Książka stanowi cudowny przedmiot, dzięki któremu świat poczęty w umyśle pisarza przenika do umysłu czytelnika... Każda książka żyje tyle razy, ile razy została przeczytana.
poniedziałek, 25 czerwca 2012

Kiedyś byłam u przyjaciółki, i zobaczyłam zdjęcie domu jaki otrzymał jej mąż po śmierci swoich rodziców. Widok tego domu, a właściwie dworku od razu zapalił w mojej głowie "światełko weny". Samo spojrzenie na coś tak intrygującego i ciekawego zarazem rozbudziło moją wyobraźnie i jak tylko wróciłam do swojego mieszkania, to natychmiast zaczęłam pisać.

Początkowo chciałam zatytułować moją kolejną książkę "Dom wschodzącego słońca" bo taka pierwsza nazwa skojarzyła mi się z tym, co zobaczyłam. Niestety książka o takim tytule już istnieje, więc musiałam poszukać innej nazwy.

Godzina była już dość późna, na dworze właśnie zaczynała się burza i w pewnym momencie usłyszałam skowyt psa. Odgłos ten podziałał na mnie jak na "pomysłowego Dobromira". Znalazłam tytuł dla mojej kolejnej książki.

Szybko sprawdziłam w internecie, czy przypadkiem nie istnieje już taka publikacja i oto mam - "Płacz wilka".

Nie będę na razie zdradzała o czym jest moje kolejne "dzieło", żeby nie zapeszyć, ale podzielę się fragmentem. Jak dobrze pójdzie to może zimą tego roku uda mi się doprowadzić moją kolejną książkę do końca, ale zobaczymy.

Co będzie to będzie.

czwartek, 14 czerwca 2012

wspominki

 

 

 

 

Wspominki z życia pewnej dziewczynki

No dobra O.K.

Niestety (!)

teraz już KOBIETY

 2007 napisane

 2012 skorygowane i opublikowane

 

 

 

ANNA

 Tak na imię ma właśnie dziewczynka (ta z tytułu).

 Imię blade, przezrocze bardzo, jak kościelny kruchy kwiat - szklane, niesie ze sobą przedziwną zdolność do cierpień, co dzień każdy otwiera i goi jak ranę; morze kochania, źródło przeczyste łez, dźwięk głęboki, co niebo z ziemią kojarzy... Milcząca prześwietlona, zjawa, jak odblask święty przy ludzkiej obecna twarzy. Niech lepiej dziewczyna nie cierpi: niech nie Anną, lecz Hanką zastanie! Będzie jak dzień słoneczny przy zamglonym, jak przy wieczornym mroku - świtanie; będzie jak dźwięk miedziany, rozgłośny, przy ginącym łkaniu spiżowym: będzie świetna, twarda, niepamiętna, zaborcza... Ostry duch - w ciele jasnoróżowym. Kto tamtą skrzywdził, niech do tej na najszybszym rumaku pospieszy, bo Anna się wprawdzie po nim na śmierć zapłacze, lecz Hanka go najprędzej pocieszy.

   

Kazimiera Iłłakowiczówna

 PORTRETY IMION.

wyd.1 Poznań 1957, Wydawnictwo Poznańskie 4

WSTĘP

 Nie jest to książka, ani poemat, nie jest to pamiętnik. Jest to wytwór wyobraźni autorki, która znudzona szarą codziennością swojego nie młodego już życia chciała coś dla kogoś zrobić. Mimo upływu wieku, do głowy autorki ciągle wskakują jakieś szalone pomysły, których nie może zrealizować na jawie, myśli o nich i myśli czasami tak długo aż w szklance pokaże się dno, a lodówka i barek swoją zawartością kategorycznie przeczą temu, co ona chciałaby tam znaleźć.

Tak więc, któregoś zimowego (a dokładnie styczniowego) wieczoru, znów coś wskoczyło do głowy autorki i mimo późnej pory, z głowy zostało przetransportowane na laptop, a z niego być może zostanie uwieńczone na papierze. I tak właściwie, jeżeli ktoś inny oprócz autorki teraz to czyta to tak właśnie się stało.

Tak więc (O.K. wiem, nie powinno się zaczynać zdania od „tak więc) powstał prezent urodzinowy dla pewnej osoby z okazji (pominiemy tę liczbę, bo kobieta ma tyle lat na ile się czuje) urodzin, o której tak właściwie zbyt wiele nie może autorka powiedzieć, ponieważ pustka jaka jest w głowie autorki dotycząca lat, o których chciałaby napisać jest większa od przestrzeni kosmicznej. Być może ten pan na A*, to spowodował, teraz już nie ważne. Napisane zostanie i koniec.

* Pan na A to oczywiście Pan Alzheimer

Jest rok 2007, epoka pisania e-pulsów, (na które niestety wiek autorki jest odrobinę na pozycji przeholowanej) epoka pisania blogów, no i tu trochę się zgadzam, pod warunkiem, że pisze się go dokładnie po trzecim drinku. Zaznaczam dokładnie po trzecim.

Ktoś mniej lub bardziej inteligentny zapyta: dlaczego po trzecim?

No cóż, odpowiedź jest prosta.

Ø  Po pierwszym to tak właściwie nie ma jeszcze, o czym pisać, bo umysł i ciało jest w czasie rzeczywistym a to oznacza, że na etapie normalności.

Ø  Po drugim już jest lepiej, ale umysł nie ogarnia jeszcze faktu, że trzeba się gdzieś i przed kimś wygadać, jeszcze w człowieku drzemie to poczucie winy, że przecież to nie świat winny jest zła, ale my sami.

Ø  No a trzeci (porządny) drink to już jest klucz do bramy wszystkiego, co chcesz powiedzieć, nie ważne czy pasuje do wszystkich drzwi, które chciałabyś otworzyć, ale jak nie otworzysz tych to otworzysz inne i wejdziesz z całym bagażem życia tam (czyli na www.blog...), i tam zawsze znajdzie się ktoś, kto wysłucha. Jak powie „wariatka” to go nie usłyszysz, jak powie coś miłego to też nie usłyszysz, a TY stajesz się spełniona, bo spokojnie możesz się przed kimś wygadać.

