Książka stanowi cudowny przedmiot, dzięki któremu świat poczęty w umyśle pisarza przenika do umysłu czytelnika... Każda książka żyje tyle razy, ile razy została przeczytana.
niedziela, 13 maja 2012

- Mamo… opowiedz mi o Paryżu i o moim ojcu.

Dwudziesto-jedno letnia dziewczyna położyła głowę na ramieniu kobiety siedzącej na inwalidzkim fotelu obok kanapy.

- Oj Michalinko! Tyle razy już ci opowiadałam - odpowiedziała kobieta z udawanym oburzeniem. - Wydaje mi się, że jesteś już trochę za stara na te wspominki. - Pogłaskała dziewczynę po ręce i uśmiechnęła się.

- Mamo, proszę! Jeszcze tylko ten jeden raz! Tak lubię słuchać o tobie i Michèl’u - błagalny głos dziewczyny sprawił, że kobieta myślami wróciła do kilku dni, spędzonych ponad dwadzieścia lat temu w Paryżu.

- Wykorzystujesz mnie - odchyliła głowę do tyłu i spojrzała na obraz wiszący na ścianie, przedstawiający Paryż i bukinistów na brzegu Sekwany.   - Wiesz, że z przyjemnością wracam do tamtych chwil, dlatego uważasz, że mogę o tym mówić cały czas?

Dziewczyna uśmiechnęła się do matki i pocałowała ją w policzek. Wstała z kanapy i poprawiła pled, którym przykryte były nogi kobiety.

- Przygotuję dla nas herbatę jaśminową i zrobimy sobie „wieczór romantycznych wspomnień”, zgoda?

- Zgoda. Zgoda – kobieta spojrzała na córkę z miłością i dumą. – Wiesz dobrze Michalinko, że niczego nie potrafię ci odmówić. A zwłaszcza tego, bo sprawia mi to taką samą przyjemność jak tobie.

Dziewczyna wyszła do kuchni i nastawiła czajnik z wodą. Kobieta wsłuchiwała się w odgłosy dochodzące z pomieszczenia, tak jakby były to dźwięki ulubionej melodii. Przymknęła oczy i cichutko zaczęła śpiewać:

Sous le ciel de ParisS’envole une chanson

Elle est née d‘aujourd’hui

Dans le coeur d’un garçon

Sous le ciel de Paris

Marchent les amoureux

Leur bonheur se construit

Sur une air fait pour eux

Sous le pont de Bercy

Un philosophe assis

Deux musiciens, quelques badauds

Puis des gens par milliers

- Pięknie to śpiewasz. Za każdym razem, gdy słyszę tę piosenkę śpiewaną przez kogoś innego, to myślę o tobie – dziewczyna stanęła w drzwiach i popatrzyła na spokojną twarz matki. - Pod niebem Paryża ulatuje piosenka. Narodziła się dzisiaj w sercu jakiegoś chłopca. Pod niebem Paryża spacerują zakochani. Ich szczęście buduje się na melodii stworzonej dla nich. Pod mostem de Bercy siedzący filozof, dwóch muzyków, kilku gapiów i ludzie w milionach.

- Pamiętasz jak tłumaczyłam słowa tej piosenki – kobieta zamyśliła się.

- Mamo, piosenka „Pod niebem Paryża” zachwycała ludzi już wtedy, gdy śpiewała ją Edith Piaf i jest tak nadal. Ten, kto ją skomponował i napisał słowa, musiał być osobą bardzo romantyczną.

Dziewczyna, postawiła na stoliku dwie filiżanki oraz dzbanek z herbatą i wygodnie usadowiła się na kanapie. Położyła dłoń na ręce matki i delikatnie uścisnęła ją. Ból, jaki czuła spoglądając na bezwładną część ciała swojej mamy był dotkliwy. Jednak miłość do niej była mocniejsza.

                     

ROZDZIAŁ 1

 Miałam osiemnaście lat. Byłam pilną uczennicą. W nagrodę za dobre oceny na świadectwie maturalnym i za zdany egzamin na studia, rodzice zafundowali mi wyjazd do cioci. Był to również prezent na moje osiemnaste urodziny. Siostra mojego taty mieszkała we Francji, w małym podparyskim miasteczku. Ciocia Aniela miała odebrać mnie z pociągu na stacji dworca Północnego Paryża, Gare du Nord,. Do pociągu wsiadłam w Brukseli, dokąd dojechałam samochodem razem ze znajomymi. Państwo Luszkowscy, mieli tam rodzinę i jechali do nich na urlop. Ponieważ w ich samochodzie było wolne miejsce, to zgodzili się, abym pojechała razem z nimi. Zapowiadały się wspaniałe wakacje, których zazdrościły mi wszystkie koleżanki z klasy. Wszystko było by dobrze, gdyby nie przykre zdarzenia.

W noc poprzedzającą mój przyjazd, ciocia Aniela miała zawał i znalazła się w szpitalu. Nie mogła z tego powodu ani zawiadomić moich rodziców, ani zorganizować kogoś, kto odebrałby mnie z pociągu.

Stałam przed dworcem w Paryżu i rozglądałam się za nią, gdy podeszło do mnie dwóch chłopców i jedna dziewczyna. Cała trójka jechała razem ze mną w pociągu i zaoferowała mi swoje towarzystwo przez jakiś czas, w oczekiwaniu na moją krewną. Niestety, po odejściu moich „nowych przyjaciół” zorientowałam się, że nie mam portfela.

Ogarnęła mnie rozpacz. Nie dość, że zostałam bez grosza w obcym mieście, to zostałam pozbawiona kartki z adresem do cioci i jej numerem telefonu, którą tata przezornie wcisnął mi przed wyjazdem.

Spoglądając na tłumy ludzi przewijających się przed moimi oczami, stałam jak sparaliżowana. Zapłakana i bezradna nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić. Była godzina ósma rano, a ja czułam się tak zmęczona jakby to była północ. Zaczęłam iść przed siebie nie wiedząc, gdzie idę i po co.

Przerażał mnie widok czarnoskórych ludzi, których u nas było niewielu,
a w Paryżu, co drugi człowiek był kolorowy.

