Książka stanowi cudowny przedmiot, dzięki któremu świat poczęty w umyśle pisarza przenika do umysłu czytelnika... Każda książka żyje tyle razy, ile razy została przeczytana.
niedziela, 27 maja 2012

moja wandziaSpotkało mnie w życiu coś pięknego

Gdyby kilka lat temu, ktoś powiedział mi, że zaprzyjaźnię się z osobą, która jest starsza od mojej mamy, to nie uwierzyłabym.

A jednak.

Poznałam ją w listopadzie 2008 roku i od pierwszego dnia poczułyśmy do siebie sympatię. Wiem, że to opatrzność nas do siebie zbliżyła. To przeznaczenie nas ze sobą złączyło. Wiem, że czekałyśmy na siebie, a teraz trudno nam jest się ze sobą rozstać.

Zaczęło się standardowo.

Kobieta 40+, dzieci już samodzielne, dorosłe. Mało płatna praca w niedużym zakładzie budżetowym, do tego stresująca. Powtarzające się stany depresyjne i czas po pracy, z którym tak właściwie nie wiedziałam, co zrobić.

Praca-dom, praca-dom, praca-dom i tak w kółko.

Postanowiłam zrobić coś z własnym życiem, bo nie potrafiłam sobie znaleźć w nim miejsca.

Zapisałam się na kurs dla wolontariuszy hospicjum. Niestety kilka dni przed rozpoczęciem kursu dostałam wysokiej gorączki - zapalenie płuc i szkolenie przepadło.  

Wyczytałam na stronie hospicjum, że jest wyznaczony drugi termin szkolenia, więc znowu się zapisałam, już widziałam siebie pracującą przy chorych, umierających ludziach w hospicjum i... znowu wysoka gorączka, nawrót choroby i ponownie ze szkolenia „nici”.

 Kiedy ponownie zadzwoniłam, żeby dowiedzieć się, kiedy będzie następne szkolenie, pani poinformowała mnie, że dopiero za pół roku, ponieważ takie szkolenia odbywają się tylko dwa razy w roku (przynajmniej w mieście, w którym mieszkam).

Nie ukrywam, że dotknęły mnie również problemy finansowe i zaczęłam szukać dodatkowej pracy na weekendy, aby trochę do pensyjki dorobić. W Internecie znalazłam ogłoszenie, że potrzebna pani do pomocy przy starszej osobie na wszystkie wolne od pracy dni, czyli soboty, niedziele i święta.

Zadzwoniłam, umówiłam się na spotkanie, pojechałam i tak zaczął się mój czas
z moją Wandzią.

Z kilku pań, które zgłosiły się do tej pracy ona wybrała mnie. Powiedziała, że wyglądałam jej na ciepłą, swojską kobitkę.

Kiedy ją poznałam skończyła właśnie 102 lata. Wesoła, pogodna staruszka, niezdająca sobie sprawy ze swojej starości.

Ze względu na jej wiek byłam pewna, że ta praca nie potrwa dłużej niż kilka miesięcy.

A to już trwa prawie cztery lata. Widzę zmiany w jej osobowości, widzę zmiany
w jej ciele, widzę jak demencja często gości w jej umyśle. Ale cieszę się, że mogę do niej jeździć, opiekować się, pomagać jej i cieszyć się razem z nią, każdą chwilą.

Postanowiłam napisać o moim spotkaniu z nią dlatego, aby kiedyś wrócić do tych chwil spędzonych z tą niesamowitą osobą, aby pokazać że starość nie koniecznie musi być smutna, aby przedstawić osobę która mimo iż ma przeżyty wiek nie czuje tego, i często nie może sama uwierzyć w to ile ma lat.

Skończyła 100 lat a jeszcze marzy o miłości, jeszcze chciałaby wyjść za mąż, tęskni za seksem, za uczuciem miłości.

KIM JEST TA KOBIETA?

Urodziła się w Anglii. Z powodu choroby, jako dziecko opuściła ten kraj i przyjechała z rodzicami do Wilna, skąd pochodzili jej rodzice. Klimat angielski jej nie służył. Zaczęła chorować, więc rodzice zdecydowali się wyjechać z tego wilgotnego kraju,
i wrócili w swoje rodzinne strony.

Ojciec nie miał zamiaru pozostać w Wilnie na stałe, bardzo chciał wrócić do Anglii, ale mama ze względu na chorobę córki uparła się i zostali.

Rodzina była dość majętna, duży dom z ogrodem, osiem pokoi. Zatrudniali dziewczynę do opieki nad dziećmi, oraz panią do sprzątania i gotowania. Dziadek miał sad, z którego sprzedawał owoce, uprawiali również warzywa głównie dynie i szparagi.

Dzieciństwo było dla pani Wandzi dość trudne, ponieważ dużo chorowała, głównie na oczy. Jej najlepszą przyjaciółką była Tecia, dziewczyna, która przybyła do ich domu w wieku około 9 lat, kiedy ojciec zostawił ją u „Państwa” do pracy polegającej na opiece nad czwórką dzieci. Dziewczynki mimo różnicy wieku bardzo się zaprzyjaźniły, Tecia pozostała w domu pani Wandzi bardzo długo. Nawet, gdy już obie wyszły za mąż, nadal były razem.

Pierwszy mąż pani Wandzi w czasie wojny wyjechał do Anglii walcząc u boku generała Andersa. Czy to jest prawda nie wiem, bo wspomnienia pani Wandzi miały różne wersje często sprzeczne ze sobą i raz mi mówiła, że go rozstrzelali Niemcy (na jej oczach), innym razem, że wyjechał do Anglii i walczył pod dowództwem generała Andersa, a jeszcze innym razem, że musiał uciekać z kraju.

Tak właściwie to do końca nie wiem, co się z nim stało.

Kiedy wybuchła II wojna światowa i męża zabrali do wojska, ona pozostała w domu z babcią, matką, siostrami, i małym dzieckiem. Ojciec i dziadek też zostali zwerbowani do armii tak, że kobiety zostały same.

Wojna się skończyła, mąż nie wracał, uznano go za zmarłego. Młodą, samotną
i piękną kobietą zainteresował się pewien polski dżentelmen i w odpowiednim czasie pobrali się. Żyli ze sobą ponad 40 lat, niestety zmarł na serce i kobieta znów została sama.

Londyn, Wilno, Warszawa, Gdańsk to były miasta, które przewinęły się przez jej życie, najbardziej jednak z tych wszystkich miast wspomina Wilno, gdzie się wychowała, gdzie wyszła dwa razy za mąż, gdzie urodziła dziecko i gdzie była bardzo szczęśliwa mimo wojen, mimo zaboru rosyjskiego.

 Kiedyś chciałam ją sprawdzić jak wiele pamięta i zapytałam:

- To właściwie gdzie pani mieszkała, w Polsce czy w Rosji?

