Książka stanowi cudowny przedmiot, dzięki któremu świat poczęty w umyśle pisarza przenika do umysłu czytelnika... Każda książka żyje tyle razy, ile razy została przeczytana.
piątek, 30 sierpnia 2013

Opowiadanie Gdańska Staruszka napisałam na konkurs Sztuki Czytania pt. Literacka podróż po Gdańsku. Tekst się Jury nie spodobał i nic nie wygrałam, ale przynajmniej mogę teraz zamieścić go na blogu.

Zainspirował mnie na tyle, że kto wie... może kiedyś powstanie książka pod tym tytułem, która będzie czymś w rodzaju "Pamiątki z Paryża" tylko, że fabuła znajdzie się w Gdańsku.

Gdańska Staruszka

Duża, granatowa walizka wystukiwała swój rytm na kamiennych płytach ulicy Długiej, a chłodny poranek owijał ją mgłą lipcowego świtu. Paweł ciągnął swoją walizkę od przystanku tramwajowego przy Bramie Wyżynnej i z mapą w dłoni kierował się w stronę domu, w którym - miał nadzieję, czekał na niego schorowany ojciec. Nie widział go od ponad dwudziestu lat, kiedy kochany tatuś zostawił wszystko i wyjechał za jakąś paniusią na drugi koniec Polski i zapomniał o tych, którzy kiedyś byli mu tak samo bliscy. List, który ktoś przysłał z informacją, że ojciec umiera, najpierw wywołał w nim złość, a potem sumienie jednak cofnęło go do lat wczesnego dzieciństwa, kiedy ten obcy mu już w tej chwili mężczyzna sadzał go na kolanach i opowiadał zabawne historie.

Mijając fontannę Neptuna ledwo zaszczycił ją swoim wzrokiem. Nie interesowały go cuda Gdańska, nienawidził tego miasta dlatego, że kiedyś, dawno temu zabrało mu ojca. Zbliżając się do Zielonej Bramy, pomyślał, że gdyby był tutaj w innym czasie i w innych okolicznościach, to ta najprawdopodobniej jedna z najstarszych bram wodnych Gdańska zrobiłaby na nim inne wrażenie. Wiedział, że była częścią Drogi Królewskiej, która przez Zielony Most, a potem przez Bramę Stągiewną, a następnie przez Długie Ogrody i Bramę Żuławską prowadziła na Elbląg i Królewiec. Ale czy to teraz ważne?

Na Zielonym Moście zatrzymał się przez chwilę i jeszcze raz popatrzył na mapę, na której zaznaczony był adres ojca. Zerknął na statki pasażerskie przy nabrzeżu i ruszył dalej w stronę ulicy Długie Ogrody. Angielska Grobla zaznaczona była, jako ulica równoległa. Obserwując budzące się po letniej nocy miasto doszedł do kolejnego mostu, który łączył Wyspę Spichrzów z Długimi Ogrodami. Przeszedł przez Bramę Stągiewną i obok baszty zatrzymał się ponownie w zadumie spoglądając na piękne jachty spokojnie falujące na Nowej Motławie.

- Już jestem prawie na miejscu – pomyślał i rześkim krokiem ruszył dalej, czując jak emocje zaczynają pokonywać zmęczenie po nocnej podróży.

Minął stary kościół i skręcił w ulicę Seredyńskiego, tak jak pokazywała mapa. W ciągu kilku minut znalazł się pod domem ojca. Wszedł po starych, drewnianych schodach na drugie piętro i zadzwonił do drzwi. Głucha cisza panująca na klatce schodowej spowodowała, że poczuł dziwny niepokój. Nacisnął guzik dzwonka ponownie i zaczął nasłuchiwać.

- Pana Henryka nie ma – za plecami usłyszał głos starszej kobiety.

Odwrócił się gwałtownie i zaskoczony popatrzył na niską, korpulentną panią w grubym niebieskim szlafroku, stojącą na progu mieszkania po przeciwnej stronie.

- A pan to kto? – zapytała mierząc go ciekawskim wzrokiem.

- Dzień dobry, przyjechałem do ojca. Nazywam się Paweł Pokala – uśmiechnął się do starszej pani i wyciągnął w jej stronę dłoń.

- Ojca? – kobieta zrobiła zaskoczoną minę. – Henryk miał syna? Nigdy o nim nie wspominał, ale proszę wejść do środka. – Kobieta szeroko otworzyła drzwi i gestem zaprosiła go do mieszkania.

Paweł spojrzał jeszcze raz na drzwi mieszkania swojego rodzica i posłusznie wszedł za starszą panią.