Nie wiem jak długo wałęsałam się po uliczkach. Przestraszona i jednocześnie zauroczona szłam… i szłam… i szłam. Dotarłam nad Sekwanę. Usiadłam na ławce i rozpłakałam się. Nie mam pojęcia ile czasu siedziałam na tej ławce. Ludzie przysiadali się, spoglądali na mnie ze zdziwieniem
i odchodzili. W pewnej chwili usłyszałam śpiew i akompaniujące mu dźwięki gitary. Piękna melodia, nie pozwoliła mi dalej siedzieć na ławce, ale wręcz „kazała” udać się, w kierunku muzyki. Na brzegu rzeki siedziało trzech młodych mężczyzn. Jeden śpiewał i grał na gitarze, drugi na akordeonie i od czasu do czasu wtórował swojemu koledze śpiewem, a trzeci wybijał rytm na instrumencie przypominającym pałeczki. Usiadłam obok nich i słuchałam. Śpiewali stare francuskie piosenki. Tak piękne, że w pewnym momencie moje nogi poruszyły się. Wstałam i zaczęłam tańczyć.

Taniec zawsze działał na mnie kojąco. Będąc w domu, gdy miałam zły dzień, albo jakiś problem zaprzątał mój umysł, włączałam płytę i tańczyłam w swoim pokoju. Ot tak, sama dla siebie. Te francuskie piosenki podziałały na mnie jak narkotyk. Pląsałam wokół tych mężczyzn, nikt mnie nie przeganiał. Oni zachowywali się tak jakby mnie nie zauważali, a ja tak właściwie też ich nie widziałam. Tylko słyszałam.

Tańczyłam i płakałam. Tańczyłam i marzyłam. Tańczyłam i nie myślałam o tym, co przytrafiło mi się w tym uroczym mieście.

Kiedy przestali grać wróciłam do miejsca, w którym zostawiłam swój plecak i usiadłam na trawie chowając głowę między kolana. Wyczerpana, wrażeniami dnia, na chwilę przymknęłam oczy, aby odpocząć. Czułam się szczęśliwa, chociaż powinnam być w rozpaczy.

- To twoja działka – usłyszałam nad sobą męski głos.

Podniosłam głowę i spojrzałam na młodzieńca, który przykucnął obok mnie. Mężczyzna miał około dwudziestu-pięciu, dwudziestu-sześciu lat. Dobrze zbudowany i na swój sposób przystojny. Nie należał do mężczyzn typu Luce Perry czy Elvis Presley, ale coś w nim było pięknego, pociągającego i interesującego. Czarne kręcone włosy, luźno opadały na jego mocno opalone ramiona. Ciemne oczy ozdobione długimi rzęsami, patrzyły na mnie z odrobiną ciekawości, a na ustach był wyraźny obraz beztroskiego szczęścia.

- No mała…, to twoje. Zarobiłaś.

- Ja…ja? Co ja zarobiłam i kiedy? – Nie potrafiłam wydobyć słów.

Nie wiedziałam czy to mi się tylko śni, czy też dzieje się na prawdę.

- Zarobiłaś i tyle – mężczyzna uśmiechnął się i podał mi garść franków w bilonie, oraz trzy banknoty. – Kiedy zaczęłaś tańczyć do naszych piosenek, to zwiększyłaś naszą widownię – powiedział z wyraźnym zadowoleniem. – Nie mów, że nie widziałaś tych wszystkich, zachwyconych twoim tańcem turystów? – Wziął moją dłoń i położył na niej pieniądze. – Jak chcesz to przyjdź jutro o tej samej porze. Tworzymy niezły kwartet, a dzielimy się po równo tym, co wrzucą turyści do futerału.

Wstał i jeszcze raz popatrzył na mnie. Pomachał mi na pożegnanie i odszedł. Zostałam sama. Nawet nie zauważyłam, że na dworze zaczęło się ściemniać. Światła miasta były piękne, a na ulicach było tak dużo ludzi, że nie czułam strachu przed nocą, którą prawdopodobnie miałam spędzić na ławce. Nagle ogarnął mnie wielki smutek. Dotarło do mnie, że jestem w Paryżu. W mieście, w którym nigdy wcześniej nie byłam i nie mam gdzie spać. Na dodatek nie mam adresu do cioci Anieli i nie mam funduszy na powrót do domu. Szybko przeliczyłam pieniądze wciśnięte mi przez nieznajomego. Ku mojemu zaskoczeniu, było tam siedemdziesiąt osiem franków. - No nieźle, ale na hotel i tak nie wystarczy – pomyślałam i schowałam pieniądze do kieszeni spodni.

- Gdzie mieszkasz? – Ponownie usłyszałam nad sobą głos mężczyzny, który zaledwie kilka minut wcześniej rozmawiał ze mną.

- Ja … Ja …

- No mała, wyduś to wreszcie z siebie, bo chcę cię odprowadzić. Paryż nocą jest tak samo piękny jak niebezpieczny. Więc…?

- Nigdzie nie mieszkam – szepnęłam.

Jak nakręcona katarynka, zwierzyłam mu się z tego, co mnie spotkało i dlaczego tutaj przyjechałam.

- No dobrze, jutro coś wymyślimy – podniósł mój plecak z ziemi i podał mi rękę, aby pomóc wstać. – Chodź, zanocujesz u nas.

Posłuszna jak mała dziewczynka, pozwoliłam mu się poprowadzić wzdłuż brzegu Sekwany. Nie wiem ile czasu szliśmy, ale kiedy dotarliśmy na miejsce, to księżyc był już wysoko na niebie. Miliony gwiazd rozświetlały paryskie niebo, tak jak latarnie paryskie ulice. Doszliśmy do miejsca,
w którym na ziemi leżało kilka osób, a pod murem tliło się ognisko.

- No nareszcie! Gdzieś ty się podziewał mój chłopcze? – Naprzeciw nam wyszła gruba Murzynka, w długiej kwiecistej spódnicy i starym wyciągniętym podkoszulku.

- Antoinette, przyprowadziłem gościa – mój znajomy pociągnął mnie za rękę i postawił przed sobą.

Murzynka przyjrzała mi się, dokładnie oglądając mnie od stóp do głów i pokiwała litościwie głową.

