Książka stanowi cudowny przedmiot, dzięki któremu świat poczęty w umyśle pisarza przenika do umysłu czytelnika... Każda książka żyje tyle razy, ile razy została przeczytana.
sobota, 13 lipca 2013

Właśnie wróciłam z naszego spotkanie blogerek i muszę natychmiast o tym napisać, aby na gorąco podzielić się wrażeniami. Przybyła na to spotkanie dość liczna grupa czytelniczek i blogerek prawie z całej Polski i nie tylko. Nie wiem ile nas było, ale myślę, że ponad 20. Uczestniczki przyjechały między innymi z Krakowa, Zielonej Góry, Poznania, z okolicy Starogardu Gdańskiego, a nawet ze Szwecji i z Anglii. Cudownie było poznać te wszystkie osoby, które do tej pory znałam tylko z komentarzy i blogów.

Każda z nas przyniosła ze sobą jedną lub więcej książek na wymianę, i dzięki temu moja biblioteczka odświeżyła się trochę. Sama położyłam na stole do wymiany 12 książek z czego 6 mojego autorstwa i bardzo byłam miło zaskoczona, kiedy podchodząc kolejny raz do stołu, na którym miałyśmy poukładane książki zauważyłam, że te moje zostały zabrane. Mam taką cichą nadzieję, że osoby, które wzięły moje książki do przeczytanie napiszą o nich kilka słów, żebym wiedziała czy się podobały, czy nie.

spotkanie blogerek1

Literacki Sopot przygotował dla nas torby z upominkami, w których oprócz pamiątkowych drobiazgów, każda z nas otrzymała po dwie książki Wydawnictwa EGMONT. Dla tych, którzy mają dzieci w wieku przedszkolno-wczesnoszkolnym również były książeczki (o Basi).

 spotkanie blogerek2  spotkanie blogerek3

W trakcie spotkania powiedziałam kilka słów o mojej najnowszej książce i ogłosiłam wyniki Konkursu. Wspólnie z Jury, po długich i trochę niezgodnych ze sobą obradach wybrałyśmy osoby, których komentarze nam się najbardziej podobały. Na spotkaniu wręczyłam  "Lawendę" trzem uczestniczkom, które wzięły udział w konkursie, ale ponieważ nie mogłyśmy jednogłośnie ustalić zwyciężczyń, ja - jako autorka postanowiłam przekazać 4 książki. Tak właściwie, to podobały mi się wszystkie komentarze, ale niestety tylu książek nawet nie posiadam w danej chwili aby nagrodzić każdą.

Zwyciężczynie konkursu  to:

Opty2

"A może nad morze bo, tu jest niesamowita atmosfera do czytania książek, tu udają się wszystkie spotkania:)
A poza tym tu przyjeżdża Bookfa, tu mieszkają Ewfor, Felicja i ja. No i znajdzcie kogoś , kto nie lubi tu bywać, bo ja takiego nie znam, wiec same widzicie (recenzentki), że przyjazd nad morze - to jest to! "

Nastoletniajaninka

"A może nad morze, bo tam możemy wmieszać się w tłum plażowiczów i zgubić naszą codzienność. Która zawsze nam boleśnie depcze po piętach. A gdy zacznie nas szukać to damy susa w morze i zanurzymy się w nim głęboko do chwili aż,morskie fale zmyją nasze ślady na piasku. Będzie to ucieczka doskonała i widok niezapomniany. Bo zobaczymy naszą codzienność w innej odsłonie, czyli zdezorientowaną zagubioną i niemogącą nas dopaść. Gdy tak będzie stała ta nasza szara codzienność zdezorientowana i zagubiona to bezradnie opadną jej ręce, w których ma zawsze nasz bagaż zmartwień i trosk. Z pewnością natychmiast znajdą się jakieś dzieci, które chcące zrobić psikusa zakopią ten bagaż w piasku robiąc olbrzymią fortecę. Czyli nie ma cudów bagażu szybko się nie znajdzie. Tak zdecydowanie nad morze, aby na chwilę zniknąć z oczu naszej codzienności i nazbierać sił na cały rok do następnego wyjazdu nad morze. "