- Spóźnił się pan – powiedziała kobieta siadając na starym, dużym fotelu. – Henryk zmarł dwa dni temu, jutro jest pogrzeb.

Mężczyzna poczuł jak żal i złość zaczynają ze sobą konkurować. Przyglądając się pomarszczonej twarzy, na której wciąż widniały ślady dawnej wielkiej urody zauważył szklące się w dużych oczach łzy.

- Proszę, o to klucze do mieszkania pana ojca. Gdybyśmy wiedzieli, że Henryk ma rodzinę powiadomilibyśmy wcześniej. – Kobieta podała pęk kluczy i uśmiechnęła się przepraszająco. – Proszę iść i odpocząć, a później zapraszam pana na coś do jedzenia, bo zapewne pan zmęczony po podróży – zerknęła na dużą walizkę stojącą w przedpokoju.

Paweł kiwnął głową i poczuł, jak informacja o śmierci ojca i kilkanaście godzin spędzonych w nocnym pociągu, a przed tym kilka nieprzespanych nocy triumfują nad jego ciałem i umysłem.

- Dziękuję, ale nie chcę pani przeszkadzać.

Wstał i skierował się w stronę wyjścia.

- Pan mi nie przeszkadza - odpowiedziała kobieta. – Cieszę się, że pana poznałam, chociaż… - zamyśliła się – nie rozumiem, dlaczego Henryk nigdy o panu nie wspominał.

Mężczyzna wyszedł i zniknął za starymi drewnianymi drzwiami mieszkania ojca.

Obudził go dziwny dźwięk dobiegający jakby zza światów. Usiadł na kanapie i zaczął nasłuchiwać. Dźwięk dzwonka był tak natarczywy, że Paweł nabrał przekonania, iż zaraz rozsadzi mu głowę. Szybko wciągnął spodnie, które powiesił na krześle zanim postanowił się zdrzemnąć i poszedł do drzwi.`

- Odpoczął pan? - Na progu stała starsza pani i uśmiechała się do niego, smutnym aczkolwiek ciepłym uśmiechem.

- Tak, dziękuję – wydukał łapiąc się na tym, że dopiero teraz zorientował się gdzie jest.

- To dobrze, pomoże mi pan zrobić zakupy? – kobieta spojrzała na niego błagalnym wzrokiem.

- Oczywiście – odpowiedział, chociaż myślami był zupełnie innego zdania.

- To chodźmy – starsza pani złapała go za rękę i wyciągnęła na korytarz.

Szli dłuższą chwilę w milczeniu, mijając stare budynki śródmieścia Gdańska.

- Wie pan skąd się wzięła nazwa naszej ulicy – zapytała kobieta ciekawie spoglądając na swojego towarzysza.

- Nie, nie wiem.

- Nazwa ulicy wzięła się od kupców angielskich, którzy na początku XV wieku osiedli tutaj, tak właściwie ukrywając się, aby uniknąć wrogości gdańszczan. Kiedyś ta ulica była poza murami Głównego Miasta.

- A te mury to co? – Paweł wskazał na zgliszcza i ruiny jakiegoś budynku.

- To pod numerem 19 – odpowiedziała starsza pani. – Od 1894 roku mieścił się tutaj Zespół Rzeźni Miejskiej.

Kolejne minuty szli w milczeniu. Starsza pani starannie ukrywając ból i ciężar chodzenia szła obok młodego człowieka przyglądając się mu z zainteresowaniem.

Słońce stało już wysoko, a cienie drzew były bardzo krótkie.

- Muszę na chwilę usiąść – kobieta skierowała się w stronę ławki. – Niestety wiek ma swoje prawa i mankamenty.

Usiedli obok siebie i Paweł na chwilę stracił poczucie czasu. Dopiero dźwięk dzwonów wyrwał go z zamyślenia. Odwrócił głowę w stronę starego kościoła i zaciekawiony spojrzał na około czterdziestometrową wieżę górującą nad budynkami.