 Do Katarzyny Grocholi autorce bardzo daleko, ale może zaciekawi Cię droga czytelniczko, (autorka pisze w formie żeńskiej, ponieważ nie uważa, żeby jakikolwiek facet to przeczytał) kilka następnych kartek tego czegoś, co tu jest napisane.

Trochę tu jest fikcji, trochę prawdy, trochę marzeń, trochę przeżyć, ale najważniejsze jest to, że zostało to napisane.

 A teraz specjalne podziękowanie (wiem podziękowania daje się przeważnie na końcu książki, ale ja całe życie wszystko zaczynałam od końca).

Jestem dumna z siebie, że ktoś doczytał się do tej linijki i dziękuję mu za to, bo przypuszczam, że jak dotarł do tego miejsca, to może i skusi się na dalsze czytanie, a to oznacza, że mój wysiłek nie poszedł na zmarnowanie.

 

Rozdział pierwszy

Czyli skąd się wzięła dziewczynka (ta z tytułu)

 

Dawno, dawno temu, a może jeszcze dawniej, nie pamiętam, bo nie było mnie. (czyli autorki) jeszcze nawet w planach przed produkcyjnych gatunku ludzkiego, spotkało się dwoje młodych ludzi płci różnej.

              foto    foto

Ona piękna kobieta imieniem Helena, (ale nie ta trojańska) i on przystojny blondyn imieniem Zygmunt. (ale nie król, i nie August).          

To było ich przeznaczenie, które ściągnęło ich do siebie jak magnes z dwóch odległych krańców pięknej krainy zwanej Polska, do samego serca tej krainy, czyli do Warszawy. Oboje byli młodzi, piękni, weseli i tak dalej... i ni z gruszki, ni z pietruszki poczuli do siebie wielki pociąg (ale nie PKP tylko taki inny na „N”*, a potem to nawet pociąg drugi na „S”*). No i pociąg najpierw ten na „N” mobilizował siły Zygmunta, który nie zważając na chłody, lody, upały, ulewy i inne meteorologiczne bajery jeździł jednośladowym środkiem lokomocji, a czasami nawet wsiadał w pociąg (ale już ten PKP) i jechał, jechał, jechał daleko żeby spojrzeć w namiętne oczy pięknej Heleny , potrzymać ją za rękę, no może nawet pocałować (ale o pociągu na „S” w realizacji jeszcze mowy nie było), i przy okazji

 * N - czyli NAMIĘTNOŚĆ * S - czyli SEX 

wypić ćwiarteczkę z ojcem Heleny. I tak kursował ten pociąg przez jakiś czas od stacji „N” do stacji „S”. Wreszcie młodzi zafascynowani sobą ludzie postanowili zalegalizować swoje uczucia przed Bogiem (który i tak dokładnie widział co robili) i oczywiście przed władzami państwowymi.

 Jak im się działo po zalegalizowaniu tego nie będę pisała, bo przecież to moje pisadło nie miało być poświęcone im (z całym szacunkiem dla dotychczasowych bohaterów), ale komuś innemu.

Otóż jak ten ich pociąg tak kursował od stacji „N” do stacji „S” wyskoczyło z niego (w odstępie kilku lat) w jakimś tam momencie ich życia kilka prześlicznych, przeuroczych, kochaniutkich... itp., dzieci płci żeńskiej, obdarzonych przez Boga (bo to przecież On był głównym inicjatorem tego CUDU) wyjątkową urodą (no tak o tym już wspominałam), inteligencją, dobrocią, cierpliwością, błyskotliwością, poczuciem humoru, mądrością itd. (jak czegoś nie wymieniłam to można sobie dopowiedzieć). O tym, że te wszystkie cechy nie zostały solidarnie podzielone między te istoty cudu nie będę pisała, bo w tym wypadku On postąpił trochę nieuczciwie dając jednej więcej czegoś, a drugiej mniej czegoś, ale widocznie taki był jego zamiar, ale i tak odwalił kawał dobrej roboty (!).

Jak już się zapewne, co inteligentniejsi domyślili jedną z tych prześlicznych, przeuroczych, kochaniutkich dzieci była właśnie dziewczynka (ta z tytułu). I teraz dalej będzie o niej (i nie tylko, bo inni też zasługują na uwagę). Ale, że jest ona priorytetową postacią tego czegoś, co tu jest napisane, proponuję innym grzecznie umyć ząbki, buźkę i tamto inne też i ładnie położyć się spać, a nie zawracać sobie głowy tym arcydziełem. Jeżeli chodzi jednak o dziewczynkę (tę z tytułu), to może jeszcze uda jej się przebrnąć przez kilka stron.

Rozdział drugi

Czyli to, co pamiętała autorka i co wymyśliła o dziewczynce (tej z tytułu) i jeszcze trochę o jej skrzypeczkach

 

O jaka śliczniutka, o jaka mądra, o jak dobrze ułożona, o jaka grzeczniutka... Nie wiem jak można się tak w kółko zachwycać kimś, kto wygląda jak miliony innych istot ludzkich na świecie.

Dziewczynka od najmłodszych swych lat była wielką dumą swoich rodziców, wykazywała się dużym talentem muzycznym, oczywiście ładnie śpiewając przy każdej nadarzającej się okazji, szczególnie na uroczystościach rodzinno-towarzyskich jej rodziców. Chętna do prezentowania swojego talentu muzycznego grając na malutkich skrzypeczkach (tak jak Janko Muzykant) wspierała uroczystości domowego ogniska nawet w późnych godzinach nocnych, w przerwie między snem, a snem.

foto

 Oczywiście nie wszyscy byli z tych jej popisowych solówek zadowoleni, mam tu na myśli na przykład sąsiadów, którzy zwykli spać o niektórych porach nocy, lub jej najukochańszą młodszą siostrzyczkę, której te popiskiwania i poskrzypiwania skrzypeczek siostrzanych doprowadzały czasami do stanu nazywanego w medycynie szałem, a czego efektem były na przykład rysowane diabełki w zeszytach dziewczynki lub wypisywane w tychże zeszytach obraźliwe słowa krytyki skierowane oczywiście pod adresem rozwijającej się kulturowo dziewczynki.