Dofifi

"A może nad morze, bo oto lato... -
i nic lepszego, trafić się nam nie może,
jak zjazd blogerek w świetnym humorze :)"

Kwiatusia

"A może nad morze, bo tam czuję się wspaniale!
Woda, plaża, słońce, statki, piękne widoki -
oznacza błogie leniuchowanie, opalanie, pływanie i czytanie
bez morza to by było nieudane to urlopowanie! "


Opty2, Nastoletniajaninka i Dofifi odebrały swoje książki na spotkaniu, a Kwiatusię proszę o kontakt na maila, abym mogła wysłać książkę.

Jeszcze raz bardzo dziękuję wszystkim, którzy wzięli udział w moim konkursie i już zapraszam na kolejny konkurs, ale to pewnie dopiero za jakiś czas.

Wracając jednak do spotkania, wprawdzie pogoda trochę nam spłatała figla i zamiast siedzieć na plaży, wdychać jod i delektować się widokiem morza, siedziałyśmy wewnątrz Zatoki Sztuki. Na konsumpcję i napoje dostałyśmy rabat i każdy zamawiał sobie to na co miał ochotę. Nasze organizatorki naprawdę zaszalały i ZA TO IM W IMIENIU WŁASNYM I MYŚLĘ, ŻE WSZYSTKICH UCZESTNICZEK SPOTKANIA TAKŻE, DZIĘKUJĘ.

Mam nadzieję, że za rok spotkamy się znowu w jeszcze większym gronie zarówno pań jak i panów, bo w tym roku mieliśmy tylko jednego przedstawiciela płci męskiej. Czy panowie nie czytają książek?

poniedziałek, 08 lipca 2013

Moje drogie czytelniczki - blogowiczki, KONKURS WAKACYJNY pachnący lawendą, został zakończony. Teraz JURY zastanawia się komu przyznać książki.

Co do jednej uczestniczki, wszystkie trzy, czyli ja i pozostałe dwie blogerki-jurorki jesteśmy zgodne, ale nie chciałabym zdradzać do której, ponieważ, gdyby zaistniała taka możliwość, że ta osoba będzie na lipcowym spotkaniu w Sopocie, to chciałybyśmy właśnie TAM to ogłosić.

Dyskutujemy jeszcze nad dwoma pozostałymi, ponieważ, tak jak napisałam w swoim wpisie o konkursie, mam zamiar przeznaczyć dwie, a może nawet trzy książki.

Bardzo proszę o uzbrojenie się w cierpliwość i poczekanie do soboty 13-go lipca, (jeżeli uczestniczki będą na spotkaniu), albo do niedzieli 14-go lipca (to informacja dla tych osób, których nie będzie w Sopocie) .

W każdym bądź razie BARDZO SERDECZNIE DZIĘKUJĘ wszystkim uczestniczkom konkursu, i mam nadzieję, że osoby, które wygrają przeczytają książkę z zainteresowaniem.

Ponieważ jednak należę do osób, które nie potrafią jednoznacznie określić się za kimś, przygotowałam małe książki-niespodzianki, dla tych osób, które wzięły udział w konkursie, a nie wygrały. Mam nadzieję, że usatysfakcjonują niewygranie "LAWENDY" :)

książka i morze

sobota, 06 lipca 2013

Książka przywędrowała do mnie jako upominek za konkurs rocznicowy u Kasi, która prowadzi blog Moja Pasieka. Początkowo nie pamiętałam od kogo książkę otrzymałam, ale Kasia na szczęście przypomniała mi. Co to oznacza "młody umysł":)

wędówka książki

  Dziwię się, że Kasia, która ją do mnie wysłała pozbyła się jej, bo ja z czystą przyjemnością zatrzymałabym ją w swojej biblioteczce, aby kiedyś jeszcze do niej wrócić. Niemniej jednak będę starała się aby jak najwięcej osób z grona moich znajomych ją przeczytało.

