Książka stanowi cudowny przedmiot, dzięki któremu świat poczęty w umyśle pisarza przenika do umysłu czytelnika... Każda książka żyje tyle razy, ile razy została przeczytana.
wtorek, 10 września 2013

Lubię spotkania autorskie, i na takie też wybrałam się dnia 03 września do Biblioteki Manhattan w Gdańsku. Pisarka znana, aczkolwiek dla mnie dość obca, ponieważ przeczytałam tylko jedną z jej książek, i to dość dawno.

Tanya Valko

Spotkanie było z autorką tak zwanej „sagi arabskiej”, która pisze swoje książki pod pseudonimem Tanya Valko.

Pisarka, próbowała swych sił na różnych kierunkach studiów, w końcu jednak zdecydowała się na arabistykę w Instytucie Filologii Orientalnej UJ i to był strzał w dziesiątkę. Odnalazła się w tym, ponieważ zawsze marzyła o dalekim, nieznanym, tajemniczym świecie.

 tanya valko2

Po raz pierwszy wyjechała do Libii w wieku 21 lat tam też połknęła bakcyla Orientu i jak sama powiedziała od tego czasu nie może żyć bez krajów arabskich i ich klimatu.

Obecnie mieszka w Arabii Saudyjskiej, lecz już wkrótce zamierza opuścić ten kraj, przenosząc się tym razem do islamskiej Azji.

Debiut powieściowy Tanyi Valko to bestsellerowa „Arabska żona”(2010 r.), która jest kwintesencją dwudziestoletnich kontaktów autorki z krajami muzułmańskimi. To jest właśnie książka, którą udało mi się kiedyś przeczytać, a ponieważ jest napisana w formie pamiętnika, byłam święcie przekonana, że autorka opisuje w niej swoje życie. Pani Tanya rozwiała jednak moje myślenie i przyznała, że książka ta jest wytworem jej wyobraźni, oparta jednak na autentycznych wydarzeniach.

Kontynuacją pierwszej jest „Arabska córka” (2011 r.), w której autorka ukazuje dalsze losy bohaterek. Trzecia część sagi pt. „Arabska krew” (2012 r.) opowiada o arabskiej wiośnie, czyli wojnie domowej w Libii, w której wir zostały wplątane dwie główne bohaterki z poprzednich części. W czwartej części cyklu, książce "Arabska księżniczka" (2013 r.), autorka opisuje dalsze koleje życia Doroty – Polki, która w młodości poślubiła Libijczyka, oraz jej dorosłej córki, która sama staje się matką Nadii.

 arabska saga1  arabska saga2  arabska saga3  arabska saga4

Książki T.Valko przedstawiające arabskie, orientalne życie, to kwintesencja prawie dwudziestoletnich kontaktów z krajami muzułmańskimi, efekt studiów i badań, doświadczeń własnych oraz zasłyszanych opowieści.

Będąc orientalistką, autorka zna doskonale historię, kulturę i socjologię arabską, studiuje Koran oraz współczesne prace religioznawców, czyta opracowania naukowe, broszury, arabską prasę oraz ogląda lokalną telewizję.

Terroryzm to obecnie największa bolączka Bliskiego Wschodu oraz najpoważniejsze zadanie arabskich rządów i służb specjalnych, więc porusza się ten temat bardzo często, chętnie i na szerokim forum. W swoich książkach Tanya Valko zawiera wiele własnych doświadczeń i przeżyć oraz opisuje miejsca, w których była. mąż jest Polakiem, nie Arabem, a jedynie arabistą.

Myślę, że czas spędzony na tym nietypowym spotkaniu, Piszę „nietypowym”,  ponieważ pisarka mówiła głównie o sytuacji w krajach arabskich, mogę zaliczyć do bardzo udanych. Pani Tanya, jest osobą bezpośrednią i z pewnością bardzo światową, oczytaną a zarazem bardzo sympatyczną. Opowiadała ciekawie i z przyjemnością wybrałabym się na kolejne spotkanie z tą autorką.

spotkanie w Tania Valko

W kolejce po autograf

sobota, 07 września 2013

agnieszka Fibich

Agnieszka Fibich urodziła się w 1965 roku. Już jako nastolatka zaczęła pisać opowiadania. Kiedy w 2005 roku na skutek wypadku została na kilka tygodni unieruchomiona, postanowiła wykorzystać czas na napisanie książki, a konkretnie kryminału Dopóki widzę twój cień, który został opublikowany w 2007 roku. Kolejną jej książką jest thriller Requiem dla tancerki. Po tych dwóch zaczęła pracę nad kolejnymi, z których jedna opowiada o dziewczynie, którą czytelnik poznaje jako nastolatkę, a potem śledzi kolejne etapy jej życia. Druga powieść to klasyczny kryminał, którego akcja rozgrywa się w jednym z państw afrykańskich oraz w Paryżu i Warszawie. Od najmłodszych lat związana jest z Francją, pracując dla spółek francuskich.