Nie miała ona chyba jednak wielkiego urazu do swojej młodszej siostrzyczki, bo prawdopodobnie już wtedy kierowała nią miłość macierzyńska do wszystkich dzieci świata, a siostra to przecież rodzina, więc przysługiwały jej szczególne względy w tym kierunku i nawet czasami potrafiły się dogadać.

Nie było to zbyt często i tu winę można zwalić z premedytacją i pełną świadomością na odmienność charakterów obu prześlicznych, przeuroczych osóbek no…, ale jak już wstępnie wspomniano każda otrzymała inny pakiet cech, nie zawsze ze sobą współgrających. Ilość pozytywnych cech u dziewczynki i wielka chęć opanowania wszystkich nauk świata, oraz namiętność do nauki, czego do dzisiaj nie może wiele osób zrozumieć, bo namiętność do płci przeciwnej, albo nawet do płci tej samej, (jak kto woli) to normalka, ale namiętność do nauki (brrr...) powodowała, że najukochańsza siostrzyczka potrafiła się dziewczynki wyprzeć w szkole. Pytana na przykład czy jest może siostrą dziewczynki, odpowiadała „NIE”. No bo czasami było wstyd przyznać się do tego, że ma się w rodzinie „odmieńca”, który zamiast latać po dyskotekach i kawiarniach, umawiać się z osobnikami płci przeciwnej (albo tej samej, jak kto woli), czas spędza DOBROWOLNIE na znęcaniu się nad biednym kawałkiem drewna i kilku końskich włosiach.

 

Rozdział trzeci

Czyli to, co robiła dziewczynka (ta z tytułu) i nie tylko ona, żeby życie było ciekawe


Głupio by było nic nie napisać w tym rozdziale, ale autorka mało pamięta z tego okresu, kiedy dziewczynka nie była już dziewczynką, a powolutku stawała się panienką, ponieważ dzielił ich ocean (nie taki z wody, ale z przenośni). Dziewczynka, która nie była już dziewczynką często podróżowała, do czego przyczyniała się głównie szkoła, do której chodziła. W czasach tamtych budziło to powszechną zazdrość, ponieważ dla wielu osób szczytem realizacji wyjazdu za granicę były wczasy w Bułgarii lub wyjazd zarobkowo - rekreacyjny do NRD polegający na przykład. na sprzedaży polskich jaj obcokrajowcom. Tak, tak były czasy, kiedy nasze polskie kury były nosicielkami dewizowymi. No, ale dziewczynka, która stawała się panienką wyjeżdżała nie po to żeby sprzedawać jaja za niemieckie marki ale w innym celu. Z każdej podróży przywoziła prezenty dla swojej młodszej ukochanej siostrzyczki, a po każdym powrocie z tego „innego świata” jej mała (no może już nie tak całkiem mała) siostrzyczka, bardzo się cieszyła z powrotu, ponieważ dziewczynka (ta z tytułu), zawsze przywoziła ze sobą jakieś ekstra ciuchy, które można było pożyczyć idąc na integracyjne spotkanie młodzieży
w dyskotece. Był jeden maleńki szkopuł w tych ciuchach. Nie były one uniwersalne i nie zawsze pasowały na osobę, która je chciała na siebie wdziać. Dziewczynka jednak stając się panienką nie zauważała często, że jakiś ciuch na jakiś czas ginął z jej szafki. Niestety w jej otoczeniu była osoba, która w cudowny - wręcz iluzjonistyczny sposób potrafiła dopasować na siebie ciuch o kilka numerów mniejszych. Między innymi były to na przykład. spodnie (koloru dokładnie autorka nie pamięta, ale chyba coś koło żółtego).

obrazek

 O rany to był ciuch(!), ale jak to w piosence Anity Lipnickiej „wszystko się może zdarzyć...”, owe spodnie, owa osoba moczyła w misce z wodą, następnie ubierała mokre na siebie (nie wykręcając z wody), następnie na sobie suszyła suszarką do włosów (trwało to wprawdzie całe wieki, ale czego się nie robi dla seksapilu).

Potem tylko musiała pilnować żeby nie wypić zbyt dużo coca-coli, bo nałożone w taki sposób spodnie, to był jednocześnie kategoryczny zakaz korzystania z toalety, ponieważ raz rozpięty guzik nie dał się ponownie zapiąć mimo nieziemskich umiejętności.

Pewnego popołudnia ojciec dziewczynki, czyli Zygmunt, (ale jak już wcześniej wspomniano nie król i nie August) przypadkowo wszedł do pomieszczenia improwizującego łazienkę,. Ku swemu wielkiemu zdziwieniu zobaczył (już nie małą niestety) siostrzyczkę dziewczynki, suszącą na sobie spodnie (koloru chyba żółtego, które były własnością dziewczynki). A że był w stanie „pod rauszem”
w pierwszej chwili nie mógł zrozumieć, co jest grane. Niestety siostrzyczka dziewczynki była już prawie spóźniona na umówioną randkę, a tylna część spodni znajdująca się na miejscu dość kształtnym, które stanowiło przedłużenie kręgosłupa i pleców była wciąż mokra, siostrzyczka dziewczynki poprosiła swojego reproduktora
o pomoc. Jego zdziwienie było wielkie, kiedy suszarka do włosów nagle znalazła się w jego dłoni, a do jego uszu dobiegła komenda „susz spodnie na mojej d... (brzydkich i pospolitych słów nie będę używała, aby kogoś nie zgorszyć), bo już jestem spóźniona”. Ale trzeba przyznać, że miał niezły ubaw wkurzając wytwór, swoich miłosnych uniesień do Heleny (jak już wcześniej wspomniano nie Trojańskiej), komentując nadmiar ciała w niektórych miejscach, zrozpaczonej z powodu spóźnienia na umówione spotkanie córki.

Trzeba przyznać uczciwie, że nie wydał jej przed dziewczynką.

