Książka stanowi cudowny przedmiot, dzięki któremu świat poczęty w umyśle pisarza przenika do umysłu czytelnika... Każda książka żyje tyle razy, ile razy została przeczytana.
poniedziałek, 14 maja 2012

Po śniadaniu Michèl przyniósł mi papier listowy i kopertę. Powiedział, żebym napisała do rodziców stwierdzając, że na pewno bardzo się o mnie zamartwiają. Usiadłam na ławce i zaczęłam pisać:

 Kochani, Mamo i Tato.

Jestem w Paryżu. Ciocia Aniela nie wyjechała po mnie na dworzec, ale nie martwcie się, jestem bezpieczna. Mieszkam u starszej pani imieniem Antoinette, która zaopiekowała się mną, gdy się okazało, że zostałam okradziona. Niestety w portfelu miałam adres cioci, dlatego nie mogłam do niej pojechać. Nie podaję Wam adresu zwrotnego, bo nie wiem jak długo zostanę tutaj. Kiedy uda mi się załatwić jakiś pokój to znowu napiszę i wtedy podam adres. Nie martwcie się o mnie, jestem bezpieczna i w bardzo dobrym towarzystwie.

Kocham Was. Przesyłam gorące buziaki. Pa, pa.

Katarzyna

 Włożyłam list do koperty i zakleiłam ją. Z jednej strony napisałam adres rodziców, a z drugiej tylko „ Kasia z Paryża”.

Michèl popatrzył na list, który okazał się krótką kartką informacyjną i uśmiechnął się. Odebrał go ode mnie. Powiedział, że wyślemy go idąc do miejsca, w które planuje mnie zabrać.

Towarzystwo z każdą chwilą zmniejszało się, a ludzie gdzieś odchodzili.

Michèl wyjaśnił mi, że wszyscy gdzieś pracują. Jedni całkowicie legalnie, a drudzy na czarno. W „domu” zostawała tylko Antoinette, jej przyjaciel Andre, oraz ich córka, aby pilnować tego, co inni zostawiają. Kloszardzi boją się Antoinette, dlatego żaden z nich nie odważy się podejść zbyt blisko obozowiska. Nie jeden z nich miał bardzo nieprzyjemne spotkanie
z dużą i silną Murzynką.

Czasami Andre i jego córka siadali niedaleko na brzegu Sekwany. Ona śpiewała, a on rzeźbił w drewnie malutkie figurki paryskich budowli. Trzeba było przyznać, że ręce miał bardzo zręczne. Jeden z bukinistów przychodził do niego dwa razy w tygodniu i kupował te małe cudeńka, sprzedając potem turystom za pięciokrotną cenę.

Szliśmy uliczkami Paryża trzymając się za ręce. Michèl twierdził, że musimy tak iść, abym się nie zgubiła. Ciekawa wszystkiego, co mijaliśmy po drodze, często zatrzymywałam się. On pociągał mnie wtedy jak psiaka na smyczy, żebym zbyt długo nie stała w jednym miejscu. Co jakiś czas jednak sam przystawał i z kimś rozmawiał, ale nigdy nikomu mnie nie przedstawił. Doszliśmy wreszcie do placu, na którym stała lunaparkowa karuzela, a za nią znajdowało się kilka wejść po schodach do pięknego, białego kościoła.

- To Sacré-Cœur, najpiękniejsza bazylika w Paryżu.

- Bazylika Najświętszego Serca, kościół na szczycie wzgórza Montmartre – powiedziałam oczarowana. – Nazywana również Białą bazyliką.

- Znasz jej historię? – Michèl ciągnąc mnie w stronę schodów z dumą spoglądał w górę.

- Chyba nie, a ty?

- Kiedy wybuchła wojna francusko-pruska, dwóch francuskich przemysłowców przysięgło sobie, że jeżeli po wojnie zobaczą Paryż takim samym jak przed wojną, to wybudują bazylikę ku czci Serca Jezusowego. – Michèl zatrzymał się na chwilę, aby złapać oddech, ale szybko doszedł do wniosku, że możemy wspinać się dalej. - Rok później po zakończeniu działań zbrojnych okazało się, że Paryż został nienaruszony i panowie postanowili wypełnić swoją obietnicę. Na elewacjach zastosowano biały granit, stąd potoczna nazwa Biała bazylika.

Stanęliśmy na szczycie wzgórza i wtedy mój przewodnik nakazał mi zamknąć oczy. Odwrócił mnie tyłem do kościoła i szepnął:

- Teraz możesz już popatrzeć.

Spojrzałam przed siebie i otworzyłam oczy i usta z zachwytu. Widok, jaki się przed nami rozciągał był tak oszałamiający, że po prostu mnie zatkało.

- Pięknie tutaj, prawda? – Powiedział zadowolony, obejmując mnie swoimi ramionami. – To moje ulubione miejsce. Kiedyś przychodziłem tutaj prawie codziennie z… - przerwał i usłyszałam, jak jego głos zadrżał.

- Z kim przychodziłeś? – Odwróciłam się i spojrzałam mu w oczy.

- Z matką Michèl-Ariel’a – wyszeptał tak cicho, że ledwie go usłyszałam.

- Kochałeś ją?

Kiwnął głową i odwrócił się do mnie plecami. Zauważyłam, że ukradkiem wytarł z policzka łzę. Pomyślałam, że ta dziewczyna, czy ta kobieta musiała być dla niego kimś bardzo ważnym. Nie miałam odwagi zapytać gdzie teraz jest i dlaczego nie są razem. Milczałam, chociaż bardzo mnie to ciekawiło. Postanowiłam powstrzymać się od pytań, aby nie robić mu przykrości. On jednak uznał, że chce podzielić się ze mną swoimi myślami
i swoim smutkiem.

- Arielle zawsze mówiła, że chciałaby wziąć ślub w Sacré-Cœur. – Odwrócił się do mnie, a na jego ustach zauważyłam znikomy uśmiech. – Spotkaliśmy się tutaj, kiedy była z wycieczką szkolną i zwiedzała Paryż. Siedziałem na schodach bazyliki, grałem na gitarze i śpiewałem. Ona i jej koleżanka usiadły obok mnie i zaczęły śpiewać razem ze mną. Miała piękny głos - zamyślił się na chwilę.

Nie dopominałam się o dalszy ciąg, tylko czekałam cierpliwie, aż będzie gotowy mówić dalej.