Chevy Stevens

Niewiele znalazłam informacji o kanadyjskiej autorce CHEVY STEVENS. Pisarka urodzona w 1973 roku dorastała na farmie, na wyspie Vancouver i nadal mieszka na terenie wyspy. Przez większość swojego dorosłego życia pracowała w sprzedaży, najpierw jako przedstawiciel upominków firm, a następnie jako agentka nieruchomości. Na akcjach otwartych domów, czekając na potencjalnych nabywców, spędziła wiele godzin wyobrażając sobie straszne rzeczach, które mogą się z nią stać. Jej najbardziej przerażający scenariusz, który rozpoczął się od uprowadzenia, był inspiracją dla jednej z jej książek.  

Chevy Stevens lubi pisać thrillery, które pozwalają jej na połączenie jej dynamicznych zainteresowań  z rodziną, a szczególnie mężem, z jej miłością życia zachodniego wybrzeża. Kiedy nie pisze następnej książce, lubi przebywać w miejscowych górach na  campingu i razem z mężem i córką pływać na kajakach.

still missing       jak kamień w wodę

Świat Książki rok 2011

stron 367

Książka JAK KAMIEŃ W WODĘ, której tytuł oryginału brzmi STILL MISSING, to typowy thriller, który w momencie kiedy zacznie się czytać, nie pozwala na odłożenie książki i zapomnienie o niej chociażby na chwilę. Czytelnik zatapiając się w kolejnych stronach myśli tylko o tym, aby dotrzeć do końca książki. Z Annie, czyli główną bohaterką i narratorką bardzo szybko można się zaprzyjaźnić, chociaż chwilami potrafi być bardzo denerwująca (mam tu na myśli jej całkiem uzasadnione zachowanie).

 Annie, młoda agentka nieruchomości pod koniec jednego dnia otwartego domu do sprzedaży, spotyka bardzo sympatycznego człowieka, zainteresowanego kupnem domu. Oprowadzając go po pomieszczeniach nie zdaje sobie sprawy z tego, że mężczyzna przyjechał do niej w zupełnie innym celu. Młody człowiek, przystawiając jej pistolet do szyi uprowadza ją do pustej chaty w górach, gdzie próbuje jej wmówić, że zrobił to tylko i wyłącznie dla jej dobra. „Świr” jak go nazywa Annie, więzi ją wyznaczając swoje reguły, i brutalnie egzekwując wręcz więzienne punkty własnego regulaminu korzystania z wszystkiego, nawet z toalety. Kilkanaście miesięcy spędzonych z człowiekiem, który okazując pseudo uczucie miłości, będącym jednocześnie brutalnym psychopatą doprowadza kobietę do skrajnej wytrzymałości. Tragedia, która jest następstwem codziennych gwałtów budzi w niej jednak siłę i małymi kroczkami Annie uświadamia sobie, że musi zrobić wszystko, aby uwolnić się od tego człowieka. Będąc już na granicy wytrzymałości psychicznej wykorzystuje okazję i… uwalnia się od swojego oprawcy.

Powrót do normalności, nie jest jednak taki prosty jakby się mogło wydawać. kobieta dręczona wspomnieniami nie potrafi sobie znaleźć miejsca wśród przyjaciół i rodziny, a jedyną osobą, którą darzy jako takim zaufaniem jest policjant prowadzący śledztwo.

Zakończenie książki jest tak zaskakujące, że trudno mi było uwierzyć w to, kto doprowadził do tego koszmaru.

 Książka trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej strony. Napisana w większej części monologicznie, gdzie każdy rozdział jest kolejną sesją u psychoterapeuty, tylko w niewielu miejscach zawiera przytaczane przez Annie dialogi. Czyta się tak, jakby czytało się pamiętnik tej kobiety, w którym zawarte są najdrobniejsze szczegóły brutalności, strachu, bezradności i nadziei.