Sorry, miało być o dziewczynce, a rozpisałam się o jej siostrzyczce. Ale w tytule rozdziału trzeciego, uczciwie zostało napisane: „Czyli to co robiła dziewczynka (ta z tytułu) i nie tylko ona, żeby życie było ciekawe„

No i tak dziewczynka, która stawała się panienką, jeździła sobie po świecie. Niestety z umiejętnością orientowania się w geografii autorka zawsze miała problemy, więc gdzie jeździła dziewczynka, to ona wie sama, ale była ta Anglia, Dania i coś tam jeszcze. Fajnie tam wtedy było, ciężką pracę, połączoną z trudami podróży rekompensowało jej towarzystwo poznawanych ludzi, uroki oglądanych miejsc i luz bluz, jaki potrzebny jest każdemu młodemu człowiekowi.

Kiedy dziewczynka, która stała się panienką osiągnęła wiek osiemnastu wiosen (może to było trochę później), postanowiła sprawdzić swoje macierzyńskie zdolności, tylko niech nikt nie myśli, że zapragnęła przeżyć błogość stanu kobiety ciężarnej, czy cierpień porodowych itp. Nie! Postanowiła połączyć pięknie z pożytecznym i „zaciągnęła” się jak opiekunka kolonijna. Pojechała z czeredą dziewczynek i panienek, które na trzy tygodnie zamieniła w swoje podopieczne do pięknej Gdyni.

Wyglądem bardziej przypominała kolonistkę niż wychowawczynię, ale chyba miło wspomina ten czas do dzisiaj. Na tych koloniach spotkała ją jednak przykrość i to ze strony najbliższej jej wtedy osoby (no może drugiej po najbliższej).

Pewnego razu, dziewczynka, która była wychowawczynią na koloniach dała swoim podopiecznym, czas wolny, aby pobiegały sobie po sklepach. Kolonistki grupkami poszły każda w swoją stronę, a ona została sama. Ktoś, kto nawet nie zaproponował jej żeby poszła z nimi zrozumiał to dopiero po latach. Tamtej przykrości jej już nie wynagrodzi, ale może wystarczy słowo:

PRZEPRASZAM

Kiedyś dziewczynka (ta z tytułu), która była już panienką wpadła w oko pewnemu osobnikowi płci odmiennej o ksywce (no dobra pominę te nazwę, żeby przypadkiem facet, gdyby przypadkiem tu trafił, nie zorientował się, że o nim mowa). Biedny chłopak szukał
w niej bratniej duszy, a mieli ze sobą wiele wspólnego, bo chłopak ładnie śpiewał, szczególnie arię „Ten zegar stary...”, należał też do kategorii odmieńców takich jak dziewczynka (wyjścia do dyskotek ograniczone do minimum, picie alkoholu ograniczone do mniej niż minimum, oceny w szkole i chęć do nauki na poziomie wyższym niż kujon, a do tego postura szprychy rowerowej, i zerowe podejście do seksu). Biedne chłopisko przyszło do domu dziewczynki z wielką nadzieją spełnienia swojego marzenia, czyli namiętnego patrzenia jej w oczka i głaskania po delikatnej rączce, ale chłopak źle trafił, bo dziewczynka była w trakcie skłócenia z siostrzyczką, a ta postanowiła zemścić się na dziewczynce. Kiedy więc chłopak przyszedł, siostrzyczka miała powiedzieć, że dziewczynki nie ma w domu i wróci późno. Ta (wredna) jednak powiedziała osobnikowi, że dziewczynka powinna zaraz wrócić, więc kochaś może na nią zaczekać. Dziewczynka w tym czasie schowała się w innym pokoju. Pora była wówczas zimowa, a pokój ten nie był ogrzewany, więc panowała w nim temperatura około stopni (pana Celsjusza). Zołzowata siostrzyczka, która była jednak najukochańszą siostrzyczką dziewczynki przetrzymała biedną dziewczynkę w tym lodowatym pokoju około dwóch godzin.

Zemsta była słodka.

Ale, ale... siostrzyczka wcale nie była taka zła, jak ją tu opisano. Mała kochana siostrzyczka bardzo lubiła robić dziewczynce nietypowe prezenty. No, było to częściowo spowodowane deficytem budżetowym w skarbonce siostrzyczki, (która wtedy już popalała sobie papieroski po które jeździła aż do miasta B., do delikatesów gdzie można było kupić takie papieroski jak Malboro, Pall Mall, czy Maxwell), a wiadomo jak dziura finansowa, to trzeba kombinować, a w tym trzeba przyznać siostrzyczka była dobra.

I tak na przykład na jakieś święta Bożego Narodzenia zrobiła dziewczynce papeterię w ilości 100 sztuk kopert i 100 sztuk papieru  listowego do kompletu.

Każda koperta i przypisana jej kartka listowa oznaczona była innym własnoręcznie przez siostrzyczkę wykonanym rysunkiem.

Siostrzyczka, w konspiracji przed dziewczynką, (tą z tytułu) rysowała…, rysowała…, rysowała…, a że w głowie miała zawsze fiubździu zamiast nauki, rysunków i pomysłów starczyło.

Na inne znów święta, siostrzyczka zrobiła dziewczynce na szydełku szalik, który był wtedy super modny, w kolorze zieleni, a jego długość wynosiła prawie (a może nawet ponad) 3 metry.

obrazek

 Czy potrafi sobie ktoś wyobrazić coś takiego, żeby robić taki długi szalik w domu tak, żeby go przyszła właścicielka nie zobaczyła?  

To się nazywa poświęcenie.:)

więcej na http://wydaje.pl/e/wspominki-z-zycia-pewnej-dzieczynki

fotorgrafia z dzieciństwaKilka lat temu na urodziny mojej siostry chciałam przygotować prezent, który byłby nietypowy. Postanowiłam zabawić się w pisarkę. Ponieważ pamięć moja była już trochę niedysponowana poprosiłam o pomoc rodzinę. Napisałam coś w rodzaju książki, co miało wpłynąć na dobry nastój solenizantki i przypomnieć jej dawne, piękne czasy. Ozdobiłam to wszystko starymi zdjęciami od momentu narodzin do chwili (prawie) obecnej. 

Myślę, że pomysł się spodobał, chociaż ktoś powiedział mi, że nazmyślałam w tym swoim dziele.