- Dała mi swój adres i poprosiła abym do niej napisał. Prawie po pół roku od naszego spotkania skreśliłem do niej kilka słów. Zaczęliśmy regularnie ze sobą korespondować, a w następne wakacje przyjechała do Paryża sama. Do mnie. Przerwała studia, aby być ze mną. Zamieszkaliśmy razem
i wszyscy ją od razu pokochali. Byliśmy wolni, młodzi i szczęśliwi. Często przychodziliśmy tutaj na wzgórze i robiliśmy plany na przyszłość. Arielle, chciała wrócić na studia i namawiała mnie, żebym też kontynuował naukę. Wtedy pieniądze same do mnie lgnęły. Miałem dobrą passe i uważałem, że nie należy jej przerywać. Ona jednak uparła się i zapisała na uczelnię. Nigdy jednak nie rozpoczęła nauki, ponieważ okazało się, że jest w ciąży. Bez stałego miejsca zamieszkania, bez stałych dochodów i z małym dzieckiem, nie miałaby większych szans na wytrwanie do końca. Ciąża była trudna i często Arielle musiała zostawać pod opieką Antoinette. Kiedy nadszedł czas porodu, nie było mnie przy niej. Załatwiałem dla nas mieszkanie w małej miejscowości pod Paryżem. Coś było nie tak. Antoinette odebrała poród, ale coś złego działo się z Arielle. Znajomy, właściciel małej knajpki zawiózł ją do szpitala, ale było już za późno - Michèl mówił prawie szeptem, zapatrzony w rozciągającą się przed nami panoramę Paryża. Po jego policzkach jedna po drugiej spływały łzy, których już się nie wstydził. - Kiedy wróciłem, Antoinette podała mi zawiniątko i powiedziała, że Arielle chciała, aby nasz syn otrzymał imiona po rodzicach. Popatrzyłem na to maleństwo, przytuliłem do policzka jego ciepłą maleńką główkę i oddałem go w ręce Antoinette. Wybiegłem zrozpaczony. Dwa tygodnie wałęsałem się po uliczkach miasta i płakałem. Z rozpaczy chciałem nawet skoczyć
z Wieży Eiffla, aby dołączyć do Arielle. Na szczęście, w którymś momencie opanowałem się i wróciłem. Wróciłem do mojej rodziny i mojego syna.

Michèl popatrzył na mnie i odgarnął z mojego czoła kosmyk włosów. Wyciągnął z kieszeni chusteczkę i podał mi, abym wytarła swoje policzki, po których również spłynęło kilka łez.

- Przepraszam mała – powiedział i przytulił mnie do siebie.

- Za co mnie przepraszasz?

- Za to, że się tak głupio zachowuję i…, że się tak przed tobą rozkleiłem.

- Michèl, to miło z twojej strony, że chciałeś mi o niej opowiedzieć – spojrzałam na niego jak młodsza siostra. – Doceniam twoją szczerość i chcę żebyś wiedział, że jestem twoim przyjacielem. Nie musisz się przede mną krępować.

Uśmiechnął się i poklepał mnie po ramieniu jak starego kumpla.

- Proszę cię tylko o jedno mój mały przyjacielu...

- Mój duży przyjacielu, o co tylko zechcesz proś – figlarnie popatrzyłam na niego, aby trochę rozładować nasze smutne nastroje.

- Nie mów nikomu, że to opowiedziałem, i że się rozkleiłem przy tobie.

- Masz to jak w banku – nachyliłam się do jego ucha i konspiracyjnym tonem wyszeptałam gwarancję utrzymania tajemnicy.

Cmoknął mnie w policzek i już wyraźnie zmieniony złapał za rękę i pociągnął w stronę wąskiej uliczki, w dzielnicy Montmartre.

- A tak dla ścisłości, to w banku wolałbym mieć pieniądze.

Oboje roześmialiśmy się i ruszyliśmy biegiem schodami w dół. Mimo tego, że starałam się zachowywać normalnie w głowie cały czas słyszałam jego ciche słowa. Mówił o niej z taką miłością i uczuciem, a zarazem z taką rozpaczą, że nie mogłam oczyścić myśli od tej historii. Czułam się przy nim jak przy moich braciach, chociaż chwilami miałam wrażenie, że zaczynam do niego odczuwać coś, co nie jest tylko przyjacielskim uczuciem. Dotyk jego dłoni sprawiał, że miałam dreszcze na ciele, a kiedy patrzyłam w jego duże, ciemne oczy to…

Zatrzymaliśmy się przed kamienicą na ulicy Rue Berthe. Michèl odwrócił się i mocno złapał mnie za ramiona.

- Zapamiętaj to miejsce i ten budynek. Gdyby kiedyś coś mi się stało, albo gdybyś potrzebowała pomocy to zawsze możesz tu przyjść.

- Dobrze – kiwnęłam głową.

Poczułam dziwny lęk. – Co mogłoby mu się stać? – Pomyślałam ze strachem. – O czym do cholery on mówi?

- Wpadniemy na chwilę do moich przyjaciół. Poznasz kogoś bardzo ważnego i zadzwonisz do rodziców. Możesz też podać rodzicom ten adres, aby mogli wysyłać do ciebie korespondencję. Chodź!

Pociągnął mnie za rękę i stanęliśmy przed drzwiami wejściowymi. Michèl wyciągnął z kieszeni klucz i otworzył je. Wąskimi schodkami weszliśmy na drugie piętro, gdzie kolejnym kluczem otworzył następne drzwi. W przedpokoju przywitała nas niska, szczupła kobieta w wieku około siedemdziesięciu lat.

- Witaj mój chłopcze. Dawno cię u nas nie było – podeszła do nas i mocno uściskała mojego przyjaciela. – A to le solei to, kto? – Zmierzyła mnie wzrokiem.

- To Catherine – Michèl uśmiechnął się do mnie. – Zagubiona turystka, którą na chwilę przygarnąłem pod swój dach.

- Witaj pod moim dachem, piękna dziewczyno. Wszyscy nazywają mnie Mamon, więc ty też tak możesz do mnie mówić. – Kobieta uściskała mnie szczerze i spontanicznie, tak jak powitała przed chwilą Michèl’a. – Nie trzymaj się zbyt długo tego nicponia, bo wywiezie cię na manowce – konspiracyjnym tonem szepnęła mi do ucha.

Popatrzyłam na nią i już wiedziałam, że jest to osoba, której nie można nie polubić. Filigranowa figura i wesołe ogniki w oczach, odejmowały jej kilka lat. Poruszała się zwinnie jak nastolatka, chociaż po wykrzywionych przypuszczalnie przez artretyzm dłoniach i po plamach brązowych na całym ciele, można było zauważyć pozostałości przeżytych lat. Mieszkanie,
w którym się znajdowaliśmy przypominało muzeum. Stare meble pochodziły chyba jeszcze z poprzedniego stulecia, ale wszędzie panował wręcz sterylny porządek. W pokoju, do którego nas wprowadziła Mamon stał około trzymetrowy regał z ośmioma półkami, zapełnionymi książkami o różnej tematyce. Poczułam się jak w jakiejś starej bibliotece. Zza zamkniętych drzwi sąsiedniego pokoju dochodziły głosy i co chwilę słychać było salwy śmiechu. Michèl posadził mnie na starej sofie z rzeźbionymi bokami, obitej pięknym niebieskim materiałem przypominającym atłas.

- Zaczekaj tu na mnie, muszę załatwić pewną sprawę. Niestety nie mogę cię zabrać ze sobą - pogłaskał mnie po policzku i odwrócił się do Mamon.

- Chciałbym, żeby Catherine zadzwoniła do domu, do rodziców – złapał dłonie kobiety i przyłożył do ust składając na nich delikatny pocałunek. – Przypilnuj proszę, aby to zrobiła.

Mamon przytuliła go do siebie i matczynym gestem pogłaskała po ciemnej czuprynie.

- Leć! Tylko nie zabaw za długo. Mam kilka spraw do załatwienia i nie będę siedziała cały dzień w domu. A z Leonem i jego kompanią nie chciałabym jej zostawić samej.

- Wrócę za godzinkę, może półtorej. – Michèl pocałował Mamon w policzek, a do mnie puścił perskie oko i już go nie było.