- W Polce oczywiście, to pani nie wie gdzie leży Wilno?, Przecież Wilno JEST
w Polsce! – Odpowiedziała z takim oburzeniem, że aż mnie zatkało.

Czasami zdarzają jej się takie chwile, kiedy mówi mi, że wraca do Wilna i czy odwiedzę ją tam. Tłumaczy mi wtedy jak dojść z dworca do jej domu, i że najlepiej jak wynajmę dorożkę, bo to trochę daleko.

Zapomina, że już od pięciu lat nie wychodzi z domu.

KAŻDY DZIEŃ JEST INNY

Kiedy przychodzę do nie w sobotę, czy w niedzielę rano (pracuję u niej we wszystkie weekendy oraz wszystkie inne dni wolne od pracy) ona siedzi na swoim łóżku często w półdrzemce. Na mój widok (kiedy już rozpozna, że to ja) uśmiecha się
i mówi, że na mnie czeka. Siadam obok niej, jemy po ciasteczku i czasami pyta, co u mnie słychać a czasami od razu zaczyna mi coś opowiadać. Kiedy wejdzie w „trans” swoich opowieści i wspomnień to często nie mogę jej zmobilizować do tego by poszła ze mną do łazienki, aby się umyć.

W łazience ją myję, a ona cały czas mówi. Myję, perfumuję (tak (!)) po każdym myciu, muszę ją popryskać perfumami, bo ona chce (musi(!)) ładnie pachnieć, pomagam jej się ubrać i następnie idziemy do kuchni, gdzie przygotowuję dla nas obiad. Kiedy obiad się gotuje ja idę posprzątać jej mały pokoik, a ona w tym czasie smaruje sobie (sama) twarz kremem, tym samym od lat, kupowanym w aptece na specjalne zamówienie. Pościelenie jej łóżka i odkurzenie pokoju oraz sprzątnięcie go zajmuje mi niewiele czasu, ale czasami, kiedy wracam do kuchni ona siedzi na krześle
i drzemie.

W czasie obiadu wypijamy po kieliszeczku wiśniówki, lubi sobie od czasu do czasu wypić po „małym”. Mówi, że to jej dobrze robi na apetyt.

Opowiadała mi, że razem z mężem, zawsze do obiadu wypijali sobie jeden, dwa kieliszeczki wódki, taką mieli tradycję.

Po obiedzie idziemy do jej pokoju na herbatkę, i tak właściwie to już jest koniec mojej pracy i powinnam iść do domu, ale nie potrafię wyjść od niej od tak.

KONIEC PRACY i do domu?

Siadam z nią przy stole i wypijamy razem herbatkę i zjadamy po kilka ciasteczek. Rozmawiamy, a właściwie to ona mówi, a ja słucham.

Prowadzi swój monolog tak, jakby czytała książkę. Sama zadaje pytania i sama na nie odpowiada, oczywiście często powtarza te same zdania po kilka razy, ale już się do tego przyzwyczaiłam.

 Opowiada mi o Wilnie, o swojej młodości, o swoim życiu, o swoim małżeństwie,
o balach, na które chodziła razem z mężem – oficerem WP, o podróżach, o swojej pracy.

Często myli przeszłość z teraźniejszością, ale kiedy tak opowiada widać, że jest szczęśliwa. Chociaż wiem, że powinnam już iść do domu – zostaję,

jeszcze 5 minut,

jeszcze 20 minut,

jeszcze godzinkę.

TANECZNE WSPOMNIENIA

Są takie dni, kiedy przez te kilka godzin w pracy u pani Wandzi, śmiejemy się aż do bólu brzucha.

Ona wspomina, szczęśliwe i radosne dni w swoim życiu i opowiada o tym, co wesołego spotkało ją.

Z uśmiechem na twarzy i iskierką radości w oczach opowiada mi o balach, na które chodziła razem ze swoim mężem. Oczywiście były to bale wojskowe, bo jej mąż był oficerem. On sam nie lubił tańczyć i na tych balach przeważnie przesiadywał w innej sali grając w karty. Nie przeszkadzało mu jednak, a nawet był zadowolony
i dumny z tego, że jego żona jest „rozchwytywana” przez jego kolegów. Ona sama uwielbiała tańczyć i miała swoich ulubionych partnerów do tańca. Był na przykład jeden chorąży, z którym najlepiej tańczyło jej się mazura i właśnie tylko z nim tańczyła ten taniec.

Walca uwielbiała tańczyć z majorem, którego żona również nie bardzo przepadała za tańcem, ale nie była zazdrosna o to, że jej mąż tańczy z inną. Była wręcz dumna
z tego, że jej mąż tak pięknie tańczy i tak pięknie wygląda w parze z tą kobietą.

Kiedyś poprosił ją do tańca jakiś bardzo wysoką rangą wojskowy. Był brzydki jak „kupa śmieci” (tak go określiła), toporny jak „kulawy osioł” (to też jej słowa), ale nie wypadało mu odmówić, żeby mąż nie miał potem z tego powodu przykrości. Zatańczyła, więc i jak to sama określiła, był to pierwszy i ostatni taniec z nim, bo po tym jednym tańcu bolały ją wszystkie kości. Jej nowiutkie czółenka zostały „sponiewierane” przez jego gigantycznych rozmiarów buty, a w psychice została wielka czarna pamięć tego felernego tańca. Towarzysz taneczny, pocił się jakby go ktoś polał „pomyjami” i wyglądał, jak „żaba, która wyskoczyła z bajora”. Jego zapach przypominał zapach „onucy żołnierza wracającego z wojny”.

Czasami zastanawiam się skąd u niej biorą się te wszystkie określenia. Kiedy jednak je wypowiada z taką dziwną ironią w głosie to nie potrafię się nie uśmiechnąć.

NAHAJKA

Któregoś dnia przyszłam do pani Wandzi, weszłam do jej pokoju, patrzę a ona siedzi zapłakana na łóżku. Usiadłam obok niej i zapytałam:

- Co się stało?

 Pani Wandzia spojrzała na mnie mokrymi od łez oczyma i odpowiedziała:

- Kim pani jest? Ja nie będę z nikim rozmawiać. Ktoś wszystko „kabluje” babci.

- Babci? Czyjej babci ? – Zapytałam zdezorientowana.

- No przecież mojej babci – odpowiedziała pani Wandzia i dodała - ktoś wszystko, co ja powiem powtarza babci, a babcia potem bije mnie nahajką. Widzi pani? Tam wisi nahajka koło drzwi i ja już nie mogę tego znieść. Mam całe ciało pobite do krwi aż mi skóra popękała i mam bardzo bolące rany.

Starłam chusteczką jej łzy na policzku i chciałam ją objąć i przytulić, ale skuliła się
i znów głośno zapłakała.

- Niech pani mnie nie dotyka, ja mam na plecach same rany nie widzi pani tej krwi na mojej koszuli?

