie, chyba nie masz nic przeciwko? – Janina odwróciła się spoglądając na lokatorkę z zakłopotaniem.

- Pewnie, że nie mam – Hanka uśmiechnęła się. – Jak sobie pomyśle, że miałabym wieczorem po zajęciach jeszcze jechać taki kawał drogi na pocztę to brr...

- No właśnie, też tak sobie pomyślałam – kobieta z wyraźną ulgą wróciła do smażenia.

Hania podeszła do starej komody w pokoju swojej gospodyni i wzięła do ręki zaadresowaną do niej kopertę.

- Kancelaria notarialna? – Powiedziała spoglądając w stronę kuchni. – Olsztyn? Jezu, a to co znowu? – Szybko rozerwała kopertę i zaczęła wzrokiem śledzić pismo.

- Haneczko, czy coś złego się stało?

- Tego jeszcze nie wiem – odkrzyknęła i spojrzała w stronę kuchni. – Mam się zgłosić do biura jakiegoś pana… na odczytanie testamentu.

- Testamentu? - Pani Janina stanęła w progu, wycierając ręce w zielony fartuch. – Dostałaś spadek?

- Nie wiem. Nic z tego nie rozumiem – spojrzała na swoją gospodynię i uśmiechnęła się. – Zadzwonię do mamy, może ona mi to wyjaśni. A jak nie to… tu jest numer telefonu do kancelarii.

Pani Janina podeszła do dziewczyny i zerknęła przez ramie na pismo.

- Kiedy masz się tam zgłosić?

- Dwudziestego marca – odpowiedziała i jeszcze raz zerknęła na treść listu. – Na godzinę dziesiątą. Boże taki kawał drogi. Jak ja tam dojadę?

- Nie martw się, to jeszcze ponad miesiąc czasu, coś wymyślisz – pani Janina objęła ją jak małą, zagubioną dziewczynkę i pogłaskała po dłoni. – Chodź jeszcze na racuchy póki są ciepłe.

Wyjęła pismo z rąk dziewczyny i pociągnęła ją w stronę kuchni. Usiadły razem przy stole i w milczeniu kontynuowały jedzenie.

- Może to pomyłka? – Hania powiedziała to ni to do siebie, ni to do gospodyni. – Kiedyś czytałam taką książkę o dziewczynie, która odziedziczyła po swoim ojcu, o którym nie miała pojęcia, jedną trzecią fortuny i musiała walczyć ze swoim przybranym rodzeństwem…

- Czy ty się zbytnio nie zagalopowałaś Haneczko? – Pani Janina roześmiała się.

Dziewczyna zrobiła niewinną minę i łobuzersko spojrzała na kobietę.

- Ojej, przecież mówię tylko o książce.

 ROZDZIAŁ 1. DOM WSCHODZĄCEGO SŁOŃCA

Pociąg zbliżał się do stacji. Hanka zerknęła na zegarek i z zadowoleniem stwierdziła, że jej podróż dobiega końca. Jeszcze tylko dwie godziny autobusem i będzie na miejscu. Nieprzespana noc powoli dawała się we znaki, ale ciekawość powodowała, że adrenalina stawiała jej organizm w stan gotowości, podwyższając ciśnienie, i przyspieszając akcję serca. Nie mogła się już doczekać, kiedy go zobaczy. Wyobrażała sobie wszystko jadąc do notariusza, ale nie to, że…

- Zbliżamy się do stacji Olsztyn, osoby wysiadające prosimy o sprawdzenie czy nie pozostawili w pociągu bagażu – z megafonu zabrzmiał sympatyczny głos kobiety. – Dziękujemy za wspólnie spędzoną podróż.

Hanka zdjęła z górnej półki swój plecak i wyszła na korytarz.

- Do widzenia państwu – w drzwiach przedziału odwróciła się i uśmiechnęła do swoich współtowarzyszy podróży.

Wysiadła z pociągu i rozejrzała się dookoła.

– Mama mówiła, że dworzec autobusowy jest zaraz obok dworca kolejowego – pomyślała i jeszcze raz popatrzyła przed siebie. – O jest, super!