Kobieta usiadła naprzeciwko i wpatrując się we mnie trwała tak około dziesięciu minut. Siedziałyśmy w milczeniu wsłuchując się w szum ulicy i głosy dochodzące z drugiego pokoju.

- Ile masz lat? – Mamon, pierwsza przerwała milczenie.

- Osiemnaście.

- To ty jesteś tą małą, którą okradli na dworcu?

- Tak – kiwnęłam głową i opuściłam wzrok wpatrując się w kwiaty na dywanie. – Widzę, że nawet w tak dużym mieście, wiadomości rozchodzą się lotem błyskawicy – szepnęłam zawstydzona.

- To ty jesteś tą zmysłową tancerką?

Popatrzyłam na nią zdziwiona, skąd wie o tym, że tańczyłam na brzegu Sekwany skoro jestem w Paryżu dopiero drugi dzień.

- Żeby poczta tak działała jak szybkość przekazywania informacji tutaj, to ludzie mogliby się częściej komunikować ze sobą – powiedziałam z nutą oburzenia.

- Nie irytuj się. Wiem to od Leona, grał wczoraj razem z Michèl’em – popatrzyła na mnie uspokajająco. - Lubię, kiedy Leon chodzi razem z nim, bo przynajmniej regularnie płaci mi wtedy tygodniówkę za pokój, który wynajmują razem ze swoją siostrą. Dobry z niego chłopiec, ale ma tylu znajomych… - spojrzała w stronę drzwi do drugiego pokoju i wzruszyła ramionami. – Sama słyszysz.

Wstała z fotela i podeszła do mnie.

- Chodź, pójdziemy do mojej sypialni. Zadzwonisz do rodziców.

Podała mi rękę i poprowadziła wąskim korytarzykiem do kolejnego pomieszczenia. Sypialnia Mamon, tak jak pokój gościnny wyglądała jak sala w muzeum. Drewniane łóżko zasłane było narzutą wyszydełkowaną z białej bawełny. Obok niego stała toaletka, na której pięknie eksponował się stary zegar. W chwili, kiedy otworzyłyśmy drzwi do pokoju, zegar jakby obudził się i zaczął wybijać godzinę. Naprzeciwko łoża stała ogromna szafa wyglądająca jakby przyniesiono ją z Wersalu. Obok na ścianie wisiał imponujących rozmiarów obraz.

- Ciekawy, prawda? – Mamon zauważyła jak przyglądam się dziełu. – Uwielbiam Moneta – westchnęła i delikatnie dotknęła drewnianej ramy obrazu. – Czy wiesz, że najbardziej charakterystyczną cechą malarstwa
i rzeźby impresjonistycznej, było dążenie do oddania zmysłowych i ulotnych momentów? Takie dążenie do "złapania uciekających chwil" – odwróciła się w stronę obrazu. - Nazwa kierunku została ironicznie nadana przez krytyka sztuki a zarazem dziennikarza o nazwisku Leroy i pochodzi od tytułu właśnie tego obrazu „Impresja wschód słońca” Claude’a Moneta.

- Jeden z moich braci studiuje w Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych – odpowiedziałam, żeby jej zaimponować. – Ja jednak wolę taniec od tego rodzaju sztuki.

- Każdy ma swoje upodobania.

Podprowadziła mnie do małego stoliczka, na którym na białej koronkowej serwetce stał czerwony telefon-retro. Pierwszy raz w życiu zobaczyłam coś tak pięknego i użytecznego zarazem.

- Zostawię cię teraz samą, abyś mogła swobodnie porozmawiać. Pójdę do kuchni i przygotuję dla nas coś do picia. Jak skończysz, to przyjdź do mnie, tylko nie pomyl pokoi, bo Leon i jego zwariowana czereda zjedzą cię żywcem – uśmiechnęła się do mnie i wyszła z pokoju, dokładnie zamykając za sobą drzwi.

Usiadłam na krześle obok stoliczka i dłuższą chwilę wpatrywałam się
w aparat telefoniczny. Co ja im powiem? – Pomyślałam, zanim wykręciłam numer rodziców.

- Halo, tu dom rodziny Krzyżańskich – usłyszałam głos brata.

- Andrzej?

- Kasiulek!? Jezu dziecino, od zmysłów odchodzimy. Co z tobą? – Zawołał tak głośno, że musiałam słuchawkę telefonu odsunąć od ucha.

- Spokojnie. Jesteś sam?

- Taak… to znaczy niezupełnie. Tata siedzi na kanapie i już usłyszał jak zawołałem twoje imię – powiedział zmieniając ton głosu. – Uwaga! Podchodzi – szepnął do słuchawki.

- Zatrzymaj go na chwilę. Chcę pogadać z tobą.

- O.K. Tato daj mi chwilkę na osobności z moją małą siostrzyczką – usłyszałam jak błagalnym tonem Andrzej zwraca się do ojca. – Zaraz ci ją dam do telefonu, tylko pogadam z nią minutkę.

Oczami wyobraźni widziałam śmieszną minę, jaką zapewne zrobił rozmawiając z naszym tatą, aby uzyskać efekt swojego gadania.

- No, mamy minutę. Nawijaj mała.

- Posłuchaj, jestem w Paryżu. Zatrzymałam się u moich znajomych…

- Bardzo ciekawe, od kiedy ty masz znajomych w Paryżu? – Przerwał mi w pół zdania.

- Od wczoraj. Nie gadaj tylko słuchaj!

- O.K.

- Zrób wszystko, żeby rodzice nie kazali mi wracać. Nie wiem, co się stało, że ciocia po mnie nie wyjechała. Domyślam się, że wy już o tym wiecie.

- Wiemy, bo ciocia…

- Nie przerywaj mi! Chcę spędzić tutaj kilka dni, bez ochronki. Sama! Poznałam fantastycznych ludzi i zatrzymałam się u nich. Dbają o mnie. Troszczą się, abym się nie zgubiła w tym wielkim mieście. Czuje się tutaj szczęśliwa i potrzebuję kilku dni dla siebie. Musisz mi pomóc pozostać tutaj jak najdłużej, zrozumiałeś?

- Dobra. Dobra. A możesz mi podać adres tych ludzi, u których się zatrzymałaś? Mam kumpla w Paryżu, skontaktuję się z nim, żeby do ciebie zajrzał.

- Nie mogę ci podać adresu. Bo mieszkam…- nie byłam pewna czy mogę swobodnie przekazać mu, gdzie nocuję.

Obawiałam się, że wpadnie w panikę. Zaryzykowałam jednak.

- Mieszkam nad brzegiem Sekwany. Pod mostem.

- Żartujesz, prawda? – Po chwili milczenia, ponownie usłyszałam głos brata.

- Nie. Nie żartuję.

- Kurde, ale fajnie! Jesteś kloszardem?

- Nie! Nie jestem! Ludzie, z którymi przebywam to też nie są kloszardzi.

- Jest tam jakiś chłopak? – To było bardziej stwierdzenie niż pytanie.

- I nie tylko, ale… zatrzymaj to dla siebie i zrób to, o co cię proszę. Daj teraz słuchawkę tacie. Nie mogę za długo wisieć na tym telefonie, ponieważ dzwonię z mieszkania starszej pani.