Popatrzyłam na jej koszulę i delikatnie pogładziłam jej plecy. Tak ledwo wyczuwalnie żeby znów nie zaczęła płakać. Niczego nie zauważyłam. Pomyślałam, że zaraz pójdziemy do łazienki, żeby tak jak zawsze dokładnie ją umyć. Pani Wandzia będzie rozebrana, to dokładnie obejrzę jej plecy. Może gdzieś się uderzyła i teraz bolące miejsce kojarzy jej się z biciem.

Postanowiłam wyciągnąć ją jakoś z tego świata, w którym właśnie się znajdowała i zapytałam:

- A co dziadek na to, że babcia panią bije, dziadek nie staje w pani obronie?

- Dziadek, dziadek! Siedzi tylko w tym swoim sadzie na drzewie i mówi „czego ty od tej dziewczyny chcesz, przecież ona ci nic nie zrobiła”.

- A mama też nie staje w pani obronie?

- Mama sama boi się babci. Jak babcia się zdenerwuje to i mama dostanie nahajką tak, że aż krew leci.

Ta sytuacja trochę mnie zaskoczyła, bo do tej pory pani Wandzia wspominała babcię i dziadka przedstawiając ich w samych superlatywach. Była ulubienicą dziadka, ale o babci też nigdy nie mówiła niczego złego.

Postanowiłam skończyć z tym smutnym wspomnieniem, delikatnie objęłam panią Wandzię i przytuliłam.

- Tak właściwie to nie miałam tego mówić, ale babcia wyjechała.

Spojrzała na mnie zaskoczona.

- Wyjechała? A dziadek?

- Dziadek też wyjechał razem z babcią – odpowiedziałam.

- Wyjechali i nic mi nie powiedzieli? I kto się teraz będzie mną zajmował?

Rozpłakała się jak małe dziecko.

- Spokojnie pani Wandziu – szepnęłam - nie powiedzieli pani, bo nie chcieli żeby się pani martwiła, poprosili mnie żebym przyjechała do pani na kilka dni i się panią zaopiekowała, a nahajkę już zdejmuję i schowamy ją daleko pod tapczan, żeby je nie widzieć.

Popatrzyła na mnie zdziwiona, ale uśmiechnęła się.

- Bardzo się cieszę, że ze mną zostaniesz. Na pewno spędzimy czas wesoło.

Uspokoiłam się. Łzy przestały się lać z jej oczu, ręce przestały się trząść, wrócił do niej spokój.

Oczywiście w łazience bardzo dokładnie obejrzałam jej plecy i okazało się, że są czyściuteńkie i gładziuteńkie jak zawsze, cienka delikatna skóra nie miała nawet maleńkiego zadrapania ani siniaka.

UCIECZKA KSIĘDZA

Poranna toaleta zakończona, pokoik wysprzątany i wywietrzony, czas zabrać się do przygotowania obiadu. Siedzimy z panią Wandzią w kuchni i jak zawsze ona opowiada a ja słucham, gdy nagle rozbrzmiewa dzwonek u drzwi. Poszłam otworzyć a tu stoi… ksiądz. Na śmierć zapomniałam, że miał przyjść właśnie w tym dniu. Miesiąc temu osobiście mi o tym powiedział, ale cóż chyba skleroza lubi mnie. Wróciłam do kuchni i mówię:

- Pani Wandziu ma pani gościa

- A ten gość to płci męskiej czy żeńskiej? – Zapytała.

- Płci męskiej.

Z przedpokoju dolatuje do mnie śmiech księdza.

- To, co? Idziemy do pokoju?

- No to idziemy, bo przecież gościa w kuchni nie wypada przyjmować – wzruszyła ramionami.

Pomalutku, opierając się na swoim balkoniku pani Wandzia idzie do swojego pokoju. W połowie kuchni nagle zatrzymuje się i przywołuje mnie ruchem ręki.

- Pani zobaczy, czy mi się nos za bardzo nie świeci, może trzeba trochę przypudrować?

Słyszę jak ksiądz śmieje się ze słów, które wypowiedziała.

- Wszystko O.K., wygląda pani ślicznie a nosek jak u panienki – zapewniam panią Wandzię, żeby nie czuła zdenerwowania.

W pokoju podchodzi do swojego gościa i widzę jak uśmiech zaczyna rozjaśniać jej twarz.

- O mój księżulek kochany, dawno księdza widziałam. Co słychać u księdza?

Kiedy ksiądz przychodzi ja wychodzę z pokoju, żeby pani Wandzia mogła sobie spokojnie porozmawiać, czasami po cichutku śmieję się z tej ich rozmowy, bo ona nie wszystko dobrze rozumie  i czasami ksiądz pyta ją o coś innego a ona odpowiada mu zupełnie na inny temat.

Pomodlili się, ksiądz zaśpiewał pieśń „Chwalcie łąki umajone” i pomalutku zaczął się z nią żegnać. Niestety wyjść od pani Wandzi wcale nie jest tak łatwo, bo ona będzie robiła wszystko, żeby zatrzymać gościa jeszcze przez jakiś czas.

- Ale jeszcze ciasteczkiem ksiądz się nie poczęstował – sprawdza ręką stół, ponieważ prawie nie widzi i stara się dotykiem upewnić czy postawiłam na stole razem z obrazkiem Matki Bożej, świeczki i zapałki talerzyk z ciastkami. Siedzę w kuchni
i przysłuchuję się ich rozmowie.

- Dziękuję bardzo, już się poczęstowałem – zapewnił duchowny.

- No to jeszcze jedno ciasteczko.

- Dobrze, ale już ostatnie, bo muszę już iść.

- A może ksiądz wypije kielicha?

(śmiech)

- Nie, nie! Dziękuję muszę jeszcze odwiedzić kilka osób chorych.

- I racja, bo od wódki rozum krótki i nieodwracalne mogą być tego skutki – mówi pani Wandzia prawie szeptem, ale że jest osobą niedosłyszącą brzmi to dość głośno.

Ksiądz śmieje się.

 – A co ksiądz myśli, że ja go upiję i coś mu zrobię? Ja już za stara na to jestem.

(znowu śmiech księdza)

- Pani Wando, bardzo miło rozmawia się z panią, ale ja już naprawdę muszę iść.

Powolutku duchowny wycofuje się w stronę drzwi, kiedy jest już prawie w korytarzu z pokoju pani Wandzi dochodzi do nas jej głos z nutką ironii w głosie.

- Co tam będzie taki przystojny facet gadał z taką staruchą, spieszy się do innej, młodszej, przecież ksiądz to tylko facet tyle że chodzi w sukience, ale taki sam facet jak inni.