 Polecam tę lekturę osobom o mocnych nerwach, lubiącym wątki kryminalne. Ten wspaniały thriller potrafi wyciągnąć z czytelnika najgłębsze empatyczne uczucia, podnieś poziom adrenaliny i zastanowić się nad tym, do czego może być zdolny człowiek.

 

 



sobota, 29 czerwca 2013

maria ulatowska2

Maria Ulatowska, to młoda stażem pisarka polska, o której pisałam już w swojej recenzji KAMIENICA PRZY KRUCZEJ. Książki pani Marii wpadły w moje ręce po raz pierwszy, kiedy to postanowiłam pójść na spotkanie autorskie organizowane w jednej z gdańskich bibliotek. Nie będę się rozpisywała na temat tej pisarki, bo kto zechce, to przeczyta sobie na wcześniejszym wpisie.

pensjonat sosnówka

Pensjonat Sosnówka, to trzecia z książek pani Ulatowskiej, która trafiła w moje ręce. Zresztą przyznam szczerze, że na specjalne moje zamówienie, ponieważ delikatnie podsunęłam moim dzieciom "co ewentualnie mogłyby mi sprezentować z okazji Dnia Matki".

Wszystkie książki Mari Ulatowskiej mają jedną cechę wspólną - czyta się je szybko, łatwo i przyjemnie.

Pensjonat Sosnówka, to kontynuacja Sosnowego dziedzictwa, czyli losów Anny Towiańskiej, która odziedziczyła po rodzicach stary budynek na Kujawach, położony w przepięknej okolicy nad jeziorem w otoczeniu sosnowego lasu. Anna zakochała się w tym miejscu od chwili, kiedy je zobaczyła i postanowiła wyprowadzić się z Warszawy, gdzie dotychczas mieszkała i urządzić w tym bajecznie pięknym miejscu pensjonat, głównie dla zapalonych wędkarzy. Przy pomocy mieszkających w Towianach osób, i poleconej jej przez nowego przyjaciela brygadzie budowlanej braci Koniecznych, wyremontowała budynek i urządziła tak, aby każdy kto przyjedzie chociażby na krótki pobyt, był zadowolony. Jej marzenie się spełniło i Sosnówka, (tak właśnie nazwała swój pensjonat) cieszyła się dzięki rozreklamowaniu nie tylko przez przyjaciół i znajomych, ale także przez media sporym powodzeniem.

Anna dzięki swojemu urokowi osobistemu oraz odziedziczonej leśniczówce w której postanowiła zamieszkać, zyskała nie tylko wielu przyjaciół, ale nawet uczucie, które zaowocowało... tak właściwie to niech każdy zainteresowany przeczyta sobie o tym sam.

W książce poznajemy wielu ludzi i tak właściwie, patrząc na te osoby z perspektywy lektury, to nie ma wśród nich nikogo, kogo można by nie polubić. Nawet postaci negatywne przedstawione w powieści w jakiś sposób zdobywają jednak sympatię czytelnika.

Pensjonat Sosnówka, to tak właściwie "bajka nie tylko dla dorosłych", ponieważ czytając ją, czytelnik jak gdyby przenosi się do innego wymiaru człowieczeństwa, przenosi się tam, gdzie ludzie są dla wszystkich mili i życzliwi, a pojedyncze incydenty negatywne bardzo szybko zapadają w niepamięć. Czytając książkę prawie cały czas się uśmiechałam, ponieważ styl pisarski pani Ulatowskiej jest dość specyficzny i nawet kiedy pisze ona o sytuacjach tragicznych, czy mrocznych pisze to tak, że czytelnik wie, że "nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło", Przyznam szczerze, że kilka razy ze wzruszenia zakręciła mi się łezka w oku, ale to taka moja nadwrażliwa natura.