- Dobra. Pogadamy innym razem. Trzymaj się dziecino. Oddaję słuchawkę naszemu staruszkowi.

- Witaj córeczko, tak się o ciebie martwimy. Gdzie ty jesteś? Jesteś bezpieczna? – Głos taty brzmiał tak, jakbym została uprowadzona przez sycylijską mafię.

- Tatusiu spokojnie. Jestem bezpieczna. Powiedz mi tylko, dlaczego ciocia Aniela nie przyjechała po mnie na dworzec?

- Och kochanie… Aniela znalazła się w szpitalu, w nocy przed twoim przyjazdem i dopiero dzisiaj rano zadzwoniła do nas z tą informacją. Uspokoiłem ją i powiedziałem, że miałaś przy sobie dość pieniędzy żeby wynająć sobie jakiś pokój w hotelu i że na pewno skontaktujesz się z nią. Podała mi adres szpitala, żebyś mogła przyjechać do niej i zabrać klucze do mieszkania. Ona ci dokładnie wytłumaczy jak masz dojechać do…

- Tatusiu, posłuchaj – przerwałam monolog ojca, żeby powiedzieć mu, że nie chcę jechać do cioci Anieli. – Zadzwoń do niej i powiedz, że niech nie zawraca sobie głowy moją osobą. Mieszkam u moich przyjaciół i jestem bezpieczna. Pojadę do cioci jak wyjdzie ze szpitala. A teraz niech spokojnie dochodzi do zdrowia.

- Kasieńko, dziecko? Gdzie ty mieszkasz? U jakich przyjaciół? Podaj mi adres…

- Tatusiu, nie znam dokładnego adresu. Jak zadzwonię następnym razem, to wszystko ci dokładnie podam. Nie martw się o mnie. Dam sobie radę. 

Czułam, że mój głos zaczyna drżeć. Nie chciałam się rozpłakać, ale wszystko wskazywało na to, że nie zdołam się opanować. Łzy zaczęły dławić mnie w gardle, a mój głos zmieniał się z każdym słowem.

- Ucałuj ode mnie mamę, Bronka i Andrzeja. Kocham cię. Pa.

Odłożyłam słuchawkę, zakryłam twarz rękami i rozpłakałam się. Nie wiem ile czasu siedziałam w sypialni Mamon i płakałam. W pewnej chwili poczułam na swoim ramieniu czyjąś dłoń, która delikatnie głaskała mnie po włosach. Wytarłam oczy i popatrzyłam w górę. Obok mnie stał Michèl
i uśmiechał się tym swoim pięknym, tajemniczym uśmiechem. Wstałam
z krzesła i przytuliłam się do niego, tak jakby był którymś z moich kochanych braci. Głaskał mnie po policzkach, po ramionach, po plecach. W końcu wtulił głowę we włosy i delikatnie pocałował moje mokre od łez oczy.

- Chodź mała, Mamon się niecierpliwi. Słyszała jak płakałaś, ale nie chciała tu wejść.

Wyszliśmy z sypialni Mamon i udaliśmy się do jej salonu. Kobieta siedziała w fotelu czytając książkę, ale na nasz widok szybko zamknęła ją
i odłożyła na ławę.

- Wszystko w porządku? – Zapytała z wyraźną troską w głosie.

- Tak… przepraszam.

- Napij się zimnej cytrynówki. Sama przyrządziłam – patrzyła na mnie z zaciekawieniem i smutkiem jednocześnie.

 



niedziela, 13 maja 2012

- Mamo… opowiedz mi o Paryżu i o moim ojcu.

Dwudziesto-jedno letnia dziewczyna położyła głowę na ramieniu kobiety siedzącej na inwalidzkim fotelu obok kanapy.

- Oj Michalinko! Tyle razy już ci opowiadałam - odpowiedziała kobieta z udawanym oburzeniem. - Wydaje mi się, że jesteś już trochę za stara na te wspominki. - Pogłaskała dziewczynę po ręce i uśmiechnęła się.

- Mamo, proszę! Jeszcze tylko ten jeden raz! Tak lubię słuchać o tobie i Michèl’u - błagalny głos dziewczyny sprawił, że kobieta myślami wróciła do kilku dni, spędzonych ponad dwadzieścia lat temu w Paryżu.

- Wykorzystujesz mnie - odchyliła głowę do tyłu i spojrzała na obraz wiszący na ścianie, przedstawiający Paryż i bukinistów na brzegu Sekwany.   - Wiesz, że z przyjemnością wracam do tamtych chwil, dlatego uważasz, że mogę o tym mówić cały czas?

Dziewczyna uśmiechnęła się do matki i pocałowała ją w policzek. Wstała z kanapy i poprawiła pled, którym przykryte były nogi kobiety.

- Przygotuję dla nas herbatę jaśminową i zrobimy sobie „wieczór romantycznych wspomnień”, zgoda?

- Zgoda. Zgoda – kobieta spojrzała na córkę z miłością i dumą. – Wiesz dobrze Michalinko, że niczego nie potrafię ci odmówić. A zwłaszcza tego, bo sprawia mi to taką samą przyjemność jak tobie.

Dziewczyna wyszła do kuchni i nastawiła czajnik z wodą. Kobieta wsłuchiwała się w odgłosy dochodzące z pomieszczenia, tak jakby były to dźwięki ulubionej melodii. Przymknęła oczy i cichutko zaczęła śpiewać:

Sous le ciel de ParisS’envole une chanson

Elle est née d‘aujourd’hui

Dans le coeur d’un garçon

Sous le ciel de Paris

Marchent les amoureux

Leur bonheur se construit

Sur une air fait pour eux

Sous le pont de Bercy

Un philosophe assis

Deux musiciens, quelques badauds

Puis des gens par milliers

- Pięknie to śpiewasz. Za każdym razem, gdy słyszę tę piosenkę śpiewaną przez kogoś innego, to myślę o tobie – dziewczyna stanęła w drzwiach i popatrzyła na spokojną twarz matki. - Pod niebem Paryża ulatuje piosenka. Narodziła się dzisiaj w sercu jakiegoś chłopca. Pod niebem Paryża spacerują zakochani. Ich szczęście buduje się na melodii stworzonej dla nich. Pod mostem de Bercy siedzący filozof, dwóch muzyków, kilku gapiów i ludzie w milionach.

- Pamiętasz jak tłumaczyłam słowa tej piosenki – kobieta zamyśliła się.

- Mamo, piosenka „Pod niebem Paryża” zachwycała ludzi już wtedy, gdy śpiewała ją Edith Piaf i jest tak nadal. Ten, kto ją skomponował i napisał słowa, musiał być osobą bardzo romantyczną.

Dziewczyna, postawiła na stoliku dwie filiżanki oraz dzbanek z herbatą i wygodnie usadowiła się na kanapie. Położyła dłoń na ręce matki i delikatnie uścisnęła ją. Ból, jaki czuła spoglądając na bezwładną część ciała swojej mamy był dotkliwy. Jednak miłość do niej była mocniejsza.