Na korytarzu ksiądz żegnając się ze mną powiedział z wielkim rozbawieniem, że do takich SENIORÓW osób to aż miło przychodzić, człowiek pożartuje, pośmieje się nie tak jak u innych smutnych i schorowanych starszych osób, ale sam na sam to on nie chciałby z nią zostać.

więcej na http://wydaje.pl/e/moja-wandzia2

środa, 23 maja 2012

ROZDZIAŁ 1

Tego roku czerwiec był wyjątkowo upalny. Pod koniec miesiąca, kiedy zaczął się już okres urlopowy, plaże były zapełnione turystami, ale jej nie przeszkadzał ten tłok. Idąc wolno w stronę molo, myślała
o swoim życiu, które nie było przecież takie złe. Ile jest kobiet na świecie, które marzą o takim właśnie życiu. Ale ona nie marzyła. Ona cały czas oczekiwała od życia czegoś więcej. Egoistyczne pragnienie własnego szczęścia, wkrótce skończy się mrzonką. Czego oczekiwała? Chyba sama nie potrafiła tego zrozumieć.

Otworzyła torebkę i spojrzała na kupioną kilkanaście minut temu butelkę whisky Jack’a Daniels’a. Dotknęła jej i uśmiechnęła się. To będzie efektowne pożegnanie. Rozstanie się z wszystkimi tak jak chce i nikt jej tego nie zabroni.

Idąc wolnym krokiem w stronę molo, ciekawie spoglądała na bawiące się na plaży dzieci. Chłodna woda Bałtyku delikatnie pieściła jej stopy. W powietrzu unosił się zapach olejku do opalania, glonów
i potu. Widok molo zbliżał się. Oczami wyobraźni widziała siebie siedzącą na wilgotnych deskach, z nogami opuszczonymi w dół,
a przed sobą widok błękitnego morza.

Po raz kolejny otworzyła torebkę i wyjęła z niej fotografię. Spojrzała na zdjęcie i dotknęła palcem twarzy mężczyzny, potem twarzy małego chłopca o jasnych, kręconych włosach. Na końcu pogłaskała kciukiem twarz dziewczynki z cienkimi blond warkoczami.

- Jak one są podobne do ojca – pomyślała i schowała fotografię
z powrotem do torebki.

Nad głową usłyszała krzyk mewy. Popatrzyła w górę i odprowadziła ptaka wzrokiem tak daleko, aż zniknął z jej pola widzenia. Słońce wolno zaczęło zbliżać się do granicy nieba z morzem, przybierając kolor dojrzałego pomidora.

- Jutro znów będzie upalnie – pomyślała. – „Kiedy słońce krwawo wschodzi, w marynarzu bojaźń rodzi, kiedy czerwień o zachodzie, wie marynarz o pogodzie”– przypomniała sobie słowa, które kiedyś usłyszała od starego rybaka.

Plażowicze powolutku zaczęli opuszczać miejsce całodziennego pobytu. Coraz mniej osób uporczywie korzystało z ostatnich promieni słońca. Z czarnej torebki, którą miała przewieszoną przez ramię, zaczęła dobiegać melodyjka telefonu komórkowego. Spojrzała na numer i zignorowała połączenie. Wcisnęła czerwony przycisk wyłączający telefon i schowała aparat do kieszeni spodni.

Nareszcie molo. Dotarcie do niego plażą, zajęło jej ponad trzy godziny, ale warto było podjąć ten wysiłek. Taki długi spacer był jej potrzebny. Zwłaszcza dzisiaj, kiedy podjęła decyzję i przygotowała się, tak jak wcześniej to zaplanowała. Idąc po deskach molo, obserwowała ludzi siedzących na ławkach. Nieliczni, którzy jeszcze pozostali, delektowali się ostatnimi promieniami letniego słońca.

Szła, wolno stawiając kroki. Czuła się szczęśliwa. Przed oczami przesunęło się jej całe trzydziestokilkuletnie życie. Uśmiechnęła się do swoich wspomnień z dzieciństwa, z lat szalonego okresu studenckiego i swojego małżeństwa z Igorem.

Na końcu pomostu było już prawie pusto. Nieliczni, którzy jeszcze tak jak ona przebywali tutaj, to głównie zakochani chcący spędzić romantyczne chwile przy blasku zachodzącego słońca i szumu fal.

Usiadła na skraju mola i spojrzała na rozciągający się przed nią widok. Biała piana kołysząca się na falach i spokojny szum wody, delikatnie pieściły jej zmysły.

- Tu nie wolno siedzieć! – Usłyszała nad sobą ciepły, męski głos.

Odwróciła się i popatrzyła na stojącego za nią mężczyznę.

- Wiem. Przepraszam, ale ja tylko tak na chwilkę – przesłała mężczyźnie, jeden ze swoich najpiękniejszych uśmiechów. – Tu jest tak cudownie, nie robię przecież nic złego.

- To nie chodzi o to, że pani robi coś złego, ale chodzi o pani bezpieczeństwo! – Mężczyzna odpowiedział, wyraźnie zaniepokojony jej zachowaniem.

- Proszę się nie martwić, posiedzę kilka minut i odejdę – zapewniła nieznajomego pewnym głosem. – Poza tym bardzo dobrze pływam…, gdybym niechcący wpadła do wody.

- No dobrze, ale niech pani na siebie uważa, bo siedzenie na deskach, na takim skraju jest ryzykowne. Ufam pani i żegnam. Życzę miłego wieczoru.

To powiedziawszy mężczyzna ukłonił się jak dżentelmen i odszedł. Patrzyła za nim jak odchodzi wolnym i spokojnym krokiem.

- Jak to miło, że ktoś obcy się o mnie martwi – pomyślała. - Ale nie chcę, aby się o mnie martwili. To moje życie i sama mam zamiar
o nim decydować. Nie mogę pozwolić, aby moi najbliżsi żyli w poczuciu bezradności.

Wyciągnęła z torebki butelkę whisky i upiła duży łyk. Rozejrzała się dookoła i sprawdziła czy ktoś jej nie obserwuje. Zadowolona
z tego, że pozostali na molo spacerowicze są zajęci wyłącznie sobą, upiła kolejny.

- Cudownie patrzeć na tę wolność wody, płynie sobie jak chce
i nie ma żadnych problemów – powiedziała sama do siebie.

Upiła następny łyk i otwierając po raz kolejny torebkę wyjęła małą buteleczkę z tabletkami.

- „Oxazepam” - przeczytała napis na buteleczce. - Pani doktor powiedziała, że mi pomogą – uśmiechnęła się do siebie. – Nie zdawała sobie chyba nawet sprawy z tego, jak bardzo pomogą. Wysypała na rękę wszystkie tabletki, spojrzała na nie i po raz kolejny uśmiechnęła się. Włożyła do ust całą zawartość, jaka znajdowała się na jej dłoni i szybko popiła bursztynowym płynem z butelki.

- Ciekawe, kiedy zacznie działać? – Pomyślała i upiła kolejny łyk.