- To kościół świętej Barbary – usłyszał obok siebie dumny głos starszej pani. – A w jego wieży umieszczono trzy spiżowe dzwony, które są darem votum kapłanów diecezji magdeburskiej. Powstał o ile się nie mylę w 1387 roku i początkowo znajdował poza obrębem miejskim jako szpital dla zakaźnie chorych z kaplicą pod wezwaniem św. Barbary, określaną jako Barbara Capella. W Średniowieczu ta strefa Gdańska kojarzyła się z głównie z kościołem i szpitalem świętej Barbary. Do szpitalika, prócz podróżnych, przywożono cierpiących flisaków. Przy nim znajdowała się niewielka kapliczka, na miejscu której w latach trzydziestych XV w. wzniesiono solidną świątynię halową – kobieta mówiła spokojnym tonem dumnie spoglądając w stronę kościoła. - Przy kościele funkcjonowała szkoła i przytułek. Budynek wiele przeszedł, ale jest dumą tej dzielnicy. W 1499 roku doszczętnie spłonął, a pożary dopadały go jeszcze kilka razy w latach 1537 i 1545 o ile się nie mylę, ale został odbudowany i wzmocniony podporami. Po odbudowie większość gdańszczan, która przeszła na luteranizm doprowadziła do tego, że świątynię przekształcono na kościół luterański. W 1613 roku na wieży umieszczono zegar, który dodał jej swoistego uroku – kobieta po raz kolejny spojrzała w stronę starego kościoła. – Około 1746 albo 1747 roku, dokładnie nie pamiętam… Andreas Hildebrand, wybitny gdański organmistrz zbudował 39-głosowe organy, a w 1788 roku szkołę parafialną przy kościele przekształcono z łacińskiej na niemiecką.

- Dużo pani wie na temat tego kościoła – Paweł pokiwał z uznaniem.

- Oj tak, mój tata zaraził mnie historią Gdańska – starsza pani roześmiała się. – Jeżeli jednak pana to nie interesuje, to nic więcej nie powiem.

- Nie, nie! Proszę opowiadać, chętnie posłucham – zawołał młody mężczyzna i uśmiechnął się najpiękniej jak potrafił.

- No dobrze – kobieta poklepała go po dłoni. – W latach 1806 i 1807 w kościele znajdował się szpital wojskowy i magazyny.

- To znaczy podczas Powstania Wielkopolskiego i Kampanii Pomorskiej? – Paweł przerwał zadowolony z wiedzy, jaką zapamiętał z czasów studiów.

- Tak. Widzę, że odrobił pan zadanie domowe – kobieta uśmiechnęła się z uznaniem. – Jeszcze w styczniu 1807 roku Dąbrowski wydzielił ze swojej legii grupę dowodzoną przez pułkownika Garczyńskiego, który zajął Piłę, Wałcz i Wieleń. W tym samym czasie oddziały generała Michała Sokolnickiego zajęły Słupsk, a potem wzięły udział w oblężeniu Gdańska. W maju miasto skapitulowało – starsza pani głęboko westchnęła. – Ale wracając do kościoła, to niestety w 1945 roku w wyniku działań wojennych zawaliły się ściany szczytowe, górna kondygnacja wieży a także dachy, a razem z nimi większa część sklepień w północnych kaplicach i w arkadach oddzielających nawy. Zniszczeniu uległy również piękne i cenne organy. Pamiętam, jak w 1956 roku rozpoczęto odbudowę kościoła, a trzy lata później świątynię przejął kościół katolicki – kobieta zamyśliła się. – Dziesięć lat później parafia otrzymała ufundowane przez katolików niemieckich trzy spiżowe dzwony, które wcześniej przeznaczone były dla kościoła mariackiego.

- A organy? – zapytał Paweł.

- Dopiero w 1999 roku organmistrz Jerzy Kurecki z Koźmina zbudował nowe, ale już tylko 16-głosowe i mechaniczne, takie wie pan… piszczałkowe.

- A tam, co to jest za budowla – Paweł spojrzał w lewo.

- Tamto? – kobieta podążyła wzrokiem w kierunku, w który patrzył mężczyzna. – To zabytkowa Brama Żuławska, którą wzniesiono w 1628 roku, przynajmniej taka data znajduje się z przodu budowli od wschodniej strony, gdzie budowlę upiększają ozdoby i odnowiony Herb Gdańska. Jeszcze na przełomie XIX i XX wieku bramę otaczały wały ziemne.

- Solidna budowa – Paweł kiwnął głową z uznaniem.

- Tak, Brama zbudowana jest z cegły piaskowca – odpowiedziała starsza pani.

- Przyjemnie tutaj – mężczyzna wyciągnął nogi i wygodnie oparł się o tył ławki. – Bardzo przyjemna ulica.

- To dzielnica całego mojego życia – kobieta westchnęła głęboko. – Ta ulica, która teraz nazywa się Długie Ogrody była w latach od 1945 do 1989 częścią tamtej ulicy, Elbląskiej – wskazała dłonią poza Bramę Żuławską. Zanim ulica znalazła się w obrębie miejskich fortyfikacji, osiedlali się tu drobni rzemieślnicy reprezentujący profesje charakterystyczne dla miasta stoczniowo-portowego, a wśród nich dominowali powroźnicy. Bezpiecznie czuli się tu także rzemieślnicy odłączeni do cechu tak zwani partacze, wykonujący rzemiosło nielegalnie. Długie Ogrody, przez setki lat były dla handlarzy i rzemieślników miejscem doskonałych możliwości zbytu dla swoich usług i towaru. Wielkie targowisko, które było czynne w każdą środę i sobotę przetrwało aż do XIX. Kiedy zasypano głęboki kanał odwadniający tutejszy trakt, który wiódł w kierunku wschodnim, bardzo wypiękniało. Pod koniec XVIII wieku posadzono efektowne szyki drzew, wzdłuż których w okresie corocznego Jarmarku świętego Dominika ustawiano stragany – starsza pani na kilka chwil umilkła.