                     

ROZDZIAŁ 1

 Miałam osiemnaście lat. Byłam pilną uczennicą. W nagrodę za dobre oceny na świadectwie maturalnym i za zdany egzamin na studia, rodzice zafundowali mi wyjazd do cioci. Był to również prezent na moje osiemnaste urodziny. Siostra mojego taty mieszkała we Francji, w małym podparyskim miasteczku. Ciocia Aniela miała odebrać mnie z pociągu na stacji dworca Północnego Paryża, Gare du Nord,. Do pociągu wsiadłam w Brukseli, dokąd dojechałam samochodem razem ze znajomymi. Państwo Luszkowscy, mieli tam rodzinę i jechali do nich na urlop. Ponieważ w ich samochodzie było wolne miejsce, to zgodzili się, abym pojechała razem z nimi. Zapowiadały się wspaniałe wakacje, których zazdrościły mi wszystkie koleżanki z klasy. Wszystko było by dobrze, gdyby nie przykre zdarzenia.

W noc poprzedzającą mój przyjazd, ciocia Aniela miała zawał i znalazła się w szpitalu. Nie mogła z tego powodu ani zawiadomić moich rodziców, ani zorganizować kogoś, kto odebrałby mnie z pociągu.

Stałam przed dworcem w Paryżu i rozglądałam się za nią, gdy podeszło do mnie dwóch chłopców i jedna dziewczyna. Cała trójka jechała razem ze mną w pociągu i zaoferowała mi swoje towarzystwo przez jakiś czas, w oczekiwaniu na moją krewną. Niestety, po odejściu moich „nowych przyjaciół” zorientowałam się, że nie mam portfela.

Ogarnęła mnie rozpacz. Nie dość, że zostałam bez grosza w obcym mieście, to zostałam pozbawiona kartki z adresem do cioci i jej numerem telefonu, którą tata przezornie wcisnął mi przed wyjazdem.

Spoglądając na tłumy ludzi przewijających się przed moimi oczami, stałam jak sparaliżowana. Zapłakana i bezradna nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić. Była godzina ósma rano, a ja czułam się tak zmęczona jakby to była północ. Zaczęłam iść przed siebie nie wiedząc, gdzie idę i po co.

Przerażał mnie widok czarnoskórych ludzi, których u nas było niewielu,
a w Paryżu, co drugi człowiek był kolorowy.

Nie wiem jak długo wałęsałam się po uliczkach. Przestraszona i jednocześnie zauroczona szłam… i szłam… i szłam. Dotarłam nad Sekwanę. Usiadłam na ławce i rozpłakałam się. Nie mam pojęcia ile czasu siedziałam na tej ławce. Ludzie przysiadali się, spoglądali na mnie ze zdziwieniem
i odchodzili. W pewnej chwili usłyszałam śpiew i akompaniujące mu dźwięki gitary. Piękna melodia, nie pozwoliła mi dalej siedzieć na ławce, ale wręcz „kazała” udać się, w kierunku muzyki. Na brzegu rzeki siedziało trzech młodych mężczyzn. Jeden śpiewał i grał na gitarze, drugi na akordeonie i od czasu do czasu wtórował swojemu koledze śpiewem, a trzeci wybijał rytm na instrumencie przypominającym pałeczki. Usiadłam obok nich i słuchałam. Śpiewali stare francuskie piosenki. Tak piękne, że w pewnym momencie moje nogi poruszyły się. Wstałam i zaczęłam tańczyć.

Taniec zawsze działał na mnie kojąco. Będąc w domu, gdy miałam zły dzień, albo jakiś problem zaprzątał mój umysł, włączałam płytę i tańczyłam w swoim pokoju. Ot tak, sama dla siebie. Te francuskie piosenki podziałały na mnie jak narkotyk. Pląsałam wokół tych mężczyzn, nikt mnie nie przeganiał. Oni zachowywali się tak jakby mnie nie zauważali, a ja tak właściwie też ich nie widziałam. Tylko słyszałam.

Tańczyłam i płakałam. Tańczyłam i marzyłam. Tańczyłam i nie myślałam o tym, co przytrafiło mi się w tym uroczym mieście.

Kiedy przestali grać wróciłam do miejsca, w którym zostawiłam swój plecak i usiadłam na trawie chowając głowę między kolana. Wyczerpana, wrażeniami dnia, na chwilę przymknęłam oczy, aby odpocząć. Czułam się szczęśliwa, chociaż powinnam być w rozpaczy.

- To twoja działka – usłyszałam nad sobą męski głos.

Podniosłam głowę i spojrzałam na młodzieńca, który przykucnął obok mnie. Mężczyzna miał około dwudziestu-pięciu, dwudziestu-sześciu lat. Dobrze zbudowany i na swój sposób przystojny. Nie należał do mężczyzn typu Luce Perry czy Elvis Presley, ale coś w nim było pięknego, pociągającego i interesującego. Czarne kręcone włosy, luźno opadały na jego mocno opalone ramiona. Ciemne oczy ozdobione długimi rzęsami, patrzyły na mnie z odrobiną ciekawości, a na ustach był wyraźny obraz beztroskiego szczęścia.

- No mała…, to twoje. Zarobiłaś.

- Ja…ja? Co ja zarobiłam i kiedy? – Nie potrafiłam wydobyć słów.

Nie wiedziałam czy to mi się tylko śni, czy też dzieje się na prawdę.

- Zarobiłaś i tyle – mężczyzna uśmiechnął się i podał mi garść franków w bilonie, oraz trzy banknoty. – Kiedy zaczęłaś tańczyć do naszych piosenek, to zwiększyłaś naszą widownię – powiedział z wyraźnym zadowoleniem. – Nie mów, że nie widziałaś tych wszystkich, zachwyconych twoim tańcem turystów? – Wziął moją dłoń i położył na niej pieniądze. – Jak chcesz to przyjdź jutro o tej samej porze. Tworzymy niezły kwartet, a dzielimy się po równo tym, co wrzucą turyści do futerału.

Wstał i jeszcze raz popatrzył na mnie. Pomachał mi na pożegnanie i odszedł. Zostałam sama. Nawet nie zauważyłam, że na dworze zaczęło się ściemniać. Światła miasta były piękne, a na ulicach było tak dużo ludzi, że nie czułam strachu przed nocą, którą prawdopodobnie miałam spędzić na ławce. Nagle ogarnął mnie wielki smutek. Dotarło do mnie, że jestem w Paryżu. W mieście, w którym nigdy wcześniej nie byłam i nie mam gdzie spać. Na dodatek nie mam adresu do cioci Anieli i nie mam funduszy na powrót do domu. Szybko przeliczyłam pieniądze wciśnięte mi przez nieznajomego. Ku mojemu zaskoczeniu, było tam siedemdziesiąt osiem franków. - No nieźle, ale na hotel i tak nie wystarczy – pomyślałam i schowałam pieniądze do kieszeni spodni.

- Gdzie mieszkasz? – Ponownie usłyszałam nad sobą głos mężczyzny, który zaledwie kilka minut wcześniej rozmawiał ze mną.

- Ja … Ja …

- No mała, wyduś to wreszcie z siebie, bo chcę cię odprowadzić. Paryż nocą jest tak samo piękny jak niebezpieczny. Więc…?

- Nigdzie nie mieszkam – szepnęłam.

Jak nakręcona katarynka, zwierzyłam mu się z tego, co mnie spotkało i dlaczego tutaj przyjechałam.

- No dobrze, jutro coś wymyślimy – podniósł mój plecak z ziemi i podał mi rękę, aby pomóc wstać. – Chodź, zanocujesz u nas.