Siedziała delektując się szumem morza i malowniczym szaro-błękitem nieba. Popatrzyła na zakupioną i opróżnioną już prawie do połowy butelkę i poczuła, że alkohol w towarzystwie leków pomalutku zaczyna działać. W jej głowie myśli uruchomiły taniec, połączenia napoju i tabletek.

Zaczęły się zawroty głowy, ale morze nadal wyglądało zjawiskowo. Nad głową usłyszała krzyk mewy. Zerknęła na ptaka, który chwilę krążył nad nią, a następnie zaczął oddalać się w stronę horyzontu. Na deskach molo, około dwóch metrów od niej usiadła rybitwa
i przyglądała się jej z zaciekawieniem.

- Cześć mała? Chcesz trochę? Podzielę się z tobą, ale ptaszki chyba nie piją whisky? – Powiedziała do ptaka, który patrzył na nią tak jakby chciał jej odpowiedzieć.

Upiła kolejny łyk i krzyknęła:

- Na zdrowie Lauro!

Nieliczni ludzie siedzący na ławkach popatrzyli w jej stronę, ale nikt specjalnie nie zainteresował się samotną kobietą, siedząca na brzegu mola.

ROZDZIAŁ 2

Maurycy, jak każdego wieczoru wypłynął łodzią w morze, aby
w ciszy i spokoju pożeglować spokojnie przy zachodzie słońca. To było jego największą przyjemnością i rozrywką odkąd przeszedł na emeryturę. Choroba jego żony, chwilami doprowadzała go do szaleństwa, ale nie miał w sobie tyle siły, aby oddać ją do zakładu. Kochał ją cały czas tak samo jak sześćdziesiąt lat temu. Ciągle była piękna mimo wieku i mimo choroby, która zawładnęła jej ciałem
i umysłem.

Przepływając wzdłuż plaży, powolutku zaczął zbliżać się w okolice mola. Latarnie romantycznie oświetlały ten kawałek „drewnianego lądu”. O tej porze niewielu już było wczasowiczów, chociaż pogoda sprzyjała spacerom. Podpływając do molo zauważył kobietę siedzącą na krawędzi drewnianego podłoża mola, jednej z wielu atrakcji tej małej, nadbałtyckiej miejscowości. Złapał lornetkę i zaczął obserwować. Kobieta wyglądała na pijaną. Rozmawiała sama ze sobą i co chwilę pociągała łyk z butelki, którą chowała do torebki, starając się ukryć ją przed oczami innych.

- Zwariowana turystka! – Pomyślał ze złością, ale nie potrafił oderwać od niej oczu.

Kobieta, nie zdawała sobie sprawy z tego, że ktoś ją obserwuje. Popijała „ostro” i rozmawiała z rybitwą, która odważnie przystanęła
w jej pobliżu.

Młoda, piękna i najprawdopodobniej z problemem. Przekonana, że alkohol go rozwiąże. Zatrzymał łódź w miejscu, w którym doskonale widział i słyszał nieznajomą. Odłożył lornetkę i zaczął obserwować kobietę z narastającym niepokojem.

Upiła kolejny, chyba ostatni łyk i wrzuciła butelkę do wody, głośno się przy tym śmiejąc.

- Koniec! – Usłyszał dźwięczny, melodyjny głos. – Adios! Żegnaj Lauro. Jutra nie będzie. Pozostaniesz wolna!

Spróbowała wstać, ale zachwiała się. Zakryła twarz dłońmi i zaczęła głośno szlochać

- Wybaczcie mi – powiedziała. – Nie mogę wam tego zrobić, musicie żyć radosne, a nie w bezsilności i rozpaczy. Kocham was. – Wyjęła z torebki kawałek papieru, przytuliła do twarzy i schowała pod bluzką w okolicy serca.

Po tych słowach wstała i chwiejąc się wskoczyła do wody.

 * * *

Powieki były ciężkie jak z ołowiu. Kiedy próbowała otworzyć oczy, wszystko wokół wirowało, a głowa była jak „zaminowana”. Każdy ruch mógł spowodować jej wybuch. Oddychanie sprawiało wielki ból, jak gdyby na klatce piersiowej ktoś położył ogromny kamień. Przełykając ślinę czuła coś w rodzaju, przyczepionych do jej gardła tysięcy rozżarzonych węgli. Leżała starając się nie otwierać oczu. Ciszę, jaka ją otaczała od jakiegoś czasu przerywał wesoły świergot wróbla.

- To niemożliwe – pomyślała. – W piekle nie ma ptaków, a na niebo sobie nie zasłużyłam.

Usłyszała odgłos otwieranych drzwi, za którym „wszedł” przyjemny zapach smażonego boczku i jajek. Poczuła mdłości. Bojąc się otworzyć oczu pomyślała, że to tyko złudzenie. Ktoś postawił coś obok niej, a zapach, jaki docierał do jej zmysłów zaczynał się niebezpiecznie zbliżać. Doświadczyła dziwnego ucisku w żołądku. Z środka brzucha coś gwałtownie chciało wydostać się na zewnątrz. Otworzyła oczy i spojrzała w stronę, z której dochodził zapach. Na stoliku obok łóżka stała taca, a na niej znajdowały się kubek z parującym kakao oraz talerz z jajecznicą i dwoma pachnącymi bułkami.

Popatrzyła w stronę, dochodzącego do niej światła i zobaczyła nad sobą opaloną twarz starszego mężczyzny.

- Obudziłaś się wreszcie – powiedział uśmiechając się do niej. – Przyniosłem ci śniadanie. Mam nadzieję, że dziś jesteś głodna. Smacznego. Wrócę za jakiś czas i zabiorę naczynia.

Mężczyzna pogłaskał ją po dłoni i wyszedł z pomieszczenia

- Jezu, gdzie ja jestem!? Przecież nie mogłam trafić do nieba za to, co zrobiłam, bo zrobiłam coś złego – pomyślała.

Rozejrzała się dookoła. Przez okno wpadały wesołe promienie słońca. Leżała w łóżku, w czystej pachnącej pościeli. Ściany pokoju były w kolorze pistacji, a na drewnianej podłodze leżał beżowo-brązowy dywan. W jednym rogu znajdowała się trzydrzwiowa, stara szafa na ubrania a w drugim, toaletka z dużym lustrem. Na stoliku przy łóżku stał wazon z świeżymi daliami i talerz z pachnącą jajecznicą, kubek z parującym napojem i szklanka soku pomarańczowego, oraz butelka wody mineralnej. Na dużym wiklinowym fotelu, stojącym pod oknem leżały jakieś ubrania. Przyjrzała się im i od razu stwierdziła, że nie należą do niej. Spojrzała na siebie i dopiero teraz zauważyła, że na sobie ma zielony męski podkoszulek, pod którym nie było nic, żadnej bielizny. Zamiast majtek miała założony pampers jak u małego dziecka Odruchowo pociągnęła materiał zakrywając intymne części swojego ciała i ciaśniej owinęła się lekką kołdrą, którą była przykryta.