 dopóki widzę twój cień

Wydawnictwo Klucze Sp. z o.o. rok 2008

stron 236

Dopóki widzę twój cień to kryminał, w którym od samego początku czytelnik zostaje uwikłany w tajemniczą śmierć pięknej i ambitnej Natalii, śmierć, która nastąpiła w dość dziwnych okolicznościach. Jej mąż Wiktor, dzięki opisowi ciała, które niestety nie miał możliwości zidentyfikować odkrywa, że najprawdopodobniej kobietą, która zginęła w samochodzie jego żony nie była Natalia. Zaczyna prowadzić śledztwo trochę na własną rękę, ale w końcu udaje mu się przekonać do swoich racji młodego policjanta oraz jego kuzyna, zatrudnionego w wyższych służbach śledczych.

Równolegle z prowadzonymi przez Wiktora czynnościami, odkrywana jest prawda o tym gdzie i z kim żyje jego żona Natalia.

Nie jest to leniwie toczący się kryminał, aczkolwiek nie należy również do tych, od których kartek nie można się oderwać. Fabuła toczy się zarówno na terenie Polski jak i Francji, i na swój sposób wciąga.

Z pisowni, zwłaszcza pierwszych kilkudziesięciu stron, można się domyślić, że to debiut pisarki, słownictwo jest dość zaskakująco proste, ale im bliżej końca, tym bardziej pisownia staje się profesjonalna i widać coraz większą wprawę pisarską. Początkowo drażniły mnie wciąż powtarzające się imiona, których powtórek można było uniknąć, jeżeli cała strona poświęcona jest na przykład temu co robi Wiktor, to zupełnie niepotrzebnie jego imię było powtarzane prawie w każdym zdaniu.

Nie przeczytałam tej książki jednym tchem, ale spokojnie dobrnęłam do końca, ponieważ kryminały to mój ulubiony gatunek literacki.

Mało ciekawa, przynajmniej dla mnie okładka, nie zachęca do lektury, ale na to pewnie autorka zbytniego wpływu nie miała.

Nie wiem, czy sięgnę jeszcze kiedyś po którąś z książek tej pisarki, ponieważ nie zachwycił mnie jej debiut. Nie zarzekam się jednak od tego, że już nigdy nie przeczytam innej z jej książek.

Polecam tę lekturę przede wszystkim miłośnikom kryminałów, mam nadzieję, że nie wszyscy odbiorą tę książkę z obojętnością. Dla mnie to z pewnością nie jest książka, która na długo zostanie w pamięci. Ot przeczytałam i mogę ją przekazać dalej.



środa, 04 września 2013

baner jutro

Na mojej półce leżą już książki, które mam zamiar przeczytać w związku z Wyzwaniem "JUTRO". Dwie z nich czytałam, ale było to tak dawno, że muszę sobie przeczytać jeszcze raz, bo... nie pamiętam treści. JA UWIELBIAM WYZWANIA, więc taka zabawa mi się bardzo podoba, chociaż powinnam poważniej podchodzić do życia, ale w moim wieku... już wszystko wypada, nawet bawić się.

Zaczynam zabawę od pierwszej książki, WYTRZYMAJ DO JUTRA - Janice Kay Johnson (harlequin, ale mam nadzieję dotrę do końca), potem będzie JUTRO PRZED PÓŁNOCĄ - Sławomira Siekierskiego, którą czytałam chyba w roku 1989 i muszę sobie przypomnieć jej fabułę, następnie KRUCHOŚĆ JUTRA - Ewy Bauer, a kolejną będzie GDY NADEJDZIE JUTRO - Sidneya Sheldona (mojego ulubionego pisarza) czytałam już tę książkę, ale około 15 lat temu, więc...

wyzwanie jutro

sobota, 31 sierpnia 2013

Lubię wyzwania, jedne przynoszą radość, inne nie. Nie zrażam się jednak, bo każde wyzwanie traktuję jak zabawę, chociaż dzieckiem już raczej nie jestem. Na FB był konkurs, którego nagrodą była książka "Nalewka zapomnienia". Pomyślałam, "a co mi szkodzi opisać moją brzydulę" i opisałam i... WYGRAŁAM KSIĄŻKĘ :)