Posłuszna jak mała dziewczynka, pozwoliłam mu się poprowadzić wzdłuż brzegu Sekwany. Nie wiem ile czasu szliśmy, ale kiedy dotarliśmy na miejsce, to księżyc był już wysoko na niebie. Miliony gwiazd rozświetlały paryskie niebo, tak jak latarnie paryskie ulice. Doszliśmy do miejsca,
w którym na ziemi leżało kilka osób, a pod murem tliło się ognisko.

- No nareszcie! Gdzieś ty się podziewał mój chłopcze? – Naprzeciw nam wyszła gruba Murzynka, w długiej kwiecistej spódnicy i starym wyciągniętym podkoszulku.

- Antoinette, przyprowadziłem gościa – mój znajomy pociągnął mnie za rękę i postawił przed sobą.

Murzynka przyjrzała mi się, dokładnie oglądając mnie od stóp do głów i pokiwała litościwie głową.

- A ty skąd wytrzasnąłeś to dziecko? – Zapytała całkowicie ignorując moją obecność.

- Okradli ją i musi gdzieś przenocować – odpowiedział mój towarzysz. – Przyjechała w odwiedziny do naszego miasta, nie możemy pozwolić, aby zapamiętała to miejsce jak siedlisko zła. - To powiedziawszy mrugnął porozumiewawczo do kobiety. – Zaopiekuj się nią, ja jeszcze muszę gdzieś wyskoczyć. – Pchnął mnie w stronę Murzynki i zniknął w ciemnościach.

Antoinette zabrała mój plecak i położyła go na starym materacu, na którym spokojnie spało około czteroletnie dziecko.

- Połóż się obok Michèl-Ariel’a – powiedziała do mnie matczynym tonem i podała mi koc. – Jesteś głodna? – Zapytała.

W tym momencie uzmysłowiłam sobie, że przez cały dzień nie miałam nic w ustach i dopiero teraz, kiedy ona wspomniała o głodzie, mój żołądek zaczął się upominać o coś do zjedzenia. Kiwnęłam głową. Kobieta nalała coś do małej plastikowej miseczki, ze stojącego obok ogniska garnka
i podała mi.

- Masz. Jedz. Nie jest wprawdzie ciepłe, ale da się zjeść – podała mi miseczkę z czymś, co wyglądało jak kasza manna z mięsem. Uśmiechnęła się do mnie, jakbym była ważnym gościem, a nie intruzem. – Zjedz kochaniutka spokojnie i połóż się. Jak znam tego nicponia Michèl’a, to wróci jak będzie świtało. Nie siedź zbyt długo, bo ognisko już dogasa, a po ciemku  nie jest tu zbyt przyjemnie. Smacznego – poklepała mnie po ramieniu i odeszła na bok, za kotarę zrobioną ze starego koca.

Usiadłam na swoim posłaniu i jedząc przyglądałam się dziecku, śpiącemu na dość zużytym już, ale czystym materacu. Chłopiec miał cztery, może pięć lat. Śliczny jak aniołek. Ciemne kręcone włosy przyklejone były do jego małej, spoconej główki. Oddychał spokojnie, miarowo i co jakiś czas uśmiechał się. Pomyślałam, że pewnie śni mu się coś przyjemnego.

Zjadłam to, co dostałam od Murzynki i położyłam się obok chłopca. Koc nie był mi potrzebny, bo noc była bardzo ciepła. Zasypiając patrzyłam na paryskie niebo. Myślałam o swoich rodzicach i o braciach, którzy tak bardzo zazdrościli mi tego wyjazdu. Myślałam o cioci Anieli, która miała po mnie wyjechać, a nie wyjechała.

Michèl-Ariel obudził się. Spojrzał na mnie, uśmiechnął się i zasnął ponownie. Czułam się szczęśliwa i bezpieczna. W myślach układałam sobie zdania, które powiem koleżankom po powrocie. Układałam cały scenariusz tego, co stanie się ze mną w tym obcym i fascynującym mieście. Zasnęłam chłonąc odgłosy Paryża tak, jakbym wsłuchiwała się w odgłosy mojego miasta. Ciepła noc, szum Sekwany i melodie dochodzące do mnie z wszystkich stron, działały na mnie bardzo uspokajająco. Zasypiałam, a to miasto dopiero zaczynało żyć własnym, nocnym życiem.

Obudziło mnie przeraźliwe chrapanie. Przyzwyczajona do własnego pokoju i do ciszy panującej w nim, nie wyobrażałam sobie nawet, że ktoś może tak okropnie chrapać. Usiadłam na materacu i zobaczyłam śpiącego obok mnie Michèl’a. Niebo zaczynało jaśnieć. Popatrzyłam na swój zegarek. Dochodziła godzina czwarta piętnaście. Dłuższy czas leżałam, wsłuchując się w dochodzące odgłosy, budzącego się miasta, ale emocje związane z poprzednim dniem nie pozwoliły mi ponownie pogrążyć się w sennych marzeniach. Postanowiłam wstać i poszukać toalety. Ulice Paryża wbrew wczesnej, porannej godziny wcale nie były opustoszałe. Zbłąkani po całonocnych imprezach turyści, a może nawet sami mieszkańcy tego miasta, wałęsali się uliczkami próbując dotrzeć do swojego miejsca zamieszkania. Powietrze było rześkie i już zapowiadał się upalny dzień. Szłam przed siebie i co chwilę odpowiadałam na pozdrowienia ludzi:

- Bonjour Mademoiselle.

- Bonjour – mówiłam uśmiechając się do mijanych mnie osób.

Idąc wąskimi uliczkami, chłonęłam zapach porannego Paryża i widoki, jakie mijałam. W pewnym momencie stwierdziłam, że nie wiem gdzie jestem i wpadłam w panikę. Przystanęłam i spróbowałam przypomnieć sobie, którędy szłam i co po drodze widziałam. Dzięki częstym wędrówkom
z rodzicami i braćmi po górach, orientację w terenie miałam perfekcyjnie opanowaną. Kierując się w drogę powrotną intuicyjnie spoglądałam na mijane domy, nazwy ulic i okolice. Kiedy doleciał do mnie szum Sekwany wiedziałam, że trafię do swoich nowych znajomych.

Po drodze znalazłam publiczną toaletę. Dzięki drobnym, które poprzedniego dnia otrzymałam od Michèl’a, mogłam z niej korzystać. Umyłam się
i doprowadziłam do porządku. Gdy dotarłam na miejsce, wyjęłam z plecaka sukienkę oraz sandały i szybko przebrałam się starając zrobić to bardzo cicho, aby nie zbudzić tych, którzy jeszcze spokojnie spali. Spodnie i bluzkę schowałam do plecaka i wyjęłam z niego swoją książkę, którą zaczęłam czytać w pociągu z Brukseli. Usiadłam na brzegu i opuściłam nogi nad wodą. Zaczytana nie zauważyłam jak Paryż szybko budzi się i jak zaczyna się kolejny, zwykły dzień.

- Poczytaj mi.

Usłyszałam za sobą cichy dziecięcy głosik i mała, ciepła rączka delikatnie dotknęła mojego ramienia. Zamknęłam książkę i popatrzyłam na chłopca. Mój nocny aniołek nie przejmując się wysokością nabrzeża i głębokością wody, usiadł obok mnie na betonowym podłożu.