Usiadła na łóżku i zabrała się do jedzenia. Smakowało, chociaż żołądek próbował stawiać opór i chciał zaraz wszystko oddać z powrotem. W głowie cały czas czuła wielkie kołatanie, ale narastający głód zwyciężył nad bólem głowy.

- Co jest? Co się dzieje? Gdzie ja jestem? Kim jest ten facet? – Próbowała odtworzyć w pamięci ostatnie chwile. – Byłam na molo, piłam whisky, bo chciałam… O nie!  To nie może być prawdą! On nie mógł tego zrobić, ja przecież miałam wszystko zaplanowane do ostatniej sekundy – zakryła dłońmi twarz i rozpłakała się. – To nieprawda, to tylko moja wyobraźnia, ja nie chcę… Jutra nie ma!

Uszczypnęła się w nogę. Zabolało jak diabli. Wstała z łóżka
i chwiejnym krokiem podeszła do lustra. Kobieta, która patrzyła na nią z drugiej strony wyglądała jak zombie. Szara na twarzy, a luźno opadające na ramiona włosy przypominały zmoczone siano. Pod lewym okiem na policzku, widniał duży fioletowy siniak, a ciemne plamy pod oczami tylko dodawały upiorności. Wróciła do łóżka, schowała głowę pod kołdrę i rozpłakała się.

Drzwi pomieszczenia otworzyły się i usłyszała głos mężczyzny, który przyniósł jej tacę z napojami i jedzeniem.

- Zjadłaś. To cudownie! – Mężczyzna odchylił kołdrę i popatrzył na nią z uśmiechem. - Cokolwiek cię dręczy obiecuję, że ci pomogę.

Usiadł na brzegu łóżka i pogłaskał jej mokry policzek.

- Masz problem, a ja mam nadzieję, że pozwolisz sobie pomóc. – Spojrzał w jej zdziwione, zielone oczy. – Może jestem stary, ale nie mogłem patrzeć na to jak skaczesz do wody. Nie mogłem pozwolić ci… domyślam się, co chciałaś zrobić… - mężczyzna ściszył głos do szeptu. - Wiem też, że dobrze zrobiłem ratując cię. Mam nadzieję, że opowiesz mi kiedyś o tym, co ci leży na sercu.

Dotknął jej drżącej dłoni i wyszedł.

- Dlaczego?! Dlaczego?! Dlaczego?! – Krzyczała w myślach.

Położyła się w pozycji embrionalnej i zaczęła głośno szlochać. Płacz zmęczył ją tak bardzo, że zasnęła. Kiedy ponownie obudziła się pokój zalewała ciemność tylko przez okno wdzierał się delikatny blask księżyca. Firanka lekko falowała, co świadczyło o tym, że okno jest uchylone.

Usiadła na łóżku i głęboko wciągnęła świeże, nocne powietrze zmieszane z zapachem lipy i lawendy. Pomyślała o mężu i dzieciach, których zostawiła uciekając na drugi koniec Polski. Za kilka dni wrócą z wakacji i znajdą na stoliku w kuchni list, który napisała, aby uchronić ich przed cierpieniem, przed bezradnością, przed rozpaczą. Dobrze wiedziała, że Igor nie uwierzy w to, co napisała. Będzie jej szukał, ale pisząc ten list łudziła się, że nigdy jej nie odnajdzie. Wszystkie swoje dokumenty schowała w bankowej skrytce, aby nie można było zidentyfikować ciała. Jedyne, co miała przy sobie to nowy telefon komórkowy, ale ten po zetknięciu z wodą nie powinien dawać szansy na identyfikację człowieka. Miała także zdjęcie, które pod wpływem wody, nie powinno być czytelne.

Wstała i podeszła do okna. Otworzyła je na całą szerokość i usiadła na parapecie z myślą opuszczenia pokoju. Poczuła się jednak zbyt słaba i postanowiła poczekać, aż dojdzie do siebie i nabierze sił.      

Wróciła do łóżka i wsunęła się pod kołdrę. Przytuliła twarz do poduszki i zamknęła oczy. Zasnęła.



czwartek, 17 maja 2012

 Książka napisana i kilkakrotnie przeczytana przez autora. Błędy poprawione po raz kolejny nie tylko przez samego autora ale również przez osoby zaprzyjaźnione, które zgodziły się przeczytać tekst i nanieść korekty.

Graficznie wszystko przygotowane, okładka też (pomógł znajomy, lub sam autor przygotował korzystając ze swojej wyobraźni i wykorzystał do tego jakieś zdjęcie) i co dalej?

Autor ma dwie możliwości.

  • Znajduje w internecie adresy znanych wydawnictw, które wydają książki własnym kosztem (Pruszyński i s-ka, Zysk i s-ka, Wydawnictwo Amber, Wydawnictwo Literackie, Wydawnictwo Muza), robi kilka kopii swojego dzieła, zanosi na pocztę i wysyła (oczywiście listem poleconym, żeby dzieło nie zaginęło gdzieś po drodze).

Inwestuje w papier, w tusz do drukarki, w znaczki i czeka cierpliwie na to, aż któreś z wydawnictw odkryje jego talent.

Czeka miesiąc, drugi, trzeci... aż wreszcie dostaje w swojej poczcie elektronicznej mail od jednego z wydawnictw. Serce mu skacze z radości do momentu zanim nie przeczyta treści listu, który standardowo brzmi tak.

Szanowna Pani/Panie XXXX

 Pragnę Panią/Pana poinformować, iż nasz zespół recenzyjny zapoznał się z przesłaną przez Panią/Pana propozycją wydawniczą. Niestety, nie jesteśmy zainteresowani jej wydaniem, niemniej bardzo dziękujemy za przesłanie jej do naszego Wydawnictwa.

 Gorąco pozdrawiam i życzę dalszej, owocnej pracy twórczej.

 To może być jedyny list, ponieważ wydawnictwa nie mają obowiązku poinformowania autora o odrzuceniu jego tekstu.

  • Znajduje tanią drukarnię i drukuje swoje dzieło sam.

Jedna z moich książek, która została uznana przez wydawnictwa, jako mało interesująca sprzedaje się jak przysłowiowe „ciepłe bułeczki” bez żadnej reklamy, bez billboardów.

Znalazłam w internecie tanią drukarnię i eksperymentalnie, własnym kosztem wydrukowałam 25 szt. Powysyłałam do znajomych maile z informacją, że ukazała się moja kolejna książka i jeżeli ktoś jest zainteresowany zakupem to proszę o kontakt. W ciągu dwóch dni dostałam zamówienia na 25 szt (a nie mam wielu znajomych), a w ciągu dwóch miesięcy poproszono mnie o kolejne egzemplarze, i tak w ciągu około 4 miesięcy rozeszło się prawie 100 moich książek. Bez księgarni, bez reklamy, bez wydawnictwa jedynie wśród znajomych i znajomych tych znajomych itd.