Kiedy dałam do przeczytania to (jeszcze w formie dziewiczej) kilku moim znajomym, to usłyszałam od nich, że warto by było tekst opublikować. Niestety wtedy jeszcze nie byłam na etapie pisarki jaką się czuję dzisiaj, więc trochę sobie ten tekst poleżał "w mojej szufladzie".

Oczywiście osoba, która miała dostać dzieło jako prezent urodzinowy swoje dostała, oprawione jak praca magisterska, ale nie liczy się oprawa ale pomysł.

I tak, po latach ten tekst doczekał się opublikowania (za zgodą oczywiście samej bohaterki), a ja mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że jest to moje pierwsze poważne dzieło pisarskie.

 

niedziela, 03 czerwca 2012

krótkie chwile długiego życiaTo nie jest książka w pełnym tego słowa znaczeniu. Jest to krótka forma literacka napisana w postaci pamiętnika. Dlaczego postanowiłam coś takiego napisać, wyjaśniam w pierwszych słowach tego tekstu.

Spotkanie z tą niesamowita osobą, skłoniło mnie do upamiętnienia kilku dni spędzonych z kobietą, której życie było tak barwne i różnorodne, że gdybym tak właściwie spisała wszystkie wspomnienia, to powstałaby z tego niezła książka. Udostępniłam ten tekst na wydaje.pl jako e-book, ale musiałam niestety zmienić zakończenie, bo kobieta o której pisałam - odeszła.

Moja pani Wandzia na początku maja miała wylew krwi do mózgu, który spowodował u niej zanik mowy, połykania i inne dolegliwości. Do tego stwierdzono u niej guz na płucach. Niestety jej stan się pogarszał i potrzebowała całodobowej opieki. Hospicjum. Codziennie jednak jeździłam do niej, myłam, karmiłam, rozmawiałam z nią, chociaż ostatnie dni była jak "roślinka".

Wczoraj miałam bardzo ważny egzamin w szkole, ale prosto po egzaminie pojechałyśmy z koleżanką do hospicjum, Wandzia na nas czekała, chociaż oddychała bardzo ciężko i była spocona jakby miała co najmniej 40 stopni gorączki. Wypiła prawie całego Nutridrinka, i bardzo ładnie połykała. Cieszyłyśmy się z tego powodu, bo poprzedniego dnia nic nie przełknęła nawet łyczka herbaty. Stałyśmy przy niej i trzymałyśmy ją za ręce, koleżanka za jedna a ja za druga, głaskałyśmy i mówiłyśmy do niej. W pewnej chwili przyszło mi na myśl żeby zacząć mówić do niej po rosyjsku (to język jej dzieciństwa i młodości). Wyraźnie było widać, że ożywiła się trochę jak mówiłam do niej w tym języku. Co chwilę jednak miała dziwne drgawki,i coraz szybciej oddychała.

Zaczęłyśmy się modlić na głos razem z jedną pielęgniarką, to znaczy ona się modliła bo my miałyśmy zbyt wielkie kule w gardłach, które uniemożliwiały nam wypowiadanie slow. Zanim modlitwa się skończyła, Wandzia dwoma krótkimi oddechami odeszła. Przytulałam się cały czas do jej twarzy i widziałam jak moje łzy spływają na jej włosy. Odeszła tak jak chciała, w obecności bliskich i kochających ją osób, w otoczeniu miłości. Kiedy pielęgniarka wyszła, delikatnie wysunęłam swoją rękę z jej dłoni i pożegnałam się z nią. Ona podobno była w takim stanie od rana, ale czekała na nas. Czekała, żeby się z nami pożegnać. Odeszła dopiero wtedy, kiedy poczuła dotyk naszych dłoni i naszą obecność.

Kilka osób namawia mnie, abym kiedyś zmobilizowała się i wytężyła pamięć, aby spisać wszystko co przeżyłam z tą niespotykaną osobą. Być może kiedyś to zrobię, ale póki co na razie wystarcza mi to krótkie wspomnienie spisane na tych kilkudziesięciu stronach.
niedziela, 27 maja 2012

moja wandziaSpotkało mnie w życiu coś pięknego

Gdyby kilka lat temu, ktoś powiedział mi, że zaprzyjaźnię się z osobą, która jest starsza od mojej mamy, to nie uwierzyłabym.

A jednak.

Poznałam ją w listopadzie 2008 roku i od pierwszego dnia poczułyśmy do siebie sympatię. Wiem, że to opatrzność nas do siebie zbliżyła. To przeznaczenie nas ze sobą złączyło. Wiem, że czekałyśmy na siebie, a teraz trudno nam jest się ze sobą rozstać.

Zaczęło się standardowo.

Kobieta 40+, dzieci już samodzielne, dorosłe. Mało płatna praca w niedużym zakładzie budżetowym, do tego stresująca. Powtarzające się stany depresyjne i czas po pracy, z którym tak właściwie nie wiedziałam, co zrobić.

Praca-dom, praca-dom, praca-dom i tak w kółko.

Postanowiłam zrobić coś z własnym życiem, bo nie potrafiłam sobie znaleźć w nim miejsca.

Zapisałam się na kurs dla wolontariuszy hospicjum. Niestety kilka dni przed rozpoczęciem kursu dostałam wysokiej gorączki - zapalenie płuc i szkolenie przepadło.  

Wyczytałam na stronie hospicjum, że jest wyznaczony drugi termin szkolenia, więc znowu się zapisałam, już widziałam siebie pracującą przy chorych, umierających ludziach w hospicjum i... znowu wysoka gorączka, nawrót choroby i ponownie ze szkolenia „nici”.

 Kiedy ponownie zadzwoniłam, żeby dowiedzieć się, kiedy będzie następne szkolenie, pani poinformowała mnie, że dopiero za pół roku, ponieważ takie szkolenia odbywają się tylko dwa razy w roku (przynajmniej w mieście, w którym mieszkam).

Nie ukrywam, że dotknęły mnie również problemy finansowe i zaczęłam szukać dodatkowej pracy na weekendy, aby trochę do pensyjki dorobić. W Internecie znalazłam ogłoszenie, że potrzebna pani do pomocy przy starszej osobie na wszystkie wolne od pracy dni, czyli soboty, niedziele i święta.