Paweł przyglądając się szpalerom drzew i dwujezdniowemu ciągowi z miejscami parkingowymi pośrodku również nie odzywał się.

- W latach 1751-1760 przy Długich Ogrodach wzniesiony został jedyny niegdyś w Gdańsku kompleks pałacowy, zaprojektowany przez włoskiego architekta, ale nazwiska nie znam – kontynuowała kobieta. - Polski magnat Jerzy Wandalim Mniszech miał tam swoją siedzibę, a odkupił ten kompleks od Mikołaja Wojciecha Weihera. Po wkroczeniu do miasta wojsk napoleońskich, urządzono tam komendę miasta. Przebywał w niej także w 1810 roku książę Józef Poniatowski, był gościem Jeana Rappa, ówczesnego ministra wojny Księstwa Warszawskiego. Niestety pałac w 1906 roku rozebrano, ale w gdańskim Muzeum Narodowym zachowały się zdobiące niegdyś bramę wjazdową rzeźby wykonane przez Johanna Heinricha Meissnera.

- Wie pani, że jeszcze kilka godzin temu myślałem, że nienawidzę tego miasta, ale dzięki pani chyba je pokochałem – Paweł popatrzył na starszą panią z uznaniem. – Jak ma pani na imię? – zapytał odważnie spoglądając w duże zielone oczy, okolone siateczką zmarszczek.

- Jadwiga.

- Piękne imię, takie staropolskie.

- Tak, jak królowa, żona Władysława Jagiełły – kobieta roześmiała się. – No dobrze odpoczęliśmy to możemy iść dalej.

Starsza pani wolno podniosła się i skierowała w stronę hipermarketu Biedronka.

- Pani Jadwigo, czy dałaby się pani zaprosić na obiad?

- Ja? Na obiad? – starsza pani przystanęła i zaskoczona zerknęła na towarzyszącego jej mężczyznę.

- Chciałbym, aby opowiedziała mi pani jeszcze coś nieco o Gdańsku, a nad Motławą widziałem sporo restauracyjek. Proszę. – Paweł zrobił błagalną minę i uśmiechnął się.

- Skoro pan nalega…

- Cudownie, w takim razie kierujemy się nad Motławę.

Paweł uśmiechnął się do starszej pani i wolnym krokiem podążył za nią. Kiedy przechodzili przez most prowadzący do ulicy Długiej kobieta zatrzymała się.

- Tam po lewej jest pierwsza brama wodna, Brama Krowia, przez nią przechodzę na ulicę Ogarną do mojej siostry – starsza pani wskazała dłonią w kierunku niewielkiej budowli. - Dawno temu przez tę bramę przepędzano bydło na Wyspę Spichrzów, przeznaczone na rzeź, ale była ona również przejściem dla groźnych psów, które nocą strzegły właśnie Wyspy Spichrzów oraz spichlerzy przed złodziejami lub innymi oprychami. O Bramie Zielonej chyba nie muszę panu mówić, bo z pewnością zna pan jej historię.

- Tyle, o ile… – Paweł zaczerwienił się.

- Czego to was w tych szkołach uczyli? – kobieta uśmiechnęła się na widok zażenowania na twarzy swojego towarzysza. - Ta brama była reprezentacyjną, chociaż dawno temu zamiast niej stała tutaj Brama Kogi, która nazwę swoją zawdzięczała średniowiecznemu statkowi pływającemu między innymi po wodach Bałtyku. Koga to była nazwa tego statku. Rozebrano jednak tę bramę, a także Most Kogi… zaraz…, zaraz – starsza pani zamyśliła się – gdzieś chyba ze 450 lat temu, i w tym miejscu zbudowano Bramę Zieloną i postawiono ten most na którym stoimy, to znaczy Most Zielony. Wie pan dlaczego nazywa się „zielony”?

- Nie mam pojęcia – Paweł rozejrzał się ciekawie dookoła.