- A ty skąd wytrzasnąłeś to dziecko? – Zapytała całkowicie ignorując moją obecność.

- Okradli ją i musi gdzieś przenocować – odpowiedział mój towarzysz. – Przyjechała w odwiedziny do naszego miasta, nie możemy pozwolić, aby zapamiętała to miejsce jak siedlisko zła. - To powiedziawszy mrugnął porozumiewawczo do kobiety. – Zaopiekuj się nią, ja jeszcze muszę gdzieś wyskoczyć. – Pchnął mnie w stronę Murzynki i zniknął w ciemnościach.

Antoinette zabrała mój plecak i położyła go na starym materacu, na którym spokojnie spało około czteroletnie dziecko.

- Połóż się obok Michèl-Ariel’a – powiedziała do mnie matczynym tonem i podała mi koc. – Jesteś głodna? – Zapytała.

W tym momencie uzmysłowiłam sobie, że przez cały dzień nie miałam nic w ustach i dopiero teraz, kiedy ona wspomniała o głodzie, mój żołądek zaczął się upominać o coś do zjedzenia. Kiwnęłam głową. Kobieta nalała coś do małej plastikowej miseczki, ze stojącego obok ogniska garnka
i podała mi.

- Masz. Jedz. Nie jest wprawdzie ciepłe, ale da się zjeść – podała mi miseczkę z czymś, co wyglądało jak kasza manna z mięsem. Uśmiechnęła się do mnie, jakbym była ważnym gościem, a nie intruzem. – Zjedz kochaniutka spokojnie i połóż się. Jak znam tego nicponia Michèl’a, to wróci jak będzie świtało. Nie siedź zbyt długo, bo ognisko już dogasa, a po ciemku  nie jest tu zbyt przyjemnie. Smacznego – poklepała mnie po ramieniu i odeszła na bok, za kotarę zrobioną ze starego koca.

Usiadłam na swoim posłaniu i jedząc przyglądałam się dziecku, śpiącemu na dość zużytym już, ale czystym materacu. Chłopiec miał cztery, może pięć lat. Śliczny jak aniołek. Ciemne kręcone włosy przyklejone były do jego małej, spoconej główki. Oddychał spokojnie, miarowo i co jakiś czas uśmiechał się. Pomyślałam, że pewnie śni mu się coś przyjemnego.

Zjadłam to, co dostałam od Murzynki i położyłam się obok chłopca. Koc nie był mi potrzebny, bo noc była bardzo ciepła. Zasypiając patrzyłam na paryskie niebo. Myślałam o swoich rodzicach i o braciach, którzy tak bardzo zazdrościli mi tego wyjazdu. Myślałam o cioci Anieli, która miała po mnie wyjechać, a nie wyjechała.

Michèl-Ariel obudził się. Spojrzał na mnie, uśmiechnął się i zasnął ponownie. Czułam się szczęśliwa i bezpieczna. W myślach układałam sobie zdania, które powiem koleżankom po powrocie. Układałam cały scenariusz tego, co stanie się ze mną w tym obcym i fascynującym mieście. Zasnęłam chłonąc odgłosy Paryża tak, jakbym wsłuchiwała się w odgłosy mojego miasta. Ciepła noc, szum Sekwany i melodie dochodzące do mnie z wszystkich stron, działały na mnie bardzo uspokajająco. Zasypiałam, a to miasto dopiero zaczynało żyć własnym, nocnym życiem.

Obudziło mnie przeraźliwe chrapanie. Przyzwyczajona do własnego pokoju i do ciszy panującej w nim, nie wyobrażałam sobie nawet, że ktoś może tak okropnie chrapać. Usiadłam na materacu i zobaczyłam śpiącego obok mnie Michèl’a. Niebo zaczynało jaśnieć. Popatrzyłam na swój zegarek. Dochodziła godzina czwarta piętnaście. Dłuższy czas leżałam, wsłuchując się w dochodzące odgłosy, budzącego się miasta, ale emocje związane z poprzednim dniem nie pozwoliły mi ponownie pogrążyć się w sennych marzeniach. Postanowiłam wstać i poszukać toalety. Ulice Paryża wbrew wczesnej, porannej godziny wcale nie były opustoszałe. Zbłąkani po całonocnych imprezach turyści, a może nawet sami mieszkańcy tego miasta, wałęsali się uliczkami próbując dotrzeć do swojego miejsca zamieszkania. Powietrze było rześkie i już zapowiadał się upalny dzień. Szłam przed siebie i co chwilę odpowiadałam na pozdrowienia ludzi:

- Bonjour Mademoiselle.

- Bonjour – mówiłam uśmiechając się do mijanych mnie osób.

Idąc wąskimi uliczkami, chłonęłam zapach porannego Paryża i widoki, jakie mijałam. W pewnym momencie stwierdziłam, że nie wiem gdzie jestem i wpadłam w panikę. Przystanęłam i spróbowałam przypomnieć sobie, którędy szłam i co po drodze widziałam. Dzięki częstym wędrówkom
z rodzicami i braćmi po górach, orientację w terenie miałam perfekcyjnie opanowaną. Kierując się w drogę powrotną intuicyjnie spoglądałam na mijane domy, nazwy ulic i okolice. Kiedy doleciał do mnie szum Sekwany wiedziałam, że trafię do swoich nowych znajomych.

Po drodze znalazłam publiczną toaletę. Dzięki drobnym, które poprzedniego dnia otrzymałam od Michèl’a, mogłam z niej korzystać. Umyłam się
i doprowadziłam do porządku. Gdy dotarłam na miejsce, wyjęłam z plecaka sukienkę oraz sandały i szybko przebrałam się starając zrobić to bardzo cicho, aby nie zbudzić tych, którzy jeszcze spokojnie spali. Spodnie i bluzkę schowałam do plecaka i wyjęłam z niego swoją książkę, którą zaczęłam czytać w pociągu z Brukseli. Usiadłam na brzegu i opuściłam nogi nad wodą. Zaczytana nie zauważyłam jak Paryż szybko budzi się i jak zaczyna się kolejny, zwykły dzień.

- Poczytaj mi.