Zadzwoniłam, umówiłam się na spotkanie, pojechałam i tak zaczął się mój czas
z moją Wandzią.

Z kilku pań, które zgłosiły się do tej pracy ona wybrała mnie. Powiedziała, że wyglądałam jej na ciepłą, swojską kobitkę.

Kiedy ją poznałam skończyła właśnie 102 lata. Wesoła, pogodna staruszka, niezdająca sobie sprawy ze swojej starości.

Ze względu na jej wiek byłam pewna, że ta praca nie potrwa dłużej niż kilka miesięcy.

A to już trwa prawie cztery lata. Widzę zmiany w jej osobowości, widzę zmiany
w jej ciele, widzę jak demencja często gości w jej umyśle. Ale cieszę się, że mogę do niej jeździć, opiekować się, pomagać jej i cieszyć się razem z nią, każdą chwilą.

Postanowiłam napisać o moim spotkaniu z nią dlatego, aby kiedyś wrócić do tych chwil spędzonych z tą niesamowitą osobą, aby pokazać że starość nie koniecznie musi być smutna, aby przedstawić osobę która mimo iż ma przeżyty wiek nie czuje tego, i często nie może sama uwierzyć w to ile ma lat.

Skończyła 100 lat a jeszcze marzy o miłości, jeszcze chciałaby wyjść za mąż, tęskni za seksem, za uczuciem miłości.

KIM JEST TA KOBIETA?

Urodziła się w Anglii. Z powodu choroby, jako dziecko opuściła ten kraj i przyjechała z rodzicami do Wilna, skąd pochodzili jej rodzice. Klimat angielski jej nie służył. Zaczęła chorować, więc rodzice zdecydowali się wyjechać z tego wilgotnego kraju,
i wrócili w swoje rodzinne strony.

Ojciec nie miał zamiaru pozostać w Wilnie na stałe, bardzo chciał wrócić do Anglii, ale mama ze względu na chorobę córki uparła się i zostali.

Rodzina była dość majętna, duży dom z ogrodem, osiem pokoi. Zatrudniali dziewczynę do opieki nad dziećmi, oraz panią do sprzątania i gotowania. Dziadek miał sad, z którego sprzedawał owoce, uprawiali również warzywa głównie dynie i szparagi.

Dzieciństwo było dla pani Wandzi dość trudne, ponieważ dużo chorowała, głównie na oczy. Jej najlepszą przyjaciółką była Tecia, dziewczyna, która przybyła do ich domu w wieku około 9 lat, kiedy ojciec zostawił ją u „Państwa” do pracy polegającej na opiece nad czwórką dzieci. Dziewczynki mimo różnicy wieku bardzo się zaprzyjaźniły, Tecia pozostała w domu pani Wandzi bardzo długo. Nawet, gdy już obie wyszły za mąż, nadal były razem.

Pierwszy mąż pani Wandzi w czasie wojny wyjechał do Anglii walcząc u boku generała Andersa. Czy to jest prawda nie wiem, bo wspomnienia pani Wandzi miały różne wersje często sprzeczne ze sobą i raz mi mówiła, że go rozstrzelali Niemcy (na jej oczach), innym razem, że wyjechał do Anglii i walczył pod dowództwem generała Andersa, a jeszcze innym razem, że musiał uciekać z kraju.

Tak właściwie to do końca nie wiem, co się z nim stało.

Kiedy wybuchła II wojna światowa i męża zabrali do wojska, ona pozostała w domu z babcią, matką, siostrami, i małym dzieckiem. Ojciec i dziadek też zostali zwerbowani do armii tak, że kobiety zostały same.

Wojna się skończyła, mąż nie wracał, uznano go za zmarłego. Młodą, samotną
i piękną kobietą zainteresował się pewien polski dżentelmen i w odpowiednim czasie pobrali się. Żyli ze sobą ponad 40 lat, niestety zmarł na serce i kobieta znów została sama.

Londyn, Wilno, Warszawa, Gdańsk to były miasta, które przewinęły się przez jej życie, najbardziej jednak z tych wszystkich miast wspomina Wilno, gdzie się wychowała, gdzie wyszła dwa razy za mąż, gdzie urodziła dziecko i gdzie była bardzo szczęśliwa mimo wojen, mimo zaboru rosyjskiego.

 Kiedyś chciałam ją sprawdzić jak wiele pamięta i zapytałam:

- To właściwie gdzie pani mieszkała, w Polsce czy w Rosji?

- W Polce oczywiście, to pani nie wie gdzie leży Wilno?, Przecież Wilno JEST
w Polsce! – Odpowiedziała z takim oburzeniem, że aż mnie zatkało.

Czasami zdarzają jej się takie chwile, kiedy mówi mi, że wraca do Wilna i czy odwiedzę ją tam. Tłumaczy mi wtedy jak dojść z dworca do jej domu, i że najlepiej jak wynajmę dorożkę, bo to trochę daleko.

Zapomina, że już od pięciu lat nie wychodzi z domu.

KAŻDY DZIEŃ JEST INNY

Kiedy przychodzę do nie w sobotę, czy w niedzielę rano (pracuję u niej we wszystkie weekendy oraz wszystkie inne dni wolne od pracy) ona siedzi na swoim łóżku często w półdrzemce. Na mój widok (kiedy już rozpozna, że to ja) uśmiecha się
i mówi, że na mnie czeka. Siadam obok niej, jemy po ciasteczku i czasami pyta, co u mnie słychać a czasami od razu zaczyna mi coś opowiadać. Kiedy wejdzie w „trans” swoich opowieści i wspomnień to często nie mogę jej zmobilizować do tego by poszła ze mną do łazienki, aby się umyć.

W łazience ją myję, a ona cały czas mówi. Myję, perfumuję (tak (!)) po każdym myciu, muszę ją popryskać perfumami, bo ona chce (musi(!)) ładnie pachnieć, pomagam jej się ubrać i następnie idziemy do kuchni, gdzie przygotowuję dla nas obiad. Kiedy obiad się gotuje ja idę posprzątać jej mały pokoik, a ona w tym czasie smaruje sobie (sama) twarz kremem, tym samym od lat, kupowanym w aptece na specjalne zamówienie. Pościelenie jej łóżka i odkurzenie pokoju oraz sprzątnięcie go zajmuje mi niewiele czasu, ale czasami, kiedy wracam do kuchni ona siedzi na krześle
i drzemie.