- Ponieważ na jego budowę użyto kamienia o zielonkawym kolorze. Łączył on tak samo jak Most Krowi miasto z Wyspą Spichrzów, po której niestety pozostały tylko te ruiny. Ale wracając do Bramy Zielonej, miała ona służyć jako mieszkanie dla królów polskich w danym okresie przebywających w Gdańsku, dlatego ozdobiono ją herbami, posągami i wykuto przejścia. Tam na piętrze urządzano uroczystości i piękne bale – kobieta westchnęła z nutą rozmarzenia. – Teraz gdańskie Muzeum Narodowe organizuje tam wystawy. Jak znajdzie pan czas to proszę iść i zobaczyć, znajdują się tam ciekawe zabytki sztuki i kultury.

- Na pewno skorzystam z pani rady.

- Lubię spacerować tu, po Długim Pobrzeżu, chociaż latem są tutaj tłumy. Kiedyś był tu port dawnego miasta, do którego przybijały statki z towarami z różnych stron Europy. Wszędzie tu kwitł handel. – kobieta rozejrzała się dookoła. - Spacerowali tędy liczni obcokrajowcy, prawie tak jak teraz – starsza pani roześmiała się. – A to Brama Chlebnicka – wskazała na starą bramę zamykającą ulicę Chlebnicką. – Tam w miejscach, gdzie teraz są okna były, kiedyś otwory strzelnicze, natomiast w zwieńczeniu łuku bramnego znajduje się herb Gdańska z dwoma krzyżami, bez korony, a od strony ulicy ozdabia ją płyta z motywem lilii.

Paweł rozglądał się zaciekawiony i nie mógł wyjść z podziwu nad wyjątkową wiedzą i pamięcią starszej pani.

- Powinna pani uczyć historii, tak pięknie pani opowiada.

Kobieta uniosła kąciki ust w skromnym uśmiechu.

- Następna to Brama Mariacka, która zamyka piękną ulicę Mariacką – starsza pani powróciła do przedstawiania zabytków miasta. - Ona też jest ozdobiona herbami. Widzi pan te trzy herby: Polski, Prus Królewskich i Gdańska?

Paweł uniósł głowę i zaczął przyglądać się. Zauważył, że herb Gdańska posiada koronę.

- Zastanawia się pan nad koroną? – kobieta jakby czytała w jego myślach. – Ta brama powstała po 1457 roku, kiedy to król Kazimierz Jagiellończyk nadał koronę gdańskiemu herbowi. Przejdźmy przez nią, zobaczy pan jeszcze inny herb.

Mężczyzna posłusznie poszedł za swoją przewodniczką. Od strony ulicy zauważył kolejny herb, którego tarczę herbową trzymają lwy.

- To jedno z najwcześniejszych tego typu przedstawień gdańskiego herbu. – powiedziała starsza pani. - Dziś w bramie, a także kamienicy przy ulicy Mariackiej 26 znajduje się Muzeum Archeologiczne w Gdańsku.

Wrócili na Długie Pobrzeże i kobieta skierowała się w stronę kolejnej bramy.

- To jest Brama św. Ducha, która zamyka ulicę o tej samej nazwie.  Wie pan, że na ulicy św. Ducha w kamienicy pod żółwiem, mieszkała mama filozofa Artura Schopenhauera, Joanna Schopenhauer, poetka i powieściopisarka? Ta brama, podobnie jak i Brama Krowia dzisiaj spełnia funkcje mieszkalne. Tej budowli chyba nie muszę panu opisywać? – starsza pani wskazała dłonią na charakterystyczną sylwetkę gdańskiego Żurawia.

Paweł zrobił minę, która rozbawiła staruszkę do łez.

-  Żuraw służył Gdańszczanom jako główny miejski dźwig: rozładowywał towary i osadzał maszty na statkach – powiedziała kierując się w stronę murka na którym miała ochotę na chwilę przysiąść. -  On także był i jest do tej pory bramą wodną, która zamyka ulicę Szeroką. W środkowej, drewnianej części znajdują się główne urządzenia dźwigowe. Dźwig był poruszany pracą ludzkich mięśni. Robotnicy chodzący wewnątrz Żurawia wprawiali w ruch dwie pary kół drewnianych, co sprawiało, że unoszono towary ważące nawet 4 tony. Tam, za Żurawiem jest Brama Świętojańska, nie mam w tej chwili siły, aby z panem do niej podejść, ale swoim wyglądem bardzo przypomina bramy: Krowią i Św. Ducha.

Kobieta wyjęła z torebki butelkę z wodą i upiła spory łyk. Paweł zauważył w jej ruchach typowe dla starszego wieku zmęczenie.