Nalewka zapomnieniaA oto co napisałam i udokumentowałam zdjęciem:

Suczka Chelsi.Przyszła na świat dzięki cesarskiemu cięciu. Jej mama - jamniczka, dzięki przypadkowemu spotkaniu wiejskiego kundelka, nawet nie spodziewała się tego, że nasza "rodzina" się powiększy. Była jedną z trojga rodzeństwa, najbrzydszą, ale najbardziej przebojową. Jej rodzeństwo szybko znalazło nowych właścicieli, ale jej nikt nie chciał, a my cichutko modliliśmy się o to, chociaż w domu były już dwa psiaki. Od samego początku zawojowała nasze serca i teraz nie wyobrażamy sobie tego, że mogłoby jej z nami nie być. Jest wesoła, i przebojowa. Jest naszą dogoterapią, ponieważ w każdej chwili potrafi zachować się tak, że rozbawia nas do łez. Czuje, kiedy komuś z nas je smutno, i wtedy daje z siebie całą moc pozytywnych zachowań. Nawet jak robi coś, co nas złości nie potrafimy się na nią gniewać, bo... to nasza mała perełka. Jej przyjście na świat przedłużyło życie staruszka - owczarka niemieckiego, który jako stary wujaszek nie potrafił się na nią złościć nawet wtedy, gdy mu psociła. A ona mobilizowała go do życia. Świetnie dogaduje się ze wszystkimi innymi zwierzakami, ale najbardziej lubi ciche randki z psem sąsiadów, oraz odpowiedzialność za innych "członków" naszej rodziny, przebywających w ogrodzie. Zawsze stara się być w pobliżu kogoś z nas. Kochamy ją.

Chelsi FB

Na zdjęciu głównym Chelsi ze swoją mamą.

piątek, 30 sierpnia 2013

Opowiadanie Gdańska Staruszka napisałam na konkurs Sztuki Czytania pt. Literacka podróż po Gdańsku. Tekst się Jury nie spodobał i nic nie wygrałam, ale przynajmniej mogę teraz zamieścić go na blogu.

Zainspirował mnie na tyle, że kto wie... może kiedyś powstanie książka pod tym tytułem, która będzie czymś w rodzaju "Pamiątki z Paryża" tylko, że fabuła znajdzie się w Gdańsku.

Gdańska Staruszka

Duża, granatowa walizka wystukiwała swój rytm na kamiennych płytach ulicy Długiej, a chłodny poranek owijał ją mgłą lipcowego świtu. Paweł ciągnął swoją walizkę od przystanku tramwajowego przy Bramie Wyżynnej i z mapą w dłoni kierował się w stronę domu, w którym - miał nadzieję, czekał na niego schorowany ojciec. Nie widział go od ponad dwudziestu lat, kiedy kochany tatuś zostawił wszystko i wyjechał za jakąś paniusią na drugi koniec Polski i zapomniał o tych, którzy kiedyś byli mu tak samo bliscy. List, który ktoś przysłał z informacją, że ojciec umiera, najpierw wywołał w nim złość, a potem sumienie jednak cofnęło go do lat wczesnego dzieciństwa, kiedy ten obcy mu już w tej chwili mężczyzna sadzał go na kolanach i opowiadał zabawne historie.

Mijając fontannę Neptuna ledwo zaszczycił ją swoim wzrokiem. Nie interesowały go cuda Gdańska, nienawidził tego miasta dlatego, że kiedyś, dawno temu zabrało mu ojca. Zbliżając się do Zielonej Bramy, pomyślał, że gdyby był tutaj w innym czasie i w innych okolicznościach, to ta najprawdopodobniej jedna z najstarszych bram wodnych Gdańska zrobiłaby na nim inne wrażenie. Wiedział, że była częścią Drogi Królewskiej, która przez Zielony Most, a potem przez Bramę Stągiewną, a następnie przez Długie Ogrody i Bramę Żuławską prowadziła na Elbląg i Królewiec. Ale czy to teraz ważne?

Na Zielonym Moście zatrzymał się przez chwilę i jeszcze raz popatrzył na mapę, na której zaznaczony był adres ojca. Zerknął na statki pasażerskie przy nabrzeżu i ruszył dalej w stronę ulicy Długie Ogrody. Angielska Grobla zaznaczona była, jako ulica równoległa. Obserwując budzące się po letniej nocy miasto doszedł do kolejnego mostu, który łączył Wyspę Spichrzów z Długimi Ogrodami. Przeszedł przez Bramę Stągiewną i obok baszty zatrzymał się ponownie w zadumie spoglądając na piękne jachty spokojnie falujące na Nowej Motławie.