Usłyszałam za sobą cichy dziecięcy głosik i mała, ciepła rączka delikatnie dotknęła mojego ramienia. Zamknęłam książkę i popatrzyłam na chłopca. Mój nocny aniołek nie przejmując się wysokością nabrzeża i głębokością wody, usiadł obok mnie na betonowym podłożu.

- Powiedz, o czym ta książka? – Duże, ciemne oczy wpatrywały się w okładkę, na której widniała głowa młodej szympansicy.

- O chłopcu, którego ojciec uczył małpkę języka migowego – odpowiedziałam.

- Migowego? Co znaczy migowego? – Chłopiec zaciekawił się patrząc na mnie z coraz większym zainteresowaniem.

- Język migowy, to taki mówiony nie głosem, tylko rękami - odpowiedziałam. - Jeżeli ktoś jest głuchy, to nie może usłyszeć tego, co ktoś do niego mówi, więc czyta z ruchu warg, albo z ruchu rąk.

- Aha. To znaczy taki, jakim Antoinette mówi do Andre – powiedział usatysfakcjonowany tym, że zrozumiał o czym mówiłam. – Małpka jest głucha tak jak Andre?

- Małpka nie jest głucha. Ona nie potrafi mówić tak jak ludzie, więc żeby coś powiedzieć musi „migać”. To znaczy pokazywać słowa palcami, a tata tego chłopca też do niej „miga” i tak się ze sobą porozumiewają.

- To ten tata też jest głuchy? – Zdziwiona mina na twarzy chłopca rozbawiła mnie.

- Nie. On jest naukowcem i chce udowodnić innym ludziom, że można
z szympansami rozmawiać. One nie tylko rozumieją, co się do nich mówi, ale potrafią odpowiadać – uśmiechnęłam się. – Jak chcesz to przeczytam ci tę książkę, ale obawiam się, że nie wszystko z niej zrozumiesz, ponieważ jesteś jeszcze trochę za mały.

- Naprawdę! Przeczytasz mi? Fajnie! – Chłopiec zawołał z taką radością, że nie potrafiłam ukryć rozbawienia.

- Myślę jednak, że nie teraz – usłyszeliśmy nad sobą głos Michèl’a. - No zmykaj, bo Antoinette cię szuka - to powiedziawszy podniósł chłopca
i skierował w stronę obozowiska. – A ty panno lepiej nie siadaj tak, na samym brzegu, bo ktoś cię popchnie i staniesz się częścią Sekwany.

Podał mi rękę i pomógł wstać. Kiedy twardo stanęłam już na nogach, zaczął przyglądać mi się jakbym była okazem muzealnym.

- Fiu, fiu! – Gwizdnął i okręcił mnie dookoła. – Niezła z ciebie laska.

Poczułam jak zaczynają mnie piec policzki. Opuściłam głowę, żeby nie zauważył mojego zakłopotania, ale w środku cieszyłam się z tego, co mi powiedział. Nigdy nie należałam do dziewcząt, które podkreślały swoją urodę seksownymi ciuchami i makijażem, chociaż moi bracia często mnie do tego namawiali. Zawsze lubiłam nosić sukienki, zamiast obcisłych jeansów i topów podkreślających kształty. Z biżuterii nosiłam tylko mój zegarek i srebrny łańcuszek z małą, czterolistną koniczyną, którą dostałam od swojego chłopaka na siedemnaste urodziny. Sukienka, którą miałam na sobie była moją ulubioną. Czerwony materiał w białe groszki i dopasowany do mojej figury krój powodowały, że czułam się dziewczęco i na luzie.

- Jadłaś coś mała? – Michèl przyglądał mi się z troską, jaką często widywałam w oczach moich braci.

- Jeszcze nie.

- To chodź! Antoinette na pewno już coś smacznego przygotowała – złapał mnie za rękę, i pociągnął w stronę osób siedzących na kocach.

Kiedy doszliśmy, gwar na chwilę ucichł i wszystkie oczy spojrzały
w naszą stronę.

- Przedstawiam wam…! - Zawołał, ale natychmiast zorientował się, że nie wie jak mam na imię. Unosząc do góry brwi, popatrzył na mnie wyczekująco.

- Katarzyna – szepnęłam tak, aby nikt poza nim tego nie usłyszał.

- Catherine! – Uśmiechnął się. – Przez jakiś czas będzie z nami mieszkała. Od wczoraj jest naszą rodziną.

- Tobie Catherine przedstawiam mieszkańców prawego brzegu Sekwany. Nie jesteśmy kloszardami, ale wolnymi ludźmi, którzy pracują, bawią się
i żyją szczęśliwie pod niebem Paryża.

Burza oklasków potwierdziła jego słowa i rozmowy, które ucichły
w momencie, gdy podeszliśmy do grupy, powróciły. Przedstawieni mi rzed chwilą ludzie zaczęli zachowywać się tak jakbym żyła z nimi od dawna.

Usiadłam na materacu obok Michèl-Ariel’a i zaczęłam jeść podaną mi przez młodą Murzynkę potrawę. Nie smakowało mi to, co dostałam do jedzenia, ale miałam dwa wyjścia: albo zjeść, albo ściskać żołądek z głodu. Wybrałam jedzenie. Patrząc na innych jak z apetytem zajadają danie przygotowane przez Antoinette, nie miałam odwagi nic powiedzieć. Wmawiałam sobie, że jem typowe dla Francji jedzenie i musi mi smakować.

 



Okładka.jpg„Pamiątka z Paryża” jest kolejną moją książką, ale dla mnie bardzo szczególną, do której zawsze będę czuła pewien sentyment. Siedem dni spędzonych w Paryżu pozostanie w mojej pamięci na bardzo długo, ponieważ spędziłam te dni z kimś bardzo dla mnie ważnym i dlatego, że zobaczyłam Paryż oczami legend, tajemnic i historii, dzięki pewnej wspaniałej kobiecie, imieniem Mireille.

Mieszkałyśmy w pięknym podparyskim miasteczku Yerres i codziennie rano jechałyśmy pociągiem do Paryża. Spędzałyśmy w nim cały dzień i wieczorem wracałyśmy. Dzięki Mireille poruszanie się w podziemiach metra było szybkie i proste. Gdybyśmy były same to z pewnością większą część czasu błądziłybyśmy klucząc z jednego peronu na drugi.