Podeszła do kasy i kupiła bilet na swój autobus, sprawdzając godzinę odjazdu. Połączenie okazało się idealne. Pociąg przyjechał punktualnie. Do odjazdu autobusu miała jeszcze około trzydziestu minut, więc usiadła na ławce i z ciekawością zaczęła przyglądać się przechodzącym obok niej podróżnym. Wyjęła z saszetki kartkę, na której zapisany został adres i po raz kolejny przeczytała nazwę ulicy i numer domu. Kiedy autobus podjechał czuła w sobie takie podniecenie, że najchętniej skakałaby z radości. Usiadła przy oknie i z zainteresowaniem zaczęła spoglądać na zatłoczone ulice miasta, o którym do tej pory nie wiedziała prawie nic. Wyciągnęła z plecaka książkę, ale prawie natychmiast schowała ją z powrotem. Nie potrafiła się skupić na czytaniu. Nie dzisiaj.

Autobus wyjechał z miasta i pędził mijając piękne zalesione okolice. Dochodziła godzina czternasta. Hanka uzmysłowiła sobie, że od wyjazdu z Wrocławia niewiele zjadła. W pociągu cały czas myślała o tym, co zastanie po przyjeździe na miejsce i bujając w wyobraźni nie miała ochoty na jedzenie. W autobusie po każdym przystanku ubywało ludzi, prawie nikt nie wsiadał, tylko wysiadali. Wreszcie zatrzymali się na przystanku końcowym, który jednocześnie był końcem podróży dziewczyny. Wyskoczyła na chodnik i rozejrzała się po pustej okolicy. Około dwieście metrów od przystanku stał stary budynek, a za nim mały kościółek. Żadnych innych domów. Podeszła do starszego mężczyzny stojącego obok czerwonego roweru typu Damka, który był chyba tak stary jak jego właściciel. Mężczyzna ciekawie przyglądał się jej.

- Dzień dobry, czy wie pan jak dojść do ulicy Kopernika?

- Wiem – odpowiedział zachrypniętym głosem. – Do kogo panienka tam idzie?

- Ja… - Hanka nie wiedziała, co ma odpowiedzieć. – Szukam pewnego domu, tu mam adres – podała mężczyźnie kartkę.

- Acha – mężczyzna z zainteresowaniem popatrzył na jej plecak, a następnie zmierzył ją wzrokiem od czubka głowy aż do butów. – Tą ulicą to będzie jakieś pół godziny drogi, potem musi panienka skręcić w leśną drogę jak będzie stał taki drewniany krzyż, a potem…

- To aż tak daleko? – dziewczyna wystraszyła się, że zanim dojdzie pod wskazany adres to na dworze zrobi się szaro.

- Noo… trochę daleko – mężczyzna pokiwał głową. – Ale przez las to by panienka w piętnaście minut była.

- Jak to przez las?

- O, tędy – mężczyzna wskazał polną dróżkę, która biegła brzegiem lasu, a następnie skręcała w zalesiony obszar.

- A nie zgubię się, jak pójdę tą drogą? – Początkowa euforia i ciekawość zaczęła zmieniać się w niepokój.

Mężczyzna wzruszył ramionami i uśmiechnął się ukazując rząd zepsutych zębów. Wsiadł na swój rower i bez słowa pożegnania odjechał w kierunku przeciwnym do tego, który jej wskazał. Hance nie pozostało nic innego, jak wyruszyć dalej. Zdecydowała się na leśną drogę mając nadzieję, że nie zgubi się po drodze i szczęśliwie dotrze do celu swojej podróży. Zarzuciła plecak i szybkim krokiem przebiegła na drugą stronę szosy i mijając tablicę informującą o granicy miejscowości ruszyła w stronę lasu. Na szczęście droga była szeroka i wyraźna, i nic nie wskazywało na to żeby nie prowadziła do konkretnego miejsca. Cisza panująca wokoło trochę przerażała ją, ale starała się nie myśleć o tym, że właśnie znajduje się sama w lesie. Po kilkunastu minutach szybkiego marszu uzmysłowiła sobie, że dochodzi do niej jakaś melodia. Las stawał się coraz rzadszy i wreszcie zobaczyła wyraźnie skąpany w słońcu kawałek czegoś, co przypominało polanę. Pod starym dębem, na prowizorycznej ławeczce zobaczyła dwoje młodych ludzi, mniej więcej w jej wieku. Dziewczyna i chłopak. Wyglądali na zakochanych. Dziewczyna siedziała z głową opartą na ramieniu chłopaka, a on grał na gitarze i śpiewał tak pięknie, że Hanka mimowolnie przystanęła. Zaczęła wsłuchiwać się w dobrze znaną jej melodię zespołu Animals.