- Już jestem prawie na miejscu – pomyślał i rześkim krokiem ruszył dalej, czując jak emocje zaczynają pokonywać zmęczenie po nocnej podróży.

Minął stary kościół i skręcił w ulicę Seredyńskiego, tak jak pokazywała mapa. W ciągu kilku minut znalazł się pod domem ojca. Wszedł po starych, drewnianych schodach na drugie piętro i zadzwonił do drzwi. Głucha cisza panująca na klatce schodowej spowodowała, że poczuł dziwny niepokój. Nacisnął guzik dzwonka ponownie i zaczął nasłuchiwać.

- Pana Henryka nie ma – za plecami usłyszał głos starszej kobiety.

Odwrócił się gwałtownie i zaskoczony popatrzył na niską, korpulentną panią w grubym niebieskim szlafroku, stojącą na progu mieszkania po przeciwnej stronie.

- A pan to kto? – zapytała mierząc go ciekawskim wzrokiem.

- Dzień dobry, przyjechałem do ojca. Nazywam się Paweł Pokala – uśmiechnął się do starszej pani i wyciągnął w jej stronę dłoń.

- Ojca? – kobieta zrobiła zaskoczoną minę. – Henryk miał syna? Nigdy o nim nie wspominał, ale proszę wejść do środka. – Kobieta szeroko otworzyła drzwi i gestem zaprosiła go do mieszkania.

Paweł spojrzał jeszcze raz na drzwi mieszkania swojego rodzica i posłusznie wszedł za starszą panią.

- Spóźnił się pan – powiedziała kobieta siadając na starym, dużym fotelu. – Henryk zmarł dwa dni temu, jutro jest pogrzeb.

Mężczyzna poczuł jak żal i złość zaczynają ze sobą konkurować. Przyglądając się pomarszczonej twarzy, na której wciąż widniały ślady dawnej wielkiej urody zauważył szklące się w dużych oczach łzy.

- Proszę, o to klucze do mieszkania pana ojca. Gdybyśmy wiedzieli, że Henryk ma rodzinę powiadomilibyśmy wcześniej. – Kobieta podała pęk kluczy i uśmiechnęła się przepraszająco. – Proszę iść i odpocząć, a później zapraszam pana na coś do jedzenia, bo zapewne pan zmęczony po podróży – zerknęła na dużą walizkę stojącą w przedpokoju.

Paweł kiwnął głową i poczuł, jak informacja o śmierci ojca i kilkanaście godzin spędzonych w nocnym pociągu, a przed tym kilka nieprzespanych nocy triumfują nad jego ciałem i umysłem.

- Dziękuję, ale nie chcę pani przeszkadzać.

Wstał i skierował się w stronę wyjścia.

- Pan mi nie przeszkadza - odpowiedziała kobieta. – Cieszę się, że pana poznałam, chociaż… - zamyśliła się – nie rozumiem, dlaczego Henryk nigdy o panu nie wspominał.

Mężczyzna wyszedł i zniknął za starymi drewnianymi drzwiami mieszkania ojca.

Obudził go dziwny dźwięk dobiegający jakby zza światów. Usiadł na kanapie i zaczął nasłuchiwać. Dźwięk dzwonka był tak natarczywy, że Paweł nabrał przekonania, iż zaraz rozsadzi mu głowę. Szybko wciągnął spodnie, które powiesił na krześle zanim postanowił się zdrzemnąć i poszedł do drzwi.`

- Odpoczął pan? - Na progu stała starsza pani i uśmiechała się do niego, smutnym aczkolwiek ciepłym uśmiechem.

- Tak, dziękuję – wydukał łapiąc się na tym, że dopiero teraz zorientował się gdzie jest.

- To dobrze, pomoże mi pan zrobić zakupy? – kobieta spojrzała na niego błagalnym wzrokiem.

- Oczywiście – odpowiedział, chociaż myślami był zupełnie innego zdania.

- To chodźmy – starsza pani złapała go za rękę i wyciągnęła na korytarz.

Szli dłuższą chwilę w milczeniu, mijając stare budynki śródmieścia Gdańska.

- Wie pan skąd się wzięła nazwa naszej ulicy – zapytała kobieta ciekawie spoglądając na swojego towarzysza.