- Powiedz, o czym ta książka? – Duże, ciemne oczy wpatrywały się w okładkę, na której widniała głowa młodej szympansicy.

- O chłopcu, którego ojciec uczył małpkę języka migowego – odpowiedziałam.

- Migowego? Co znaczy migowego? – Chłopiec zaciekawił się patrząc na mnie z coraz większym zainteresowaniem.

- Język migowy, to taki mówiony nie głosem, tylko rękami - odpowiedziałam. - Jeżeli ktoś jest głuchy, to nie może usłyszeć tego, co ktoś do niego mówi, więc czyta z ruchu warg, albo z ruchu rąk.

- Aha. To znaczy taki, jakim Antoinette mówi do Andre – powiedział usatysfakcjonowany tym, że zrozumiał o czym mówiłam. – Małpka jest głucha tak jak Andre?

- Małpka nie jest głucha. Ona nie potrafi mówić tak jak ludzie, więc żeby coś powiedzieć musi „migać”. To znaczy pokazywać słowa palcami, a tata tego chłopca też do niej „miga” i tak się ze sobą porozumiewają.

- To ten tata też jest głuchy? – Zdziwiona mina na twarzy chłopca rozbawiła mnie.

- Nie. On jest naukowcem i chce udowodnić innym ludziom, że można
z szympansami rozmawiać. One nie tylko rozumieją, co się do nich mówi, ale potrafią odpowiadać – uśmiechnęłam się. – Jak chcesz to przeczytam ci tę książkę, ale obawiam się, że nie wszystko z niej zrozumiesz, ponieważ jesteś jeszcze trochę za mały.

- Naprawdę! Przeczytasz mi? Fajnie! – Chłopiec zawołał z taką radością, że nie potrafiłam ukryć rozbawienia.

- Myślę jednak, że nie teraz – usłyszeliśmy nad sobą głos Michèl’a. - No zmykaj, bo Antoinette cię szuka - to powiedziawszy podniósł chłopca
i skierował w stronę obozowiska. – A ty panno lepiej nie siadaj tak, na samym brzegu, bo ktoś cię popchnie i staniesz się częścią Sekwany.

Podał mi rękę i pomógł wstać. Kiedy twardo stanęłam już na nogach, zaczął przyglądać mi się jakbym była okazem muzealnym.

- Fiu, fiu! – Gwizdnął i okręcił mnie dookoła. – Niezła z ciebie laska.

Poczułam jak zaczynają mnie piec policzki. Opuściłam głowę, żeby nie zauważył mojego zakłopotania, ale w środku cieszyłam się z tego, co mi powiedział. Nigdy nie należałam do dziewcząt, które podkreślały swoją urodę seksownymi ciuchami i makijażem, chociaż moi bracia często mnie do tego namawiali. Zawsze lubiłam nosić sukienki, zamiast obcisłych jeansów i topów podkreślających kształty. Z biżuterii nosiłam tylko mój zegarek i srebrny łańcuszek z małą, czterolistną koniczyną, którą dostałam od swojego chłopaka na siedemnaste urodziny. Sukienka, którą miałam na sobie była moją ulubioną. Czerwony materiał w białe groszki i dopasowany do mojej figury krój powodowały, że czułam się dziewczęco i na luzie.

- Jadłaś coś mała? – Michèl przyglądał mi się z troską, jaką często widywałam w oczach moich braci.

- Jeszcze nie.

- To chodź! Antoinette na pewno już coś smacznego przygotowała – złapał mnie za rękę, i pociągnął w stronę osób siedzących na kocach.

Kiedy doszliśmy, gwar na chwilę ucichł i wszystkie oczy spojrzały
w naszą stronę.

- Przedstawiam wam…! - Zawołał, ale natychmiast zorientował się, że nie wie jak mam na imię. Unosząc do góry brwi, popatrzył na mnie wyczekująco.

- Katarzyna – szepnęłam tak, aby nikt poza nim tego nie usłyszał.

- Catherine! – Uśmiechnął się. – Przez jakiś czas będzie z nami mieszkała. Od wczoraj jest naszą rodziną.

- Tobie Catherine przedstawiam mieszkańców prawego brzegu Sekwany. Nie jesteśmy kloszardami, ale wolnymi ludźmi, którzy pracują, bawią się
i żyją szczęśliwie pod niebem Paryża.

Burza oklasków potwierdziła jego słowa i rozmowy, które ucichły
w momencie, gdy podeszliśmy do grupy, powróciły. Przedstawieni mi rzed chwilą ludzie zaczęli zachowywać się tak jakbym żyła z nimi od dawna.

Usiadłam na materacu obok Michèl-Ariel’a i zaczęłam jeść podaną mi przez młodą Murzynkę potrawę. Nie smakowało mi to, co dostałam do jedzenia, ale miałam dwa wyjścia: albo zjeść, albo ściskać żołądek z głodu. Wybrałam jedzenie. Patrząc na innych jak z apetytem zajadają danie przygotowane przez Antoinette, nie miałam odwagi nic powiedzieć. Wmawiałam sobie, że jem typowe dla Francji jedzenie i musi mi smakować.

 



Okładka.jpg„Pamiątka z Paryża” jest kolejną moją książką, ale dla mnie bardzo szczególną, do której zawsze będę czuła pewien sentyment. Siedem dni spędzonych w Paryżu pozostanie w mojej pamięci na bardzo długo, ponieważ spędziłam te dni z kimś bardzo dla mnie ważnym i dlatego, że zobaczyłam Paryż oczami legend, tajemnic i historii, dzięki pewnej wspaniałej kobiecie, imieniem Mireille.

Mieszkałyśmy w pięknym podparyskim miasteczku Yerres i codziennie rano jechałyśmy pociągiem do Paryża. Spędzałyśmy w nim cały dzień i wieczorem wracałyśmy. Dzięki Mireille poruszanie się w podziemiach metra było szybkie i proste. Gdybyśmy były same to z pewnością większą część czasu błądziłybyśmy klucząc z jednego peronu na drugi.

Mireille oprowadzała nas uliczkami tego miasta i prawie w każdym miejscu potrafiła opowiedzieć coś ciekawego, co głęboko trafiało do mojej wyobraźni. Kiedy kilka lat temu byłam w Paryżu, widziałam to miasto tylko z perspektywy zabytków i turystycznych atrakcji. Teraz, zobaczyłam to wszystko oczami imaginacji. Oczami legend, ciekawostek i tego wszystkiego, czego nie zobaczy przeciętny turysta. W opowiadaniach Mireille nie było dat, ani zbyt wielu nazwisk, ale był tamten świat. Piękny i okrutny jednocześnie. Dokładnie taki, jaki starałam się odtworzyć we wspomnieniach mojej bohaterki.

Ktoś, kto jeszcze nie był w tym mieście, to po przeczytaniu tej książki może nabierze ochoty, aby tam pojechać. Spacerując ulicą Champs-Élysées, nie będzie widział tylko drogich sklepów i restauracji, ale oczami własnej wyobraźni, zobaczy spacerującą Marię Antoninę. Kiedy pojedzie na cmentarz Pere Lachaise, (koniecznie trzeba go zobaczyć) to biegając w poszukiwaniu grobów F.Chopina, J.Morrisona, czy E.Piaf, poczuje tę dziwną magię starych, ponad stu letnich grobowców.