- A tam dalej za nimi znajduje się Brama Straganiarska, która podobna jest do Bramy Chlebnickiej i Bramy Mariackiej. Ją też od strony Motławy zdobią herby Polski, Prus Królewskich i Gdańska. jako ciekawostkę powiem panu, że kiedyś mieszkał w niej polski aktor  Zbyszek Cybulski. Jak pan chce niech pan sam pójdzie, ja muszę trochę odpocząć.

Paweł spojrzał zakłopotany na zmęczoną, pooraną zmarszczkami twarz i pokręcił głową.

- Zostanę z panią, a najchętniej to zaprowadziłbym panią do domu.

Kobieta uśmiechnęła się i podała mu swoją dłoń.

- Ma pan rację, wracajmy do domu. Z pewnością jeszcze nie raz będę miała okazję poopowiadać – wstała i mocno złapała ramię mężczyzny. Droga powrotna do domu okazała się dla starszej pani bardziej męcząca. Wiek, emocje, i zbliżający się pogrzeb człowieka, który zmarł będąc w wieku o wiele młodszym od niej sprawiły, że nie miała już nawet siły na wcześniej zaplanowane zakupy.

Poprosiła syna zmarłego sąsiada, aby sam poszedł do sklepu, co mężczyzna uczynił
z wielką przyjemnością, ponieważ ten krótki spacer po mieście, zbliżył go do tej sympatycznej staruszki. Kobieta sprawiła, że miasto, do którego do tej pory czuł nienawiść, z powodu tego, że zabrało mu ojca, nagle przyciągnęło go ciekawą historią, pięknymi widokami i szczerymi ludźmi.

Kilka dni po pogrzebie, idąc wieczorem Długim Pobrzeżem w kierunku dworca PKP, Paweł myślał, że chętnie przyjechałby do tego miasta na dłużej, aby przespacerować się uliczkami, po których chadzał ojciec, i poczuć to, co tak bardzo związało jego ojca z tym miastem.

Staruszka, która zaopiekowała się nim przez te kilka dni zaproponowała mu gościnę w razie, gdyby kiedyś wrócił w to miejsce, a to było dla niego już czymś w rodzaju początku powrotu do przeszłości.

wtorek, 27 sierpnia 2013

Czy podejmiecie rękawicę, którą rzucą Wam trzy pisarki?

   Marta Grzebuła 562214_437873402960653_420230649_n Ewa Formella

POMYSŁ AUTORKI – EWA BAUER

„Drodzy miłośnicy literatury wszelakiej!

Na blogach literackich bardzo popularne są wyzwania czytelnicze. Wiele osób bierze w nich udział dla samej satysfakcji wykonania wyzwania. A czy podejmiecie rękawicę, którą rzucą Wam trzy pisarki?
Ewa Bauer, Ewa Formella i Marta Łukomska- Grzebuła mają przyjemność ogłosić
Wyzwanie Czytelnicze pod hasłem „JUTRO”

A oto zasady wzięcia udziału w zabawie:

1/ Wyzwanie trwa od 1 września 2013 r. do 31 grudnia 2013 r.
2/ W ramach Wyzwania powinno się przeczytać jak największą liczbę książek, które w tytule zawierają słowo „JUTRO” (w dowolnych odmianach czy językach). Ilość nie ma znaczenia, ale daje satysfakcję 
1-4 dobrze!
5-7 świetnie!
8 i więcej – doskonale!
3/ Przyjmujący Wyzwanie winni zgłosić się w grupie WYZWANIE „JUTRO” na facebooku (jeśli ktoś nie posiada tam konta, powinien zgłosić się na book@ewabauer.pl) i tam wpisywać tytuły przeczytanych książek z podaniem kolejnego numeru przeczytanej książki
4/ Przyjmujący Wyzwanie zamieści na swoim blogu (jeśli go nie posiada, to na profilu facebook) informację o Wyzwaniu oraz linki do naszych stron autorskich:

Ewa Bauer

Marta Łukomska-Grzebuła

Ewa Formella

Niezależnie od satysfakcji, jaką daje ukończenie Wyzwania, mamy dla Was dodatkową atrakcję. Tym, którzy oprócz satysfakcji, mieliby ochotę na nagrodę, proponujemy konkurs:

Podejmujący Wyzwanie powinien napisać odpowiedź na pytanie, dlaczego autor przeczytanej przez niego książki dał taki właśnie tytuł (mile widziane odniesienia do treści książki) oraz przesłać tę odpowiedź na mail: book@ewabauer.pl. Można napisać na temat każdej przeczytanej w ramach wyzwania książki.

Na koniec każdego miesiąca trwania Wyzwania, spośród nadesłanych w danym miesiącu odpowiedzi wylosujemy jedną, która zostanie nagrodzona książką.