To dużo, czy mało?

Dla mnie to bardzo dużo, ponieważ przez wydawnictwa moja książka została potraktowana, jako mało interesująca. Nie chcieli jej wydawać, bo:

  1. Nie mam znanego nazwiska i nie jestem osobą publiczną (jak np. pani Danusia Wałęsa)
  2. Nie mogę sobie pozwolić na reklamę billboardową (jak np. pani M. Kalicińska)
  3. Nie mam dorobku pisarskiego
  4. Nie mam ani znajomego, ani krewnego w branży pisarsko-wydawniczej (jak np. pani…)

Nie każdy wie, że tak znani pisarze jak Mark Twain, Lewis Carroll, George Bernard Shaw czy Erich von Daniken właśnie sami finansowali swoje pierwsze dzieła, zanim zauważono ich talent. Światowej sławy autorka Joanna Kathleen Rowling , która zdobyła milony czytelników kilkanaście razy musiała przełknąć gorycz odmowy druku swojej pierwszej książki o Harrym Potterze.

Podsumowując dzisiejszy wpis, nie zraziłam się i nie schowała tekstu do szuflady, bo ktoś uznał moje dzieło za nic nie warte.  Uważam, że jest tyle sposobów dotarcia do potencjalnego czytelnika, że warto spróbować wszystkiego. Nie liczę na sławę, ani na wielkie pieniądze, chcę tylko pochwalić się tym co lubię robić, a jeżeli sprawi to komuś radość to jestem usatysfakcjonowana w stu procentach.

A satysfakcja z tego co się robi to już krok do sukcesu.

środa, 16 maja 2012

Okładka3.jpgTak właściwie to nie wiem, dlaczego taki właśnie temat nasunął mi się do głowy.Choroby towarzyszą mi od bardzo dawna.  Tak w skrócie:

"Laura jest młodą kobietą, szczęśliwą mężatką i matką dwójki dzieci. Niestety diagnoza lekarska burzy spokój jej wygodnego życia. Aby nie obarczać swoich najbliższych cierpieniem spowodowanym chorobą, postanawia odejść od rodziny. Nie potrafi pogodzić się z myślą o śmierci, która może nastąpić po długich latach cierpienia. Od chwili usłyszenia diagnozy walczy nie tylko z chorobą, ale również ze strachem przed tym, – co będzie dalej. Wyjeżdża do małej nadmorskiej miejscowości gdzie próbuje popełnić samobójstwo. Dzięki staremu rybakowi Maurycemu nie udaje jej się zrealizować swojego planu. Poznaje grupę ludzi, którzy napełniając nadzieją, postanawiają jej pomóc. W prywatnej klinice, prowadzonej przez grono przyjaciół, a zarazem lekarzy różnych specjalności Laura decyduje się zawalczyć o życie."

Pisałam ją i razem z moją bohaterką przeżywałam (jeszcze raz) to co ona czuła. Napisałam w nawiasie "jeszcze raz", bo sama prawie 20 lat temu byłam poważnie chora i walczyłam z nowotworem. W trakcie pisania przypominały mi się sytuacje jakie przeżywałam leżąc w szpitalu. Niewiele jednak pamiętam z tamtego okresu oprócz tego, że panicznie się bałam o los moich małych wtedy dzieci. Syn miał 8 lat a córka 2 lata. Nie wyobrażałam sobie sytuacji, że zostaną same ze swoim ojcem, który... No dobrze nie tym miałam pisać.

W trakcie pisania książki dowiedziałam się o chorobie nowotworowej, na którą zachorowała moja przyjaciółka, ale do końca nie wierzyłam, że ona może z tej choroby nie wyjść zwycięsko. Osoba tak pełna życia, optymizmu i wiary w dobro, nie mogłaby przecież przegrać z chorobą.

Jednak przegrała...,

zanim zdążyłam oddać książkę do drukarni.

wtorek, 15 maja 2012

- Michèl, nalej jej. Co tak stoisz jak słup?! – Starała się mówić neutralnym głosem, ale wyraźnie wyczuwałam w nim zakłopotanie.

Wypiliśmy po dwie filiżanki cytrynówki, czyli wody z kostkami lodu
i cytryną i pożegnaliśmy się z Mamon.

Wyszliśmy z kamienicy i w milczeniu szliśmy przed siebie uliczkami Montmartre. Dzielnica zabudowana była starymi kamienicami, ciągnącymi się wzdłuż krętych, ostro wznoszących się, brukowanych uliczek i wąskich przejść ze schodami. Wydawała się być zbudowana w innym charakterze niż reszta miasta. Michèl trzymał mnie za rękę i co chwilę spoglądał w moją stronę, z wyraźną troską. Nie wiedziałam, o czym myśli, ale widziałam, że martwi się.

- Czy coś się stało? – Zapytałam zaniepokojona tym jego milczeniem.

- Nie. Dlaczego pytasz?

- Widzę, że jesteś dziwnie tajemniczy.

Uśmiechnął się, ale w tym jego uśmiechu nie było nic z radości. Objął mnie ramieniem i głęboko spojrzał mi w oczy. W jego wzroku było coś intrygującego, coś tajemniczego, coś…, czego zaczęłam się bać. Czułam, że czymś się martwi. Mój niepokój, natychmiast odzwierciedlił się w moim ciele drżeniem warg i napływającymi do oczu łzami.

- Hej! Co się dzieje mała?

- Nic.

- Pewnie! W takim razie, dlaczego drżysz?

- Ja? Wydaje ci się.

- Może się boisz?

- Ja? Czego? – Przybrałam irytujący ton.

- Uczucia.

Poczułam jak przez całe moje ciało przechodzi miliony ciarek. W dole brzucha doznałam dziwnego bólu, a serce zaczęło mi walić jak kowalski młot.

- O czym ty mówisz? – Zapytałam, niby spokojnym, zdziwionym tonem.

- O uczuciu. O miłości – odpowiedział, patrząc na mnie tajemniczo. – Jeśli chodzi o mnie, to ja się boję. Czuję, że dzieje się ze mną coś dziwnego. Przyznam szczerze, że dawno takiego uczucia nie doświadczyłem.

- Michèl, przestań!

- Nie mogę. Nie mam zamiaru cię skrzywdzić i chcę, abyś o tym wiedziała. Obawiam się jednak, że mogę zrobić coś głupiego. Coś, czego potem będę żałował. – To powiedziawszy nachylił się i pocałował mnie w usta.