There is a house in New Orleans.

 They call the Rising Sun.

 And it's been the ruin of many a poor boy.

 And God I know I'm one.

My mother was a tailor,

Sewed my new blue jeans.

My father was gamblin' man,

 Down in New Orleans.

Zamknęła oczy i w myślach tłumaczyła słowa piosenki, którą mama często śpiewała jej przed snem.

- Jest dom w Nowym Orleanie, który nazywają Wschodzącym Słońcem. Był on zgubą wielu biednych chłopców. Wiem, że jestem jednym z nich. Moja matka była krawcową, uszyła mi nowe, niebieskie jeansy. Mój ojciec był hazardzistą, w Nowym Orleanie.

Chłopak spojrzał na nią i odłożył gitarę na bok.

- Nie przerywaj, pięknie śpiewasz. – Hanka otworzyła oczy i uśmiechnęła się.

Poczuła jak jej twarz oblewa rumieniec.

- Przepraszam, nie chciałam wam przeszkadzać – szepnęła nieśmiało.

Chłopiec obojętnym wzrokiem zerknął na nią i ponownie wziął gitarę do ręki wydobywając z niej kolejne dźwięki.

Now the only thing a gambler needs

 Is a suitcase and a trunk

 And the only time he'll be satisfied

 Is when he's all a-drunk

 Oh mother, tell your children

Not to do what I have done

Spend your lives in sin and misery

In the house of the Rising Sun

Dziewczyna mocniej przytuliła się do swojego towarzysza i mimo, że jej drobna twarz wyglądała na smutną, to z oczu emanowało tajemnicze szczęście . Hanka poczuła się jak intruz i powoli oddaliła od napotkanych osób, cichutko tłumacząc sobie w myślach dalszy tekst piosenki.

- Teraz jedyną rzeczą, której potrzebuje hazardzista, jest walizka i kufer. Odczuwa satysfakcję, tylko gdy jest pijany. Matko, powiedz swoim dzieciom, by nie robiły tego, co ja uczyniłem. By nie spędzały swojego życia w grzechu i nieszczęściu. W Domu Wschodzącego Słońca.

Kiedy odwróciła się do nich plecami, zobaczyła cel swojej podróży. Przynajmniej takie odniosła pierwsze wrażenie. Stary, ale zadbany budynek stał wśród otaczających go drzew, które już zaczęły przybierać wiosenne szaty. Przyznała w duchu, że nie tego się spodziewała, jej wyobraźnia namalowała zupełnie inny obraz. Dom, który zobaczyła był drewniany, zbudowany na podmurówce z cegły, pomalowany szarą farbą. Pokryty był rzeźbami ażurowymi z drewna, których pozostało chyba już niewiele. Rzeźby miały kolory jasno brązowy i rudawy. Dach pokryty był ocynkowaną blachą, pomalowaną na brązowo.

Do domu wchodziło się po schodkach, u szczytu których znajdowały się drewniane, podwójne drzwi wejściowe dużo większe niż normalne.

Przed schodami na okrągłym klombie rosła stara jabłonka.

Odniosła wrażenie, że budynek wygląda na zamieszkały. Wyciągnęła z saszetki kartkę z adresem i po raz kolejny przeczytała treść, którą znała już na pamięć. Niewyraźny numer znajdujący się nad drzwiami zgadzał się z tym, który widniał na papierze. Dla pewności wyjęła pismo, które otrzymała od notariusza i jeszcze raz sprawdziła adres. Wszystko się zgadzało. Wbiegła po schodach i wyciągnęła klucze. Gdy zamierzała wsadzić jeden z nich do zamka, aby wejść do środka, zauważyła, że drzwi są uchylone. Delikatnie je pchnęła i przeszła przez próg domu. Weszła do sieni, w której znajdowało się kilka wysokich, drewnianych drzwi. Wszystkie oprócz jednych były zamknięte. Z jakiegoś pomieszczenia dolatywał zapach gotowanej kapusty i wyraźnie słyszała krzątaninę. Weszła przez otwarte drzwi i rozejrzała się po pomieszczeniu, które najprawdopodobniej było pokojem typu salon. Pokój mógł mieć ponad trzydzieści metrów kwadratowych. Zanim cokolwiek usłyszała, wyczuła w pomieszczeniu czyjąś obecność.