Mireille oprowadzała nas uliczkami tego miasta i prawie w każdym miejscu potrafiła opowiedzieć coś ciekawego, co głęboko trafiało do mojej wyobraźni. Kiedy kilka lat temu byłam w Paryżu, widziałam to miasto tylko z perspektywy zabytków i turystycznych atrakcji. Teraz, zobaczyłam to wszystko oczami imaginacji. Oczami legend, ciekawostek i tego wszystkiego, czego nie zobaczy przeciętny turysta. W opowiadaniach Mireille nie było dat, ani zbyt wielu nazwisk, ale był tamten świat. Piękny i okrutny jednocześnie. Dokładnie taki, jaki starałam się odtworzyć we wspomnieniach mojej bohaterki.

Ktoś, kto jeszcze nie był w tym mieście, to po przeczytaniu tej książki może nabierze ochoty, aby tam pojechać. Spacerując ulicą Champs-Élysées, nie będzie widział tylko drogich sklepów i restauracji, ale oczami własnej wyobraźni, zobaczy spacerującą Marię Antoninę. Kiedy pojedzie na cmentarz Pere Lachaise, (koniecznie trzeba go zobaczyć) to biegając w poszukiwaniu grobów F.Chopina, J.Morrisona, czy E.Piaf, poczuje tę dziwną magię starych, ponad stu letnich grobowców.

Ktoś, kto był w Paryżu, to z pewnością przypomni sobie te wszystkie miejsca, które widział. O których tak niewiele być może wie.

Tak jak powiedział jeden z moich bohaterów, na świecie jest tysiące pięknych miast. Nie wiem, czy kiedykolwiek zdołam, chociaż kilka z nich zobaczyć, ale bardzo chciałabym je zwiedzić właśnie z kimś takim jak Mireille. Nie z przewodnikiem, który klepie z pamięci regułki typu: „to jest…”, ale z kimś, kto opowie mi o tym mieście ciekawe legendy. Pokaże miasto od strony historii działającej na wyobraźnię, nie historii podręcznikowej, ale tej wtajemniczonej w życie codzienne, w intrygi byłych mieszkańców, w romanse itp.

 



sobota, 12 maja 2012

Autor napisze swoje dzieło i najchętniej już chciałby aby znalazło się w księgarniach a jego wyobraźnia, pokazuje mu tysiące zaczytanych osób właśnie w jego książce.

Niestety, ale to wszystko nie tak wygląda jak maluje nasza wyobraźnia. Droga od napisania do czytania jest tak długa i wyboista, że często zniechęca młodych autorów do zmaterializowania swojego dzieła.

Autor nawet nie zdaje sobie sprawy ile bzdurnie ułożonych zdań, i ile błędów (nie mam na myśli błędów ortograficznych, bo te wyłapuje każdy komputer w trakcie pisania) stylistycznych i gramatycznych zawiera napisane dzieło. Przekonałam się o tym bardzo boleśnie i teraz jest mi z tego powodu strasznie wstyd, ponieważ oddałam "moje dzieło" w ręce czytelniczek jako dziewiczy tekst (chciałam się jak najszybciej pochwalić) i nawet nie zastanawiałam się ile w nim jest GAF.

KROK 1

Tak więc, zanim "dzieło" trafi do potencjalnego czytelnika autor musi co najmniej trzy razy przeczytać TO swoje dzieło i gwarantuję, że za każdym razem wyłapie kolejne własne gafy. Choćby czytał ten tekst 100 razy, to i tak zawsze znajdzie coś do poprawienia.

KROK 2

Po pierwszej własnej korekcie dobrze jest dać tekst do przeczytania innej osobie, a najlepiej to co najmniej dwom, które pozaznaczają w nim własne uwagi i znalezione błędy i gafy. Wtedy dobrze jest porównać tekst ze swoimi poprawkami i poprawkami tej drugiej osoby, bo może się okazać, że zaznaczone zostały te same błędy.

U mnie takim pierwszym krytykiem i korektorem jest moja siostra, która często na marginesie mojego "dzieła" wypisuje mi swoje spostrzeżenia i poprawione myśli. Czasami moja siostra podrzuci tekst którejś ze swoich kumpelek i wtedy już mam pewność, że poprawione błędy są szczerze potraktowane, ponieważ osoba czytająca mój tekst mnie nie zna, więc wali prosto z mostu co i jak nie obawiając się, że jak mogę to uznać za złośliwość. Takie uwagi są jednak dla mnie najcenniejsze.

KROK 3

Kiedy już zostaną naniesione poprawki zarówno własne jak i obce, to niestety ale znowu trzeba przeczytać cały tekst, ponieważ w trakcie nanoszenia poprawek często się zdarza, że nie zauważymy jakiejś zapomnianej lub źle skasowanej litery albo sylaby i potem może wyglądać tak:

Kamratowa nie jest złą kobietą. Jest chora i jak zapewne zauważyłaś czy domyśliłaś się.

zamiast

Kamratowa nie jest złą kobietą. Jest chora, jak zapewne zauważyłaś czy domyśliłaś się.

KROK 4

Koniecznie trzeba nauczyć się korzystania z synonimów bo tekst może być dużo ciekawszy, a nie takie "masło-maślane" jak na przykład:

Co wieczór piękna księżniczka przeżywała piękne przygody u boku zakochanego w niej, pięknego księcia, w pięknym ogromnym pałacu, który mieścił się w pięknej, bezpiecznej krainie.

zamiast

Co wieczór śliczna księżniczka przeżywała wymarzone przygody u boku zakochanego w niej, księcia, w baśniowym dużym pałacu, który mieścił się w bezpiecznej krainie.

Niestety nawet czasami oddanie tekstu w ręce profesjonalistów (tu mam na myśli wydawnictwo) nie daje gwarancji poprawy błędów.

Wiem to z własnego doświadczenia, bo kiedy otrzymałam moją pierwszą książkę, wydrukowaną przez profesjonalne wydawnictwo to od razu rzuciły mi się w oczy wyrazy, których ja wcześniej nie zauważyłam, a oni niestety też nie.