W czasie obiadu wypijamy po kieliszeczku wiśniówki, lubi sobie od czasu do czasu wypić po „małym”. Mówi, że to jej dobrze robi na apetyt.

Opowiadała mi, że razem z mężem, zawsze do obiadu wypijali sobie jeden, dwa kieliszeczki wódki, taką mieli tradycję.

Po obiedzie idziemy do jej pokoju na herbatkę, i tak właściwie to już jest koniec mojej pracy i powinnam iść do domu, ale nie potrafię wyjść od niej od tak.

KONIEC PRACY i do domu?

Siadam z nią przy stole i wypijamy razem herbatkę i zjadamy po kilka ciasteczek. Rozmawiamy, a właściwie to ona mówi, a ja słucham.

Prowadzi swój monolog tak, jakby czytała książkę. Sama zadaje pytania i sama na nie odpowiada, oczywiście często powtarza te same zdania po kilka razy, ale już się do tego przyzwyczaiłam.

 Opowiada mi o Wilnie, o swojej młodości, o swoim życiu, o swoim małżeństwie,
o balach, na które chodziła razem z mężem – oficerem WP, o podróżach, o swojej pracy.

Często myli przeszłość z teraźniejszością, ale kiedy tak opowiada widać, że jest szczęśliwa. Chociaż wiem, że powinnam już iść do domu – zostaję,

jeszcze 5 minut,

jeszcze 20 minut,

jeszcze godzinkę.

TANECZNE WSPOMNIENIA

Są takie dni, kiedy przez te kilka godzin w pracy u pani Wandzi, śmiejemy się aż do bólu brzucha.

Ona wspomina, szczęśliwe i radosne dni w swoim życiu i opowiada o tym, co wesołego spotkało ją.

Z uśmiechem na twarzy i iskierką radości w oczach opowiada mi o balach, na które chodziła razem ze swoim mężem. Oczywiście były to bale wojskowe, bo jej mąż był oficerem. On sam nie lubił tańczyć i na tych balach przeważnie przesiadywał w innej sali grając w karty. Nie przeszkadzało mu jednak, a nawet był zadowolony
i dumny z tego, że jego żona jest „rozchwytywana” przez jego kolegów. Ona sama uwielbiała tańczyć i miała swoich ulubionych partnerów do tańca. Był na przykład jeden chorąży, z którym najlepiej tańczyło jej się mazura i właśnie tylko z nim tańczyła ten taniec.

Walca uwielbiała tańczyć z majorem, którego żona również nie bardzo przepadała za tańcem, ale nie była zazdrosna o to, że jej mąż tańczy z inną. Była wręcz dumna
z tego, że jej mąż tak pięknie tańczy i tak pięknie wygląda w parze z tą kobietą.

Kiedyś poprosił ją do tańca jakiś bardzo wysoką rangą wojskowy. Był brzydki jak „kupa śmieci” (tak go określiła), toporny jak „kulawy osioł” (to też jej słowa), ale nie wypadało mu odmówić, żeby mąż nie miał potem z tego powodu przykrości. Zatańczyła, więc i jak to sama określiła, był to pierwszy i ostatni taniec z nim, bo po tym jednym tańcu bolały ją wszystkie kości. Jej nowiutkie czółenka zostały „sponiewierane” przez jego gigantycznych rozmiarów buty, a w psychice została wielka czarna pamięć tego felernego tańca. Towarzysz taneczny, pocił się jakby go ktoś polał „pomyjami” i wyglądał, jak „żaba, która wyskoczyła z bajora”. Jego zapach przypominał zapach „onucy żołnierza wracającego z wojny”.

Czasami zastanawiam się skąd u niej biorą się te wszystkie określenia. Kiedy jednak je wypowiada z taką dziwną ironią w głosie to nie potrafię się nie uśmiechnąć.

NAHAJKA

Któregoś dnia przyszłam do pani Wandzi, weszłam do jej pokoju, patrzę a ona siedzi zapłakana na łóżku. Usiadłam obok niej i zapytałam:

- Co się stało?

 Pani Wandzia spojrzała na mnie mokrymi od łez oczyma i odpowiedziała:

- Kim pani jest? Ja nie będę z nikim rozmawiać. Ktoś wszystko „kabluje” babci.

- Babci? Czyjej babci ? – Zapytałam zdezorientowana.

- No przecież mojej babci – odpowiedziała pani Wandzia i dodała - ktoś wszystko, co ja powiem powtarza babci, a babcia potem bije mnie nahajką. Widzi pani? Tam wisi nahajka koło drzwi i ja już nie mogę tego znieść. Mam całe ciało pobite do krwi aż mi skóra popękała i mam bardzo bolące rany.

Starłam chusteczką jej łzy na policzku i chciałam ją objąć i przytulić, ale skuliła się
i znów głośno zapłakała.

- Niech pani mnie nie dotyka, ja mam na plecach same rany nie widzi pani tej krwi na mojej koszuli?

Popatrzyłam na jej koszulę i delikatnie pogładziłam jej plecy. Tak ledwo wyczuwalnie żeby znów nie zaczęła płakać. Niczego nie zauważyłam. Pomyślałam, że zaraz pójdziemy do łazienki, żeby tak jak zawsze dokładnie ją umyć. Pani Wandzia będzie rozebrana, to dokładnie obejrzę jej plecy. Może gdzieś się uderzyła i teraz bolące miejsce kojarzy jej się z biciem.

Postanowiłam wyciągnąć ją jakoś z tego świata, w którym właśnie się znajdowała i zapytałam:

- A co dziadek na to, że babcia panią bije, dziadek nie staje w pani obronie?

- Dziadek, dziadek! Siedzi tylko w tym swoim sadzie na drzewie i mówi „czego ty od tej dziewczyny chcesz, przecież ona ci nic nie zrobiła”.

- A mama też nie staje w pani obronie?