- Pani kogoś szuka? – Z zamyślenia wyrwał ją niski, męski głos.

Wystraszona cofnęła się w stronę sieni, ale ciekawość nie pozwoliła jej na ucieczkę. Odwróciła głowę w stronę dochodzącego głosu i zobaczyła mężczyznę, który przyglądał jej się z wyraźnym zainteresowaniem. Siedział w dużym wiklinowym fotelu na biegunach i trzymał w ręku grubą książkę. Siwe włosy wskazywały na to, że jest w wieku pani Janiny, a może nawet starszy. Śniada cera wyglądała zdrowo, ale gęsty zarost zakrywał połowę twarzy. Duże ciemne oczy wpatrywały się w nią z odrobiną wesołości.

- Czy pani kogoś szuka? – Mężczyzna zapytał ponownie.

Odłożył książkę na półkę i wstał z fotela.

- Nazywam się Wiktor Szczygieł – podszedł do niej i wyciągnął w jej stronę dłoń.

- Jestem Hanna… - słowa z trudem wydobywały się z jej ust. – To jest… dom mojego ojca, przyjechałam…

- Hania! – Mężczyzna krzyknął mile zaskoczony i szeroki uśmiech zagościł na jego twarzy. – Tak się cieszę, że wreszcie się odnalazłaś. Siadaj, zaraz przygotujemy ci coś do picia i jedzenia.

- Przygotujemy? To pan nie mieszka tutaj sam? – Spojrzała w oczy mężczyzny wyraźnie zaniepokojona. – Myślałam, że dom jest pusty, że po śmierci taty…

- Spokojnie, wszystko ci wyjaśnimy – Wiktor złapał jej dłonie i z wyraźną radością podprowadził ją do dużej, kolorowej sofy. – Siadaj i chwilkę zaczekaj, zaraz wracam.

Posadził ją i pobiegł do innego pomieszczenia.

- Marta, Marta! Chodź szybko, poznasz kogoś – Hanka usłyszała jak woła.

Korzystając z chwili samotności zaczęła rozglądać się po pokoju. Meble znajdujące się w środku były stare, ale bardzo zadbane. Widać było w pokoju rękę kobiety. Koronkowe serwetki ozdabiały prawie każdy z mebli. W rogu pokoju na pięknym kominku stały posągi z różnych stron świata. Budda, Faraon, Napoleon, wielbłąd z Beduinem na grzbiecie. Czuć było wielki świat. Hanka podeszła do półki z figurkami i wzięła jedną do rąk.

- To Siwa, Andrzej przywiózł go z Bombaju – zza pleców dotarł do Hanki cichy głos. – To jedna z istot boskich w hinduizmie i mitologii indyjskiej.

Dziewczyna gwałtownie odwróciła się i zobaczyła przed sobą dziwnie ubraną kobietę w wieku około osiemdziesięciu lat, która kiedyś musiała być wyjątkowo piękna.

- Jego przeróżne przedstawiania zawierają w sobie często wiele pozornych sprzeczności – kobieta kontynuowała nie zwracając uwagi na minę dziewczyny. - Hinduizm mówi o wielu dobrodziejstwach jakich ludzie doznali od niego i o czynach, których dokonał w trosce o nich - kobieta wyjęła z rąk Hanki figurkę i zachwytem popatrzyła na nią. - Na przykład, kiedy rozlała się trucizna, która mogła zniszczyć wszystkie trzy wszechświaty, Siwa ją wypił. Jego żona uchroniła go jednak przed śmiercią i objęła jego szyję tak mocno, że trucizna nie mogła się rozejść dalej po jego ciele.

- Ciekawe to, co pani mówi – dziewczyna próbowała nawiązać rozmowę z dziwnie wyglądającą kobietą. – Jestem Hanna Sztok.

Podała swoją dłoń w geście powitania, ale kobieta tylko spojrzała na nią, odstawiła figurkę hinduskiego bożka na półkę i odwróciła się w stronę sofy.



 
1 , 2 , 3
Lubię czytać
Artykuły




Spis moli