To tyle jeśli chodzi o moje pierwsze sugestie, które wyszły z mojej głowy po moich początkowych porażkach pisarskich.

Okładka1.jpgKiedy zaczęłam pisać tę książkę nie byłam pewna, czy piszę ją od tak dla siebie, czy kiedyś zdecyduję się na wydanie jej. Zawsze chciałam coś po sobie pozostawić, a książka przetrwa wiele lat, jeżeli oczywiście nie zostanie potraktowana jednorazowo i zniszczona po przeczytaniu.

Myślę, że do wydania jej skłoniła mnie chęć pozostawienia ,,czegoś” po sobie i dziś już wiem, że nie jest to moja jedyna książka.

Do wydania ,, Leśniczówki” skłoniły mnie również myśli o mojej mamie. W trakcie pisania myślałam o mojej mamie z nadzieją, że będzie ze mnie dumna. W swoim życiu tak niewiele jej dałam powodów do dumy, ale może ta książka to sprawi.

Zaczęło się całkiem niewinnie. Którejś nocy nie mogłam zasnąć i zaczęłam pisać. Od kilku lat pisałam bloga więc chciałam zacząć pisać coś innego jak "pamiętnik w sieci". Palce same skakały po klawiaturze komputera i nawet nie zauważyłam, jak wskazówki zegara przekroczyły godzinę drugą, a przede mną widniało kilka pierwszych stron mojego "pierwszego dzieła".

Potem już prawie każdy kolejny wieczór spędzałam z bohaterką mojej książki. Robiłam to oczywiście w całkowitym odosobnieniu, aby broń Boże nikt się nie dowiedział, że ja kobieta w dość poważnym już wieku zaczęłam się bawić w pisarstwo.

Zawsze dużo czytałam książek i czytam nadal. Czasami wszystko idzie w odstawkę, a ja zagłębiam się w czytanie.

O pisaniu myślałam już dawno. Swoją pierwszą książkę napisałam tak właściwie kiedy miałam około 19 lat. Pamiętam jak dziś, że napisałam ją w zeszycie A4, wtedy jeszcze o komputerach nawet nie słyszałam, ani nawet o maszynie do pisania. Niestety w trakcie którejś z przeprowadzek, z wynajętego pokoju do kolejnego wynajmowanego, dałam kilka kartonów ze swoimi rzeczami do przechowania do piwnicy mojego chłopaka i "moja książka" została potraktowana jako makulatura i fiu...

 

Widać było, że ktoś tutaj zaglądał od czasu do czasu, bo wszystko było utrzymane w takiej czystości, jak gdyby zaraz mieli wrócić mieszkańcy tego domu. Teraz ona jest właścicielką leśniczówki i z każdą chwilą ma ochotę zostać tutaj na zawsze. Pieniędzy wystarczy jej na długo, a jak się skończą to poszuka jakiejś pracy. Dopiła wina i pomyślała, że najwyższy czas położyć się, ale tysiące myśli kotłowało się w jej głowie.

Ciekawe, o której godzinie Bartek przyjedzie, aby rozpocząć prace remontowo – konserwatorskie. Miała nadzieję, że zdąży wstać przed jego przyjazdem. Zaniosła pusty kieliszek do kuchni, zmyła chusteczką makijaż, włożyła na siebie stary podkoszulek i położyła się.

 

- Emi, wróciłaś, tęskniłem za tobą! – Z werandy dobiegł radosny głos małego chłopca. – Dlaczego tak długo cię nie było, kochana?

- Oli ja też za tobą tęskniłam! Przecież wiesz, że byłam u cioci i wujka na wakacjach – w drzwiach stała mała, około pięcioletnia dziewczynka i wyciągała swoje małe rączki do chłopca.

- Dlaczego mnie nie zabrałaś ze sobą? – Płaczliwy głos chłopca brzmiał, z nutą pretensji,

- Och Oli, jesteś jeszcze za malutki na tak daleką podróż – dziewczynka uśmiechnęła się do chłopca i pocałowała go w policzek,

- Ale ja czekałem, Emi..., Eemii..., Eeeemiiiii...

Głos zanikał,  oddalając się w stronę lasu.

 

Emilia usiadła na łóżku i spojrzała w okno. Nikogo nie było. Księżyc świecił jasno oświetlając werandę i brzeg lasu. Znowu ten sen. Kim jest ten chłopiec. Ma na imię tak jak jej syn, ale dlaczego w snach, mówi używając jej imienia. Co się z nią dzieje? Dlaczego w snach nawiedza ją to dziecko? Chyba za dużo czasu spędza ze swoimi dziećmi, może czas pobyć trochę z dorosłymi ludźmi. Przecież ma prawo do życia jak każdy człowiek, ma prawo do przyjaźni, do miłości, do szczęścia, w którym nie koniecznie muszą być tylko dzieci. Jako matka czuje się spełniona, ale oprócz macierzyństwa jest przecież jeszcze inne życie, nie tylko matki, ale po prostu kobiety.

Powieki zaczęły jej ponownie opadać, położyła się, przytuliła twarz do poduszki i odpłynęła w kolejny sen.

* 3 *

Obudziło ją głośne szczekanie psów na podwórku. No tak, Bartek przyjechał a ona jeszcze w rozsypce.

- Ale wstyd – pomyślała i szybko wyskoczyła z łóżka. Narzuciła na siebie dres i wyszła na zewnątrz. Przy furtce stała starsza kobieta. Była otyła, dziwnie ubrana w kilka warstw ubrań, w ręku trzymała kosz, w którym były przeróżne rośliny.

- Po co przyjechałaś? – Kobieta krzyknęła w stronę Emilii. – Po co wróciłaś, znowu chcesz kogoś zniszczyć? – Usta kobiety ułożyły się w złośliwy uśmiech. – Wynoś się stąd! Wynocha! – Zawołała i ręką wskazała w stronę samochodu.

- Przepraszam, ale chyba mnie pani z kimś pomyliła? – Głos Emilii zadrżał, bo obecność kobiety wywołała w niej dziwny niepokój.