- Nie, nie wiem.

- Nazwa ulicy wzięła się od kupców angielskich, którzy na początku XV wieku osiedli tutaj, tak właściwie ukrywając się, aby uniknąć wrogości gdańszczan. Kiedyś ta ulica była poza murami Głównego Miasta.

- A te mury to co? – Paweł wskazał na zgliszcza i ruiny jakiegoś budynku.

- To pod numerem 19 – odpowiedziała starsza pani. – Od 1894 roku mieścił się tutaj Zespół Rzeźni Miejskiej.

Kolejne minuty szli w milczeniu. Starsza pani starannie ukrywając ból i ciężar chodzenia szła obok młodego człowieka przyglądając się mu z zainteresowaniem.

Słońce stało już wysoko, a cienie drzew były bardzo krótkie.

- Muszę na chwilę usiąść – kobieta skierowała się w stronę ławki. – Niestety wiek ma swoje prawa i mankamenty.

Usiedli obok siebie i Paweł na chwilę stracił poczucie czasu. Dopiero dźwięk dzwonów wyrwał go z zamyślenia. Odwrócił głowę w stronę starego kościoła i zaciekawiony spojrzał na około czterdziestometrową wieżę górującą nad budynkami.

- To kościół świętej Barbary – usłyszał obok siebie dumny głos starszej pani. – A w jego wieży umieszczono trzy spiżowe dzwony, które są darem votum kapłanów diecezji magdeburskiej. Powstał o ile się nie mylę w 1387 roku i początkowo znajdował poza obrębem miejskim jako szpital dla zakaźnie chorych z kaplicą pod wezwaniem św. Barbary, określaną jako Barbara Capella. W Średniowieczu ta strefa Gdańska kojarzyła się z głównie z kościołem i szpitalem świętej Barbary. Do szpitalika, prócz podróżnych, przywożono cierpiących flisaków. Przy nim znajdowała się niewielka kapliczka, na miejscu której w latach trzydziestych XV w. wzniesiono solidną świątynię halową – kobieta mówiła spokojnym tonem dumnie spoglądając w stronę kościoła. - Przy kościele funkcjonowała szkoła i przytułek. Budynek wiele przeszedł, ale jest dumą tej dzielnicy. W 1499 roku doszczętnie spłonął, a pożary dopadały go jeszcze kilka razy w latach 1537 i 1545 o ile się nie mylę, ale został odbudowany i wzmocniony podporami. Po odbudowie większość gdańszczan, która przeszła na luteranizm doprowadziła do tego, że świątynię przekształcono na kościół luterański. W 1613 roku na wieży umieszczono zegar, który dodał jej swoistego uroku – kobieta po raz kolejny spojrzała w stronę starego kościoła. – Około 1746 albo 1747 roku, dokładnie nie pamiętam… Andreas Hildebrand, wybitny gdański organmistrz zbudował 39-głosowe organy, a w 1788 roku szkołę parafialną przy kościele przekształcono z łacińskiej na niemiecką.

- Dużo pani wie na temat tego kościoła – Paweł pokiwał z uznaniem.

- Oj tak, mój tata zaraził mnie historią Gdańska – starsza pani roześmiała się. – Jeżeli jednak pana to nie interesuje, to nic więcej nie powiem.

- Nie, nie! Proszę opowiadać, chętnie posłucham – zawołał młody mężczyzna i uśmiechnął się najpiękniej jak potrafił.

- No dobrze – kobieta poklepała go po dłoni. – W latach 1806 i 1807 w kościele znajdował się szpital wojskowy i magazyny.

- To znaczy podczas Powstania Wielkopolskiego i Kampanii Pomorskiej? – Paweł przerwał zadowolony z wiedzy, jaką zapamiętał z czasów studiów.

- Tak. Widzę, że odrobił pan zadanie domowe – kobieta uśmiechnęła się z uznaniem. – Jeszcze w styczniu 1807 roku Dąbrowski wydzielił ze swojej legii grupę dowodzoną przez pułkownika Garczyńskiego, który zajął Piłę, Wałcz i Wieleń. W tym samym czasie oddziały generała Michała Sokolnickiego zajęły Słupsk, a potem wzięły udział w oblężeniu Gdańska. W maju miasto skapitulowało – starsza pani głęboko westchnęła. – Ale wracając do kościoła, to niestety w 1945 roku w wyniku działań wojennych zawaliły się ściany szczytowe, górna kondygnacja wieży a także dachy, a razem z nimi większa część sklepień w północnych kaplicach i w arkadach oddzielających nawy. Zniszczeniu uległy również piękne i cenne organy. Pamiętam, jak w 1956 roku rozpoczęto odbudowę kościoła, a trzy lata później świątynię przejął kościół katolicki – kobieta zamyśliła się. – Dziesięć lat później parafia otrzymała ufundowane przez katolików niemieckich trzy spiżowe dzwony, które wcześniej przeznaczone były dla kościoła mariackiego.