Autorka pisze bardzo lekko, często wplatając w fabułę powieści humorystyczne wątki, co powoduje, że chyba właśnie dlatego książka jest rodzajem relaksu pozbawionego surowego napięcia typowego dla pozycji kryminalnych czy sensacyjnych. To książka dla osób, które po ciężkim dniu pracy chcą odprężyć się i na chwilę zapomnieć o zmaganiach codzienności.

Mogłabym polecić tę książkę, zarówno nastolatkom, jak i paniom w "moim wieku". Myślę, że niejeden pan również miałby z tej lektury czystą przyjemność, ponieważ pani Maria bardzo fachowo przedstawiła w niej wiedzę na temat studiów informatycznych, chorobie czy wędkarstwie.

Ale, żeby nie było tylko tak "och" i "ach", mam pewne minusy, które odrobinę mnie "rozbroiły czytelniczo". Na przykład słownictwo typu " ...jutro Anna wyjeżdżała do Warszawy...", albo bardzo "dorosłe" słowa sześcioletniego Florka "...Chciała rozmawiać, ale ja jej nienawidzę!...Ona mnie zostawiła, Ona mnie nie chciała. Ja dla niej nic nie znaczyłem. Ona mnie nie kochała, bo przecież nie można chyba zostawić dziecka, które się kocha..."

Jednym słowem, książka akurat na letnie dni. Ktoś, kto ma ochotę na chwilę przenieść się nad kujawskie jezioro, aby odpocząć z dala od dużego miasta powinien po tę lekturę sięgnąć.

LAWENDA już w rękach czytelniczek, więc postanowiłam wrócić do PŁACZU WILKA http://ksiazkiidy.blox.pl/2012/06/Placz-wilka-fragment.html , który zaczęłam pisać przed LAWENDĄ, która tak jakoś dziwnie mi zaprzątnęła umysł, że PŁACZ WILKA poszedł na chwilę "do szuflady". Wróciłam jednak do niego, ponieważ w moich myślach znów zakiełkował pomysł dalszej fabuły. Chciałabym w tym roku wydać dwie książki, LAWENDA już wydana, więc myślę że z tą drugą uporam się do końca roku.

Napisałam wprawdzie (przed LAWENDĄ) dopiero około 30 stron A4, ale myślę, że nadrobię to bardzo szybko, tylko że... mam na półce w pokoju tyle książek "do przeczytania" które dostałam albo w akcji "wędrująca książka", albo od moich podopiecznych, że kiedy patrzę na te pozycje, to już, już chciałabym je wszystkie przeczytać.

Mam trzy podopieczne, których mieszkania przypominają mini biblioteki (dlatego nie jestem zapisana do żadnej z bibliotek). Nie ma w nich tak właściwie żadnych nowości wydawniczych (bo panie mają lat 85+) , ale wiele tytułów dosłownie mnie przyciąga jak magnes. I tak, jak któraś z moich podopiecznych znajduje jakąś książkę, która ich zdaniem "powinna mnie zaciekawić", to daje mi (DAJE NIE POŻYCZA), a ja odkładam na półeczkę i obiecuję, że wkrótce przeczytam.

Lato to dla mnie nie jest zbyt dobry czas na czytanie książek, bo ciągle jest coś do zrobienia w ogrodzie, i kiedy tak po pracy wracam do domu, a tu jeszcze trzeba podlać coś w szklarni i powyrywać lub poprzycinać w ogrodzie, to na czytanie pozostaje tylko czas w łóżku. Niestety nie jest to odpowiedni czas, bo po niecałej godzince czytania, bez względu jak ciekawa jest książka, moje oczy zaczynają "strajk generalny" i koniec.

Zimą mam więcej czasu na książki, chociaż przy świetle lampy dużo gorzej się czyta niż przy naturalnym, ale cóż taka kolej rzeczy.

 

P.S. Pierwsza RECENZJA "Lawendy" już się ukazała i dodałam ją do mojej stronki "RECENZJE" w bocznej szpalcie bloga.

Lubię czytać
Artykuły




Spis moli