- Wynocha, bo jak nie to ja ci pokażę! – Kobieta groźnie pogroziła kijem, który trzymała w drugiej ręce.

- Kamratowa, co wy? Co pokażecie tej młodej pani? Przecież jej nawet nie znacie, odejdźcie w spokoju i dajcie spokoju innym. – Zza drzew dobiegł męski głos i oczom Emilii ukazał się młody mężczyzna, przy boku, którego spokojnie kroczył brązowy bokser.

- Ech wy, wszystkie takie same, każdy jej broni, ale ja tu jeszcze wrócę paniusiu!

To powiedziawszy kobieta splunęła pod nogi, popatrzyła jeszcze raz na Emilię, potem na mężczyznę i odeszła w stronę lasu kilkakrotnie oglądając się za siebie, mamrocząc i spluwając na ziemię. Emilia stała zaskoczona czując, że drży na całym ciele. Kobieta była tak wrogo do niej nastawiona, że ogarnął ją lęk nie do opisania. Gdyby nie młody mężczyzna, to nie wiedziała, do czego ta kobieta byłaby zdolna i co mogłaby uczynić. Odwróciła się w stronę domu. Na progu stały dzieci, a ich miny mówiły same za siebie, że też się przestraszyły dziwnej pani.  Kiedy kobieta była już daleko w lesie i nie było jej ani widać, ani słychać dzieci podbiegły do matki i mocno przytuliły się.

- Mamusiu, dlaczego ta pani na ciebie krzyczała? – Zapytała jedna z bliźniaczek.

- Mamusiu, kto to był? – Druga z córek nie ukrywając strachu, zawtórowała siostrze.

- Mamusiu, czy ta pani tu wróci i zrobi nam krzywdę?

Dzieci mówiły równocześnie, mocno tuląc się do matki. Były przerażone tak samo jak ona i tak samo jak matka zaskoczone wizytą starszej kobiety. Przytuliła je mocno do siebie i spojrzała na radośnie szczekające psy. Dopiero teraz przypomniała sobie o swoim wybawcy.  Młody, około trzydziestopięcioletni mężczyzna, ubrany na sportowo, stał przy furtce opierając się o płot i uśmiechał do niej, a jego pies wesoło „gaworzył” sobie z Sabą i Nery.

- Bardzo panu dziękuję za pomoc – Emilia odwzajemniła uśmiech. – Ta pani, chyba mnie z kimś pomyliła. Nie znam jej, pierwszy raz w życiu widziałam ją na oczy...

- Spokojnie to miejscowa wariatka, wszyscy ją tu znają. Niech się pani jej nie obawia. Ona nie jest groźna, tylko lubi się innym czasami odgrażać – mężczyzna popatrzył w stronę lasu. Pogodny uśmiech rozjaśnił jego twarz. – Przepraszam, nie przedstawiłem się, nazywam się Mariusz Porębski, jestem tutejszym lekarzem, a pani zapewne letniczka?

Emilia podeszła do płotu i stanęła przy furtce. Spojrzała najpierw na mężczyznę, a potem na psa. Nad płotem podała mężczyźnie rękę i nieco uspokojona powiedziała:

- Nazywam się Emilia, jestem nową właścicielką leśniczówki, a to moje dzieci Wiktoria, Nikola i Olaf. – Dzieci już stały przy płocie i przez drewniane szczeble głaskały bokserka.

- O, przepraszam to jest Borys – to powiedziawszy mężczyzna wskazał na swojego psa. – Borys przywitaj się z panią i jej ślicznymi dziećmi.

Pies stanął na dwóch łapach, wesoło pomachał ogonem i dwa razy szczeknął.

- Zaprosiłabym pana na herbatę, czy nawet na śniadanie, ale obawiam się… –Emilia spojrzała na Sabę i Nery. - Czy nasze psy nie zrobią sobie krzywdy. – Wzruszyła ramionami robiąc bardzo zatroskaną minę.

- One już się polubiły, czy nie zauważyła pani tego? – Mężczyzna spojrzał na trzy biegające wzdłuż ogrodzenia psy. - Borys jest już stary i na pewno nie będzie tym dwom panienkom naprzykrzał się zbytnio, ale nie wiem jak pani psy? – Odwrócił głowę i popatrzył w stronę Saby i Nery.

Suczki biegały wesoło wzdłuż płotu, zachowując się tak, jakby nie mogły doczekać się swojego gościa. Szczekały, skamlały i najwyraźniej przymilały się do Borysa.

Emilia zdecydowała się wpuścić na teren leśniczówki nowo poznanego mężczyznę. Biło od niego coś takiego, że poczuła nieodpartą potrzebę porozmawiania z nim. Otworzyła furtkę i gestem zaprosiła obu gości do ogrodu. Dzieci od razu doskoczyły do nowego psa i zaczęły go głaskać, przytulać się do niego, a ten tylko mruczał zadowolony jakby czekał na takie pieszczoty od dawna. Emilia odprowadziła Mariusza do werandy i wskazała mu miejsce na fotelu.

- Proszę usiąść i zaczekać, zaraz zaparzę kawę... – odeszła w stronę drzwi wejściowych, ale nagle zatrzymała się i zawołała - O nie! – Złapała się za głowę i roześmiała. – Zaprosiłam pana na kawę, a nie mam prądu. Niestety nie mam jak zagotować wody, może napijemy się soku, albo wody mineralnej? – Zaproponowała.

- No trudno, taką miałem ochotę na tę kawę – mężczyzna uśmiechnął się do niej. - Proszę się nie przejmować, bardzo chętnie napiję się wody mineralnej. – To powiedziawszy mrugnął figlarnie okiem.

Emilia weszła do domu, szybko wskoczyła do swojego pokoju, aby się przebrać. Pomogła Olafowi założyć czyste ubranko, dziewczynkom również nakazała zmienić piżamki na koszulki i krótkie spodenki.  Przyniosła z kuchni butelkę wody, dwie szklanki i usiadła obok mężczyzny w swoim ulubionym fotelu.

Na drodze pojawił się duży zielony samochód terenowy Bartka. Słysząc jego warkot wszystkie psy podbiegły do bramy głośno szczekając i radośnie machając ogonami.