Ktoś, kto był w Paryżu, to z pewnością przypomni sobie te wszystkie miejsca, które widział. O których tak niewiele być może wie.

Tak jak powiedział jeden z moich bohaterów, na świecie jest tysiące pięknych miast. Nie wiem, czy kiedykolwiek zdołam, chociaż kilka z nich zobaczyć, ale bardzo chciałabym je zwiedzić właśnie z kimś takim jak Mireille. Nie z przewodnikiem, który klepie z pamięci regułki typu: „to jest…”, ale z kimś, kto opowie mi o tym mieście ciekawe legendy. Pokaże miasto od strony historii działającej na wyobraźnię, nie historii podręcznikowej, ale tej wtajemniczonej w życie codzienne, w intrygi byłych mieszkańców, w romanse itp.

 



sobota, 12 maja 2012

Autor napisze swoje dzieło i najchętniej już chciałby aby znalazło się w księgarniach a jego wyobraźnia, pokazuje mu tysiące zaczytanych osób właśnie w jego książce.

Niestety, ale to wszystko nie tak wygląda jak maluje nasza wyobraźnia. Droga od napisania do czytania jest tak długa i wyboista, że często zniechęca młodych autorów do zmaterializowania swojego dzieła.

Autor nawet nie zdaje sobie sprawy ile bzdurnie ułożonych zdań, i ile błędów (nie mam na myśli błędów ortograficznych, bo te wyłapuje każdy komputer w trakcie pisania) stylistycznych i gramatycznych zawiera napisane dzieło. Przekonałam się o tym bardzo boleśnie i teraz jest mi z tego powodu strasznie wstyd, ponieważ oddałam "moje dzieło" w ręce czytelniczek jako dziewiczy tekst (chciałam się jak najszybciej pochwalić) i nawet nie zastanawiałam się ile w nim jest GAF.

KROK 1

Tak więc, zanim "dzieło" trafi do potencjalnego czytelnika autor musi co najmniej trzy razy przeczytać TO swoje dzieło i gwarantuję, że za każdym razem wyłapie kolejne własne gafy. Choćby czytał ten tekst 100 razy, to i tak zawsze znajdzie coś do poprawienia.

KROK 2

Po pierwszej własnej korekcie dobrze jest dać tekst do przeczytania innej osobie, a najlepiej to co najmniej dwom, które pozaznaczają w nim własne uwagi i znalezione błędy i gafy. Wtedy dobrze jest porównać tekst ze swoimi poprawkami i poprawkami tej drugiej osoby, bo może się okazać, że zaznaczone zostały te same błędy.

U mnie takim pierwszym krytykiem i korektorem jest moja siostra, która często na marginesie mojego "dzieła" wypisuje mi swoje spostrzeżenia i poprawione myśli. Czasami moja siostra podrzuci tekst którejś ze swoich kumpelek i wtedy już mam pewność, że poprawione błędy są szczerze potraktowane, ponieważ osoba czytająca mój tekst mnie nie zna, więc wali prosto z mostu co i jak nie obawiając się, że jak mogę to uznać za złośliwość. Takie uwagi są jednak dla mnie najcenniejsze.

KROK 3

Kiedy już zostaną naniesione poprawki zarówno własne jak i obce, to niestety ale znowu trzeba przeczytać cały tekst, ponieważ w trakcie nanoszenia poprawek często się zdarza, że nie zauważymy jakiejś zapomnianej lub źle skasowanej litery albo sylaby i potem może wyglądać tak:

Kamratowa nie jest złą kobietą. Jest chora i jak zapewne zauważyłaś czy domyśliłaś się.

zamiast

Kamratowa nie jest złą kobietą. Jest chora, jak zapewne zauważyłaś czy domyśliłaś się.

KROK 4

Koniecznie trzeba nauczyć się korzystania z synonimów bo tekst może być dużo ciekawszy, a nie takie "masło-maślane" jak na przykład:

Co wieczór piękna księżniczka przeżywała piękne przygody u boku zakochanego w niej, pięknego księcia, w pięknym ogromnym pałacu, który mieścił się w pięknej, bezpiecznej krainie.

zamiast

Co wieczór śliczna księżniczka przeżywała wymarzone przygody u boku zakochanego w niej, księcia, w baśniowym dużym pałacu, który mieścił się w bezpiecznej krainie.

Niestety nawet czasami oddanie tekstu w ręce profesjonalistów (tu mam na myśli wydawnictwo) nie daje gwarancji poprawy błędów.

Wiem to z własnego doświadczenia, bo kiedy otrzymałam moją pierwszą książkę, wydrukowaną przez profesjonalne wydawnictwo to od razu rzuciły mi się w oczy wyrazy, których ja wcześniej nie zauważyłam, a oni niestety też nie.

To tyle jeśli chodzi o moje pierwsze sugestie, które wyszły z mojej głowy po moich początkowych porażkach pisarskich.

Okładka1.jpgKiedy zaczęłam pisać tę książkę nie byłam pewna, czy piszę ją od tak dla siebie, czy kiedyś zdecyduję się na wydanie jej. Zawsze chciałam coś po sobie pozostawić, a książka przetrwa wiele lat, jeżeli oczywiście nie zostanie potraktowana jednorazowo i zniszczona po przeczytaniu.

Myślę, że do wydania jej skłoniła mnie chęć pozostawienia ,,czegoś” po sobie i dziś już wiem, że nie jest to moja jedyna książka.

Do wydania ,, Leśniczówki” skłoniły mnie również myśli o mojej mamie. W trakcie pisania myślałam o mojej mamie z nadzieją, że będzie ze mnie dumna. W swoim życiu tak niewiele jej dałam powodów do dumy, ale może ta książka to sprawi.

Zaczęło się całkiem niewinnie. Którejś nocy nie mogłam zasnąć i zaczęłam pisać. Od kilku lat pisałam bloga więc chciałam zacząć pisać coś innego jak "pamiętnik w sieci". Palce same skakały po klawiaturze komputera i nawet nie zauważyłam, jak wskazówki zegara przekroczyły godzinę drugą, a przede mną widniało kilka pierwszych stron mojego "pierwszego dzieła".

Potem już prawie każdy kolejny wieczór spędzałam z bohaterką mojej książki. Robiłam to oczywiście w całkowitym odosobnieniu, aby broń Boże nikt się nie dowiedział, że ja kobieta w dość poważnym już wieku zaczęłam się bawić w pisarstwo.

Zawsze dużo czytałam książek i czytam nadal. Czasami wszystko idzie w odstawkę, a ja zagłębiam się w czytanie.

O pisaniu myślałam już dawno. Swoją pierwszą książkę napisałam tak właściwie kiedy miałam około 19 lat. Pamiętam jak dziś, że napisałam ją w zeszycie A4, wtedy jeszcze o komputerach nawet nie słyszałam, ani nawet o maszynie do pisania. Niestety w trakcie którejś z przeprowadzek, z wynajętego pokoju do kolejnego wynajmowanego, dałam kilka kartonów ze swoimi rzeczami do przechowania do piwnicy mojego chłopaka i "moja książka" została potraktowana jako makulatura i fiu...

 

Lubię czytać
Artykuły




Spis moli