- A organy? – zapytał Paweł.

- Dopiero w 1999 roku organmistrz Jerzy Kurecki z Koźmina zbudował nowe, ale już tylko 16-głosowe i mechaniczne, takie wie pan… piszczałkowe.

- A tam, co to jest za budowla – Paweł spojrzał w lewo.

- Tamto? – kobieta podążyła wzrokiem w kierunku, w który patrzył mężczyzna. – To zabytkowa Brama Żuławska, którą wzniesiono w 1628 roku, przynajmniej taka data znajduje się z przodu budowli od wschodniej strony, gdzie budowlę upiększają ozdoby i odnowiony Herb Gdańska. Jeszcze na przełomie XIX i XX wieku bramę otaczały wały ziemne.

- Solidna budowa – Paweł kiwnął głową z uznaniem.

- Tak, Brama zbudowana jest z cegły piaskowca – odpowiedziała starsza pani.

- Przyjemnie tutaj – mężczyzna wyciągnął nogi i wygodnie oparł się o tył ławki. – Bardzo przyjemna ulica.

- To dzielnica całego mojego życia – kobieta westchnęła głęboko. – Ta ulica, która teraz nazywa się Długie Ogrody była w latach od 1945 do 1989 częścią tamtej ulicy, Elbląskiej – wskazała dłonią poza Bramę Żuławską. Zanim ulica znalazła się w obrębie miejskich fortyfikacji, osiedlali się tu drobni rzemieślnicy reprezentujący profesje charakterystyczne dla miasta stoczniowo-portowego, a wśród nich dominowali powroźnicy. Bezpiecznie czuli się tu także rzemieślnicy odłączeni do cechu tak zwani partacze, wykonujący rzemiosło nielegalnie. Długie Ogrody, przez setki lat były dla handlarzy i rzemieślników miejscem doskonałych możliwości zbytu dla swoich usług i towaru. Wielkie targowisko, które było czynne w każdą środę i sobotę przetrwało aż do XIX. Kiedy zasypano głęboki kanał odwadniający tutejszy trakt, który wiódł w kierunku wschodnim, bardzo wypiękniało. Pod koniec XVIII wieku posadzono efektowne szyki drzew, wzdłuż których w okresie corocznego Jarmarku świętego Dominika ustawiano stragany – starsza pani na kilka chwil umilkła.

Paweł przyglądając się szpalerom drzew i dwujezdniowemu ciągowi z miejscami parkingowymi pośrodku również nie odzywał się.

- W latach 1751-1760 przy Długich Ogrodach wzniesiony został jedyny niegdyś w Gdańsku kompleks pałacowy, zaprojektowany przez włoskiego architekta, ale nazwiska nie znam – kontynuowała kobieta. - Polski magnat Jerzy Wandalim Mniszech miał tam swoją siedzibę, a odkupił ten kompleks od Mikołaja Wojciecha Weihera. Po wkroczeniu do miasta wojsk napoleońskich, urządzono tam komendę miasta. Przebywał w niej także w 1810 roku książę Józef Poniatowski, był gościem Jeana Rappa, ówczesnego ministra wojny Księstwa Warszawskiego. Niestety pałac w 1906 roku rozebrano, ale w gdańskim Muzeum Narodowym zachowały się zdobiące niegdyś bramę wjazdową rzeźby wykonane przez Johanna Heinricha Meissnera.

- Wie pani, że jeszcze kilka godzin temu myślałem, że nienawidzę tego miasta, ale dzięki pani chyba je pokochałem – Paweł popatrzył na starszą panią z uznaniem. – Jak ma pani na imię? – zapytał odważnie spoglądając w duże zielone oczy, okolone siateczką zmarszczek.

- Jadwiga.

- Piękne imię, takie staropolskie.

- Tak, jak królowa, żona Władysława Jagiełły – kobieta roześmiała się. – No dobrze odpoczęliśmy to możemy iść dalej.

Starsza pani wolno podniosła się i skierowała w stronę hipermarketu Biedronka.

- Pani Jadwigo, czy dałaby się pani zaprosić na obiad?