Po zakończeniu wyzwania opublikujemy informację, kto ile przeczytał książek (wraz z podaniem linków do blogów, jeśli ktoś sobie życzy) oraz wybrane (a może wszystkie) odpowiedzi konkursowe, a także ranking najbardziej popularnych pozycji.

Dlaczego taki temat Wyzwania? Bo tak się złożyło, że wszystkie trzy bardzo lubimy słowo „Jutro” , co widać w tytułach naszych powieści:

„Dzień, który nie miał jutra” – Marta Grzebuła
„Jutra nie będzie” – Ewa Formella
„W nadziei na lepsze jutro” i „Kruchość jutra” – Ewa Bauer

Nie martwcie się, to nie jedyne książki. Na Biblionetce jest 166 pozycji z tym słowem, na Lubimy czytać 104.

1278433_504039293010730_1479655209_n



Fleszarowa-Muskat2

O Stanisławie Fleszarowej-Muskat, naszej polskiej pisarce, która zdobyła sławę nie tylko na Wybrzeżu, pisałam już w jednym z moich wcześniejszych wpisów, dzieląc się spostrzeżeniami po przeczytanej książce Pod jednym dachem, pod jednym niebem

Nie będę więc powtarzała się, a kto ma ochotę przeczytać odrobinę z biografii tej pisarki niech zajrzy do wpisu wcześniejszego.

wizyta

Wydawnictwo Morskie rok 1991

stron 280

Wizyta jest kontynuacją trylogii o losach Magdaleny, którą poznałam w drugiej części pt. Przerwa na życie. Niestety nie udało mi się zdobyć pierwszej części "Pozwólcie nam krzyczeć", więc jeżeli ktoś z moich czytelników ma ją w swoim posiadaniu, a zechciałby mi wypożyczyć to byłabym wdzięczna.

Tym razem, Polka wraz ze swoim drugim mężem, francuskim dyplomatą Gastonem, którego poznała będąc w czasie II wojny na robotach w Niemczech postanawia w drodze do kurortu w Karlowych Warach odwiedzić niemieckie miasteczko Edelheim, aby zamknąć tym jakiś rozdział swojego życia. Podczas odwiedzin u przyjaciółki, której wiele zawdzięczali w czasie wojennego koszmaru, zarówno ona jak i jej poprzedni mąż Piotr, oraz obecny mąż Gaston, Magdalena spotyka człowieka, który przywołuje w jej myślach bolesne wspomnienia. Młody mężczyzna dodatkowo wplątany jest w walkę jaką rozpoczął Adolf Hitler ponad dwadzieścia lat wstecz. Magdalena chcąc ratować młodego człowieka przed popełnieniem kolejnych nieprzemyślanych kroków, posuwa się do czegoś, co nie tyle wstrząśnie całym miasteczkiem, ale zawiśnie również nad przyjaźnią z jego matką a nią.

Równolegle do tego, co robią Magdalena i Gaston, w miasteczku dochodzi do faszystowskich wręcz napadów na grupę Włochów pracujących w miejscowym browarze, którego właścicielką jest piękna, młoda dziedziczka.

Książka, jak wszystkie dzieła tej autorki z pozoru leniwie rozpoczynającą się fabułą zaczyna wciągać czytelnika kolejnymi wątkami i sytuacjami, jakie następują po sobie.

Mimo tego, że ani w pierwszej części tej trylogii ani w tej nie obdarzyłam głównej bohaterkę sympatią, jej losy i jej zachowania bardzo mnie zaintrygowały.

Czytałam tę lekturę z dumą, a jednocześnie z ciekawością. Tak realistycznie opisane sytuacje nie często można znaleźć. Prosty, a zarazem przemyślany język jakim pisze autorka sam w sobie często skłaniał mnie do intonacji w myślach słów wypowiadanych przez bohaterów.

Zdaję sobie sprawę z tego, że takich książek czyta się obecnie niewiele, przy tej ogromnej ilości wyboru, rzadko sięga się do literatury obyczajowej, jaką pisała Stanisława Fleszarowa, ale myślę, że każdy powinien chociaż raz w życiu zagłębić się w jej książkach.

Książka daje do myślenia, pozwala przeanalizować myśli, które mimo współczesności, mimo teraźniejszości, mimo powrotu do normalności często zalegają ciężkimi wspomnieniami spraw, które nie zostały do końca załatwione, a które powinno się dokończyć, bez względu na konsekwencje.

 

 



sobota, 24 sierpnia 2013

Książka, pyszna herbata z cytryną i ciepłe promienie słońca przyjemnie pieszczące moje ciało, to dla mnie jedyny wypoczynek. Być może inni lubią spędzać czas na bardziej zorganizowanych czynnościach, ale mnie wystarczy ta odrobina luksusu i czuję się jak w niebie.