- No ładnie! Widzę, że nasz doktorek czasu nie marnuje – Bartek wyskoczył z samochodu.

- O, wujek! – Trzy piskliwe głosiki zawołały z okna na piętrze.

- Wujek? – Mariusz zrobił zdziwioną minę.

Bartek otworzył bramę i powoli wjechał samochodem na podwórko. Wysiadł i zaczął wypakowywać przeróżne skrzynki z narzędziami i materiałami budowlanymi, które przywiózł ze sobą.

- Witam doktorku, cześć Emi! – Podszedł do werandy i podał rękę gospodyni, a potem Mariuszowi. – Ty masz nosa, piękną kobietę nawet pod ziemią znajdziesz, co?

Bartek mrugnął figlarnie do Emilii i usiadł na werandzie obok Mariusza. Jego wesołe oczy wprawiły oboje w zakłopotanie. Emilia poczuła rumieniec na twarzy, a Mariusz opuścił wzrok i nieśmiało uśmiechnął się. Chwilę siedzieli w milczeniu, wreszcie Bartek wstając skłonił się w stronę Emilii i powiedział:

- No cóż, wy sobie tu gruchajcie, a ja tymczasem zabieram się za robotę. Bo moja szefowa mnie zwolni – wstał i klepnął Mariusza w ramię.

- Szefowa? – Mariusz posłał w stronę Emilii pytające spojrzenie.

- Och, jaka tam szefowa. Bartek zaofiarował się pomóc mi. Nie mamy prądu ani wody, nikogo tutaj nie znamy, więc to tylko przyjacielska przysługa.

- A, to teraz rozumiem. – Mariusz wstał i podszedł do Emilii. – Miło było cię poznać. Mam nadzieję, że się jeszcze kiedyś spotkamy. Teraz muszę już lecieć, bo za godzinę zaczynam dyżur w przychodni. – To powiedziawszy podał jej rękę, odwrócił się i gwizdnął na psa.

Borys podbiegł do swojego pana, a za nim wesoło przybiegły Saba i Nery. Psy wyraźnie były niezadowolone z tego, że goście już opuszczają ich posesję. Dzieci do tej pory zajęte, rozmową z Bartkiem, również dołączyły do swoich ulubieńców. Wszyscy odprowadzili Mariusza i Borysa do furtki, a kiedy obaj już odchodzili Emilia zawołała:

- Mam nadzieję, że jeszcze mnie kiedyś odwiedzisz?

- Bardzo chętnie! – Mariusz uśmiechnął się i pomachał ręką na pożegnanie.

Kiedy zniknęli w gęstwinie drzew, wróciła do domu i zabrała się za przygotowywanie śniadania. Zapowiadał się kolejny upalny dzień i koniecznie trzeba było jakoś zorganizować czas dla dzieci, żeby nie nudziły się na tym rozgrzanym słońcem podwórku.

Przygotowując kanapki cały czas myślała o kobiecie, która ją dzisiaj odwiedziła. Mariusz powiedział, że ona jest nie groźna, ale Emilia i tak czuła wobec niej dziwny strach. Postanowiła porozmawiać o niej z panem Tomaszem. On mieszka tutaj od lat i na pewno ją zna. Może będzie znał odpowiedź na to, dlaczego ta kobieta tak na nią napadła i co miała na myśli mówiąc: „Po co wróciłaś, znowu chcesz kogoś zniszczyć?”. Emilia postawiła śniadanie na stoliku, na werandzie i zawołała dzieci, a następnie poszła poszukać Bartka, aby zaproponować mu wspólny posiłek. Usiedli razem, jedząc przygotowane przez Emi śniadanie, kiedy Nikola przysunęła się do Bartka, złapała go za rękę i szepnęła:

- Wujku, jedna pani dzisiaj na mamusię nakrzyczała. Była straszna i wyglądała jak Baba Jaga, a potem przyszedł ten miły pan i ją wypędził.

Bartek popatrzył na Emilię.

- Jaka pani?

- Dziwna była... gruba... dziwnie ubrana i chociaż miała bardzo sympatyczną twarz, była na mnie strasznie wściekła – Emilia zamyśliła się. - Wygrażała mi, mówiła, że przyjechałam po to, żeby kogoś zniszczyć. Wystraszyła nas. Nie wiem, co by było, gdyby akurat wtedy Mariusz nie zjawił się ze swoim psem. – Powiedziała spokojnie z wyraźnym zadowoleniem w głosie.

- A... pewnie Kamratowa! – Bartek kiwnął głową. – Kobieta nie jest groźna, ale nieszczęśliwa. Podobno kiedyś była bardzo zakochana w jakimś mężczyźnie, a ten wyjechał na studia i przywiózł ze sobą kobietę, z którą oczywiście ożenił się. Wydarzyła się jakaś tragedia i mężczyzna zginął w wypadku razem ze swoją młodą żoną. Po tym wypadku, podobno Kamratowa sfiksowała i powtarzała wszystkim, że to jej wina, bo życzyła tamtej kobiecie śmierci za to, że odbiła jej ukochanego. – Wzruszył ramionami i uśmiechnął się. - Ale to są tylko plotki, może jesteś podobna to tej jej rywalki? – popatrzył na swoją nową znajomą robiąc przy tym bardzo zagadkową minę. – Pogadaj z moim teściem, on ją zna lepiej i zna tę całą miłosną historię, podobno znał osobiście jej narzeczonego i tę jego żonę.

Podziękował za śniadanie i wrócił do swojej pracy. Chwilę później z wnętrza domu zaczęły dochodzić dźwięki wiertarki, młotka i innych narzędzi. Emilia sprzątnęła ze stolika i zadecydowała, że pojedzie z dziećmi nad jezioro. W domu i tak nie miała nic konkretnego do roboty, a jednocześnie nie chciała, aby dzieci kręciły się obok Bartka i przeszkadzały mu. Kiedy wyjeżdżali, słońce stało już wysoko na niebie, zostawiła swojemu nowemu przyjacielowi zapasowy klucz i powiedziała, że nie wie, o której godzinie wrócą. Potem zapytała, gdzie znajdzie pana Tomasza i odjechała.

 

Lubię czytać
Artykuły




Spis moli