- Ja? Na obiad? – starsza pani przystanęła i zaskoczona zerknęła na towarzyszącego jej mężczyznę.

- Chciałbym, aby opowiedziała mi pani jeszcze coś nieco o Gdańsku, a nad Motławą widziałem sporo restauracyjek. Proszę. – Paweł zrobił błagalną minę i uśmiechnął się.

- Skoro pan nalega…

- Cudownie, w takim razie kierujemy się nad Motławę.

Paweł uśmiechnął się do starszej pani i wolnym krokiem podążył za nią. Kiedy przechodzili przez most prowadzący do ulicy Długiej kobieta zatrzymała się.

- Tam po lewej jest pierwsza brama wodna, Brama Krowia, przez nią przechodzę na ulicę Ogarną do mojej siostry – starsza pani wskazała dłonią w kierunku niewielkiej budowli. - Dawno temu przez tę bramę przepędzano bydło na Wyspę Spichrzów, przeznaczone na rzeź, ale była ona również przejściem dla groźnych psów, które nocą strzegły właśnie Wyspy Spichrzów oraz spichlerzy przed złodziejami lub innymi oprychami. O Bramie Zielonej chyba nie muszę panu mówić, bo z pewnością zna pan jej historię.

- Tyle, o ile… – Paweł zaczerwienił się.

- Czego to was w tych szkołach uczyli? – kobieta uśmiechnęła się na widok zażenowania na twarzy swojego towarzysza. - Ta brama była reprezentacyjną, chociaż dawno temu zamiast niej stała tutaj Brama Kogi, która nazwę swoją zawdzięczała średniowiecznemu statkowi pływającemu między innymi po wodach Bałtyku. Koga to była nazwa tego statku. Rozebrano jednak tę bramę, a także Most Kogi… zaraz…, zaraz – starsza pani zamyśliła się – gdzieś chyba ze 450 lat temu, i w tym miejscu zbudowano Bramę Zieloną i postawiono ten most na którym stoimy, to znaczy Most Zielony. Wie pan dlaczego nazywa się „zielony”?

- Nie mam pojęcia – Paweł rozejrzał się ciekawie dookoła.

- Ponieważ na jego budowę użyto kamienia o zielonkawym kolorze. Łączył on tak samo jak Most Krowi miasto z Wyspą Spichrzów, po której niestety pozostały tylko te ruiny. Ale wracając do Bramy Zielonej, miała ona służyć jako mieszkanie dla królów polskich w danym okresie przebywających w Gdańsku, dlatego ozdobiono ją herbami, posągami i wykuto przejścia. Tam na piętrze urządzano uroczystości i piękne bale – kobieta westchnęła z nutą rozmarzenia. – Teraz gdańskie Muzeum Narodowe organizuje tam wystawy. Jak znajdzie pan czas to proszę iść i zobaczyć, znajdują się tam ciekawe zabytki sztuki i kultury.

- Na pewno skorzystam z pani rady.

- Lubię spacerować tu, po Długim Pobrzeżu, chociaż latem są tutaj tłumy. Kiedyś był tu port dawnego miasta, do którego przybijały statki z towarami z różnych stron Europy. Wszędzie tu kwitł handel. – kobieta rozejrzała się dookoła. - Spacerowali tędy liczni obcokrajowcy, prawie tak jak teraz – starsza pani roześmiała się. – A to Brama Chlebnicka – wskazała na starą bramę zamykającą ulicę Chlebnicką. – Tam w miejscach, gdzie teraz są okna były, kiedyś otwory strzelnicze, natomiast w zwieńczeniu łuku bramnego znajduje się herb Gdańska z dwoma krzyżami, bez korony, a od strony ulicy ozdabia ją płyta z motywem lilii.

Paweł rozglądał się zaciekawiony i nie mógł wyjść z podziwu nad wyjątkową wiedzą i pamięcią starszej pani.

- Powinna pani uczyć historii, tak pięknie pani opowiada.

Kobieta uniosła kąciki ust w skromnym uśmiechu.

- Następna to Brama Mariacka, która zamyka piękną ulicę Mariacką – starsza pani powróciła do przedstawiania zabytków miasta. - Ona też jest ozdobiona herbami. Widzi pan te trzy herby: Polski, Prus Królewskich i Gdańska?

Paweł uniósł głowę i zaczął przyglądać się. Zauważył, że herb Gdańska posiada koronę.