- Mama sama boi się babci. Jak babcia się zdenerwuje to i mama dostanie nahajką tak, że aż krew leci.

Ta sytuacja trochę mnie zaskoczyła, bo do tej pory pani Wandzia wspominała babcię i dziadka przedstawiając ich w samych superlatywach. Była ulubienicą dziadka, ale o babci też nigdy nie mówiła niczego złego.

Postanowiłam skończyć z tym smutnym wspomnieniem, delikatnie objęłam panią Wandzię i przytuliłam.

- Tak właściwie to nie miałam tego mówić, ale babcia wyjechała.

Spojrzała na mnie zaskoczona.

- Wyjechała? A dziadek?

- Dziadek też wyjechał razem z babcią – odpowiedziałam.

- Wyjechali i nic mi nie powiedzieli? I kto się teraz będzie mną zajmował?

Rozpłakała się jak małe dziecko.

- Spokojnie pani Wandziu – szepnęłam - nie powiedzieli pani, bo nie chcieli żeby się pani martwiła, poprosili mnie żebym przyjechała do pani na kilka dni i się panią zaopiekowała, a nahajkę już zdejmuję i schowamy ją daleko pod tapczan, żeby je nie widzieć.

Popatrzyła na mnie zdziwiona, ale uśmiechnęła się.

- Bardzo się cieszę, że ze mną zostaniesz. Na pewno spędzimy czas wesoło.

Uspokoiłam się. Łzy przestały się lać z jej oczu, ręce przestały się trząść, wrócił do niej spokój.

Oczywiście w łazience bardzo dokładnie obejrzałam jej plecy i okazało się, że są czyściuteńkie i gładziuteńkie jak zawsze, cienka delikatna skóra nie miała nawet maleńkiego zadrapania ani siniaka.

UCIECZKA KSIĘDZA

Poranna toaleta zakończona, pokoik wysprzątany i wywietrzony, czas zabrać się do przygotowania obiadu. Siedzimy z panią Wandzią w kuchni i jak zawsze ona opowiada a ja słucham, gdy nagle rozbrzmiewa dzwonek u drzwi. Poszłam otworzyć a tu stoi… ksiądz. Na śmierć zapomniałam, że miał przyjść właśnie w tym dniu. Miesiąc temu osobiście mi o tym powiedział, ale cóż chyba skleroza lubi mnie. Wróciłam do kuchni i mówię:

- Pani Wandziu ma pani gościa

- A ten gość to płci męskiej czy żeńskiej? – Zapytała.

- Płci męskiej.

Z przedpokoju dolatuje do mnie śmiech księdza.

- To, co? Idziemy do pokoju?

- No to idziemy, bo przecież gościa w kuchni nie wypada przyjmować – wzruszyła ramionami.

Pomalutku, opierając się na swoim balkoniku pani Wandzia idzie do swojego pokoju. W połowie kuchni nagle zatrzymuje się i przywołuje mnie ruchem ręki.

- Pani zobaczy, czy mi się nos za bardzo nie świeci, może trzeba trochę przypudrować?

Słyszę jak ksiądz śmieje się ze słów, które wypowiedziała.

- Wszystko O.K., wygląda pani ślicznie a nosek jak u panienki – zapewniam panią Wandzię, żeby nie czuła zdenerwowania.

W pokoju podchodzi do swojego gościa i widzę jak uśmiech zaczyna rozjaśniać jej twarz.

- O mój księżulek kochany, dawno księdza widziałam. Co słychać u księdza?

Kiedy ksiądz przychodzi ja wychodzę z pokoju, żeby pani Wandzia mogła sobie spokojnie porozmawiać, czasami po cichutku śmieję się z tej ich rozmowy, bo ona nie wszystko dobrze rozumie  i czasami ksiądz pyta ją o coś innego a ona odpowiada mu zupełnie na inny temat.

Pomodlili się, ksiądz zaśpiewał pieśń „Chwalcie łąki umajone” i pomalutku zaczął się z nią żegnać. Niestety wyjść od pani Wandzi wcale nie jest tak łatwo, bo ona będzie robiła wszystko, żeby zatrzymać gościa jeszcze przez jakiś czas.

- Ale jeszcze ciasteczkiem ksiądz się nie poczęstował – sprawdza ręką stół, ponieważ prawie nie widzi i stara się dotykiem upewnić czy postawiłam na stole razem z obrazkiem Matki Bożej, świeczki i zapałki talerzyk z ciastkami. Siedzę w kuchni
i przysłuchuję się ich rozmowie.

- Dziękuję bardzo, już się poczęstowałem – zapewnił duchowny.

- No to jeszcze jedno ciasteczko.

- Dobrze, ale już ostatnie, bo muszę już iść.

- A może ksiądz wypije kielicha?

(śmiech)

- Nie, nie! Dziękuję muszę jeszcze odwiedzić kilka osób chorych.

- I racja, bo od wódki rozum krótki i nieodwracalne mogą być tego skutki – mówi pani Wandzia prawie szeptem, ale że jest osobą niedosłyszącą brzmi to dość głośno.

Ksiądz śmieje się.

 – A co ksiądz myśli, że ja go upiję i coś mu zrobię? Ja już za stara na to jestem.

(znowu śmiech księdza)

- Pani Wando, bardzo miło rozmawia się z panią, ale ja już naprawdę muszę iść.

Powolutku duchowny wycofuje się w stronę drzwi, kiedy jest już prawie w korytarzu z pokoju pani Wandzi dochodzi do nas jej głos z nutką ironii w głosie.

- Co tam będzie taki przystojny facet gadał z taką staruchą, spieszy się do innej, młodszej, przecież ksiądz to tylko facet tyle że chodzi w sukience, ale taki sam facet jak inni.

Na korytarzu ksiądz żegnając się ze mną powiedział z wielkim rozbawieniem, że do takich SENIORÓW osób to aż miło przychodzić, człowiek pożartuje, pośmieje się nie tak jak u innych smutnych i schorowanych starszych osób, ale sam na sam to on nie chciałby z nią zostać.

więcej na http://wydaje.pl/e/moja-wandzia2

Lubię czytać
Artykuły




Spis moli