Myślałam, że eksploduję. Moje ciało zaczęło zachowywać się dziwnie. Pragnęłam go z całych sił i jednocześnie bałam się. Zrozumiałam, że powiedzenie „miłość od pierwszego wrażenia”, to szczera prawda. Właśnie doświadczałam tego na sobie i co gorsza, chyba z wzajemnością.

Oderwaliśmy nasze usta od siebie i w milczeniu dalej przemierzaliśmy okolice Montmartre. Zaślepiona tym, co czuję, nie zwracałam uwagi na piękno mijanych uliczek i kamienic.

- Jak już jesteśmy w tej okolicy, to powiem ci legendę tego wzgórza – Michèl starał się rozładować sytuację i jednocześnie zainteresować mnie czymś. - W trzecim wieku naszej ery, na wzgórzu Montmartre, zginął śmiercią męczeńską duchowny Dionizy. Poganie rozdrażnieni prowadzoną przez niego misją chrystianizacji postanowili ściąć mu głowę. Zgodnie
z legendą, święty Dionizy wziął swoją obciętą głowę w ręce i przeszedł
z nią jeszcze kilka kilometrów, przez cały czas modląc się. W miejscu, gdzie wreszcie dopadła go śmierć, zostało zbudowane opactwo, które przez stulecia pełniło miejsce pochówku większości królów Francji.

- Bardzo ciekawe jest to, co opowiadasz. Nie wiedziałam, że mój pobyt
w Paryżu będzie tak owocny w legendy.

- Staram się, abyś zobaczyła Paryż nie tylko z tej złej strony. Złodziei, kloszardów i żebraków.

- Wydaje mi się, że jak na drugi dzień pobytu mam bardzo dobre zdanie
o tym mieście, a zwłaszcza o mieszkających tu ludziach.

- Cieszę się – Michèl popatrzył na mnie tym swoim szelmowskim,
a zarazem męskim wzrokiem. – Mam nadzieję, że to także moja zasługa?

- Szczególnie twoja – odpowiedziałam przytulając się do niego.

ROZDZIAŁ 2

 

Michalina zauważyła łzy w oczach matki i postanowiła zakończyć wspominanie.

- Na dzisiaj koniec mamo. Jestem zmęczona, ale jutro mam wolne, więc możemy kontynuować.

- Masz rację. Co za dużo to nie zdrowo – Katarzyna uśmiechnęła się do córki. – Też czuję się zmęczona. Pomóż mi się położyć – poprosiła, chociaż dobrze wiedziała, że córka zrobi to bez jej sugestii.

Michalina pomogła mamie umyć się i kiedy Katarzyna przebrała się
w nocną koszulę oparła ją na swoim ramieniu i przeniosła z wózka inwalidzkiego do łóżka.

- Zostaw jeszcze na chwilę zapalone światło.

- Jak sobie życzysz mamo – odpowiedziała i wychodząc z pokoju matki wygasiła tylko górną lampę, zostawiając przy łóżku zapaloną starą, nocną lampkę w kształcie Wieży Eiffla.

Wiedziała, że nie zgasi tej lampki aż do świtu, bo nie będzie mogła zasnąć. Zawsze, kiedy wspominała swój pobyt w Paryżu, potem całą noc myślała o nim i o tych kilku upalnych dniach, które spędziła pierwszy raz sama, daleko od domu. Wśród obcych, którzy na ten właśnie czas, stali się dla niej kimś więcej niż rodziną. Znała swoją matkę na wylot i wiedziała, że od teraz kilka dni spędzą w zadumie i ciszy. Z pełną premedytacją prosiła ją o to, aby opowiedziała jej o ojcu, bo zdawała sobie sprawę z tego jak bardzo jest szczęśliwa wracając do tamtych dni.

Michalina już od dłuższego czasu myślała o tym, aby pojechać do Paryża i chociaż spróbować odszukać ojca, ale pozostawienie matki w takim stanie samej w domu, uniemożliwiało jej te plany. Katarzyna starała się być bardzo samodzielną, jednakże często w nocy budziła się z bólem i wtedy ona – córka pomagała jej go ukoić. Zasypiała wtedy w łóżku obok niej, i nuciła cichutko jej ulubione piosenki. Opiekowała się nią, bo pamiętała z dzieciństwa troskę, jaką mama przelewała na nią. Wypadek przekreślił wszystkie plany matki na przyszłość. Zamknął drogę do kariery, którą na pewno zrobiłaby, gdyby nie straciła władzy w nogach.

Od dziecka Katarzyna marzyła o tańcu w balecie. Chciała zostać zawodową tancerką i od najmłodszych lat, gdy tylko słyszała interesującą dla siebie muzykę, tańczyła. Nie zwracała uwagi na to gdzie jest, kiedy muzyka porywała jej nogi do pląsu. Potrafiła tańczyć w deszczu na parkowym trawniku, na plaży, na chodniku, w domu podczas sprzątania czy gotowania. Śmiały się wtedy głośno i były bardzo szczęśliwe.

Teraz taniec jest dla niej tylko wspomnieniem, tak jak te kilka dni spędzonych w Paryżu. Michalina znała te opowieści na pamięć, ale ciągle potrafiła ich słuchać z zainteresowaniem. Zamykała oczy i wyobrażała sobie osiemnastoletnią dziewczynę, biegającą wąskimi uliczkami tajemniczego miasta. Uwielbiała słuchać legend, jakie przekazywała jej wraz ze swoimi wspomnieniami. Żałowała tylko, że Katarzyna nie posiada żadnych fotografii z tamtych wakacji. Wiedziała dokładnie jak wygląda jej ojciec, ponieważ dzięki wspomnieniom mamy, znała każdy szczegół tego mężczyzny. Człowieka, który zostawił jej matce pamiątkę.

Michalina wiedziała również, że matka pisze pamiętnik. Zaczęła go pisać jeszcze długo przed wyjazdem do Paryża. Nigdy nie prosiła jej o to, aby pozwoliła go przeczytać, chociaż bardzo ciekawiło ją, o czym mama pisze.

Zmęczona udała się do łazienki i wzięła długą, gorącą kąpiel. Zanim weszła do swojego pokoju, zajrzała jeszcze do sypialni matki. Lampka przy łóżku nadal się paliła, mimo to Katarzyna spokojnie spała, uśmiechając się przez sen do swoich myśli.

Cichutko zamknęła za sobą drzwi i poszła do siebie. Położyła się na łóżku i długo rozmyślała o tym, jak potoczyłyby się jej losy, gdyby matka pozostała w Paryżu z jej ojcem. Czy mieszkaliby razem pod mostem na brzegu Sekwany, czy mieliby swoje małe, paryskie mieszkanko? Myśli coraz wolniej przepływały przez jej głowę, aż w pewnym momencie całkowicie odcięły ją od rzeczywistości. Zasnęła jak Katarzyna, z uśmiechem na ustach.

 



Lubię czytać
Artykuły




Spis moli