- Zastanawia się pan nad koroną? – kobieta jakby czytała w jego myślach. – Ta brama powstała po 1457 roku, kiedy to król Kazimierz Jagiellończyk nadał koronę gdańskiemu herbowi. Przejdźmy przez nią, zobaczy pan jeszcze inny herb.

Mężczyzna posłusznie poszedł za swoją przewodniczką. Od strony ulicy zauważył kolejny herb, którego tarczę herbową trzymają lwy.

- To jedno z najwcześniejszych tego typu przedstawień gdańskiego herbu. – powiedziała starsza pani. - Dziś w bramie, a także kamienicy przy ulicy Mariackiej 26 znajduje się Muzeum Archeologiczne w Gdańsku.

Wrócili na Długie Pobrzeże i kobieta skierowała się w stronę kolejnej bramy.

- To jest Brama św. Ducha, która zamyka ulicę o tej samej nazwie.  Wie pan, że na ulicy św. Ducha w kamienicy pod żółwiem, mieszkała mama filozofa Artura Schopenhauera, Joanna Schopenhauer, poetka i powieściopisarka? Ta brama, podobnie jak i Brama Krowia dzisiaj spełnia funkcje mieszkalne. Tej budowli chyba nie muszę panu opisywać? – starsza pani wskazała dłonią na charakterystyczną sylwetkę gdańskiego Żurawia.

Paweł zrobił minę, która rozbawiła staruszkę do łez.

-  Żuraw służył Gdańszczanom jako główny miejski dźwig: rozładowywał towary i osadzał maszty na statkach – powiedziała kierując się w stronę murka na którym miała ochotę na chwilę przysiąść. -  On także był i jest do tej pory bramą wodną, która zamyka ulicę Szeroką. W środkowej, drewnianej części znajdują się główne urządzenia dźwigowe. Dźwig był poruszany pracą ludzkich mięśni. Robotnicy chodzący wewnątrz Żurawia wprawiali w ruch dwie pary kół drewnianych, co sprawiało, że unoszono towary ważące nawet 4 tony. Tam, za Żurawiem jest Brama Świętojańska, nie mam w tej chwili siły, aby z panem do niej podejść, ale swoim wyglądem bardzo przypomina bramy: Krowią i Św. Ducha.

Kobieta wyjęła z torebki butelkę z wodą i upiła spory łyk. Paweł zauważył w jej ruchach typowe dla starszego wieku zmęczenie.

- A tam dalej za nimi znajduje się Brama Straganiarska, która podobna jest do Bramy Chlebnickiej i Bramy Mariackiej. Ją też od strony Motławy zdobią herby Polski, Prus Królewskich i Gdańska. jako ciekawostkę powiem panu, że kiedyś mieszkał w niej polski aktor  Zbyszek Cybulski. Jak pan chce niech pan sam pójdzie, ja muszę trochę odpocząć.

Paweł spojrzał zakłopotany na zmęczoną, pooraną zmarszczkami twarz i pokręcił głową.

- Zostanę z panią, a najchętniej to zaprowadziłbym panią do domu.

Kobieta uśmiechnęła się i podała mu swoją dłoń.

- Ma pan rację, wracajmy do domu. Z pewnością jeszcze nie raz będę miała okazję poopowiadać – wstała i mocno złapała ramię mężczyzny. Droga powrotna do domu okazała się dla starszej pani bardziej męcząca. Wiek, emocje, i zbliżający się pogrzeb człowieka, który zmarł będąc w wieku o wiele młodszym od niej sprawiły, że nie miała już nawet siły na wcześniej zaplanowane zakupy.

Poprosiła syna zmarłego sąsiada, aby sam poszedł do sklepu, co mężczyzna uczynił
z wielką przyjemnością, ponieważ ten krótki spacer po mieście, zbliżył go do tej sympatycznej staruszki. Kobieta sprawiła, że miasto, do którego do tej pory czuł nienawiść, z powodu tego, że zabrało mu ojca, nagle przyciągnęło go ciekawą historią, pięknymi widokami i szczerymi ludźmi.

Kilka dni po pogrzebie, idąc wieczorem Długim Pobrzeżem w kierunku dworca PKP, Paweł myślał, że chętnie przyjechałby do tego miasta na dłużej, aby przespacerować się uliczkami, po których chadzał ojciec, i poczuć to, co tak bardzo związało jego ojca z tym miastem.

Staruszka, która zaopiekowała się nim przez te kilka dni zaproponowała mu gościnę w razie, gdyby kiedyś wrócił w to miejsce, a to było dla niego już czymś w rodzaju początku powrotu do przeszłości.

Lubię czytać
Artykuły




Spis moli