Po ciężkim tygodniu pracy czego bardziej mogę pragnąć?

lato z książką

piątek, 23 sierpnia 2013

Hanna Cygler

Hanna Cygler urodziła się w 1960 roku w Gdańsku. Jest polską pisarką, która zadebiutowała  w 2003 roku powieścią „3 razyR” nakładem Wydawnictwa Cztery Strony Świata, chociaż pisać zaczęła dużo wcześniej, bo już w roku 1985 (powieść „Tryb warunkowy”) Jest nie tylko pisarką, ale również tłumaczką. Na Uniwersytecie Gdańskim ukończyła skandynawistykę. Od 1993 zajmuje się zawodowo tłumaczeniami z języka szwedzkiego i angielskiego. Prowadzi również własne biuro tłumaczeń i jest członkiem założycielem Bałtyckiego Stowarzyszenia Tłumaczy.

Jest jedną z pisarek, którą poznałam na spotkaniu w gdańskiej Bibliotece Manhattan na panelu Literackim DKK Kobiety Pióra i Pazura.

O książce W cudzym domu przeczytałam na którymś z blogów zanim jeszcze poznałam jej autorkę i wpisałam sobie ten tytuł do mojego notesiku w zakładce „warto przeczytać” i udało się.

w cudzym domu

Dom Wydawniczy REBIS rok 2013

stron 359

Luiza, młoda dziewczyna, mieszkająca razem z matką w Paryżu, wychowanka szkoły prowadzonej przez siostry zakonne, po powrocie do domu, po zakończeniu nauki, dowiaduje się, że mama postanowiła wydać ją za mąż, za człowieka, który kilka dni wcześniej wywołał u dziewczyny wielki strach. Przypadkowo odkrywa również tajemnicę, długoletniego kłamstwa jakim mama „karmiła” ją od wczesnych lat dzieciństwa twierdząc, że jej ojciec nie żyje. Listy, które dziewczyna znajduje w pokoju matki potwierdzają fakt, że drugi rodzic jednak nie zmarł, ale mieszka w Polsce. Dzięki pomocy chłopca z sąsiedztwa Luiza postanawia uciec z domu, szczególnie uciec przed niechcianym małżeństwem. Przypadek sprawia, że wsiada nie do tego pociągu co powinna i w końcu jej podróż kończy się w Warszawie, gdzie Luiza odnajduje dom ojca.

Nie wszystko jednak układa się tak, jak to sobie dziewczyna wyobrażała i przebywając w Polsce, najpierw zamieszkuje w Brwinowie jako nauczycielka, gdzie zaprzyjaźnia się nie tylko z najstarszą z córek państwa Lubeckich, ale również z dwoma przyjaciółmi młodego pana, którzy mają wpływ na późniejsze jej losy.

Równolegle do przygód Luizy toczą się w książce losy młodego mężczyzny– Joachima, mieszkańca Gdańska, który zostaje posądzony o konspirację i zesłany na Syberię.

Trochę to pogmatwałam, ale nie chcę dokładnie streszczać książki, bo nie o to mi chodzi.

Fabuła toczy się w różnych miejscach na świecie, zaczyna się od Gdańska i Paryża w roku 1880, potem Syberia, na Warszawie kończąc.

Historyczne tło w bardzo ciekawy sposób przedstawione przez autorkę, dodaje tej powieści tajemniczości i powoduje niedosyt czytelniczy (to takie moje osobiste określenie). Trzeba przyznać, że wiedza, jaką posiada Hanna Cygler, o przed i po zaborach, o sytuacji Polaków na świecie, o czasach, które opisuje w swojej książce nie jest wyssana z palca, ale poparta historycznymi faktami.

Na końcu książki autorka napisała: Ciąg dalszy może kiedyś nastąpi. Przyznam szczerze, że chętnie przeczytałabym o dalszych losach Luizy, Joachima, Rosie i innych bohaterów tej książki.

Na widok okładki, pomyślałam sobie, że jest to książka w rodzaju Jane Eyre, może trochę jest w niej twórczości Charlotte Bronte, ale jest w niej przede wszystkim „polskie spojrzenie na tamtą rzeczywistość”. Interesująca narracja, wprowadza czytelnika powoli w tamten świat, zarówno obłudny, jak i przepełniony kurtuazjami.

Nie mogę stwierdzić, że jest to lekka lektura na lato, ale z pewnością mogę powiedzieć, że jest to ciekawa lektura i polecam ją.

Warto przeczytać.

 



Lubię czytać
Artykuły




Spis moli