Książka stanowi cudowny przedmiot, dzięki któremu świat poczęty w umyśle pisarza przenika do umysłu czytelnika... Każda książka żyje tyle razy, ile razy została przeczytana.
czwartek, 28 grudnia 2017

Marta Abramowicz urodziła się w 1978 roku w Warszawie. Jest reporterką, badaczką społeczną, działaczką na rzecz praw człowieka, autorką dwóch największych przeprowadzonych w Polsce badań nad sytuacją społeczną osób. Absolwentka psychologii Uniwersytetu Warszawskiego oraz międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych na UW. Pracowała jako dziennikarka. Przez blisko 10 lat, kierowała ogólnopolską organizacją pozarządową Kampania Przeciw Homofobii. Pod jej nadzorem powstał raport dotyczący sytuacji osób biseksualnych i homoseksualnych w Polsce.

Marta Abramowicz   Zakonnice odchodzą po cichu

WYDAWNICTWO KRYTYKI POLITYCZNEJ rok 2016

stron 213

Zakonnice odchodzą po cichu to książka reportażowa.

Autorka przez kilka miesięcy szukała kontaktu z byłymi polskimi zakonnicami, kiedy już do nich docierała okazało się, że nie chcą z nią rozmawiać. Czy czegoś się obawiały? Czy nie chciały rzucać cienia na swój były dom, jakim kiedyś był klasztor. Nie chcą źle mówić o zakonach, chociaż niejednokrotnie przeżyły za murami klasztorów istny koszmar. Milczą nawet przed rodziną. Głęboko w sobie zamykają przeszłość.

A jednak kilka z nich, może kilkanaście odważyło się opowiedzieć o tym, dlaczego opuściły miejsce, do którego w pewnym momencie swojego życia poczuły przyciąganie. Czy powołanie naprawdę istnieje? Czy spełniając swoje powołanie, nadal czują się wartościowymi kobietami? Na czym polega miłość do Boga, czy tylko na bezwzględnym posłuszeństwie w stosunku do Matki Przełożonej i  pozostałych sióstr, modlitwie, i wyrzeczeniu się wszelkich przyjemności?

Autorka dzieląc się ze swoimi czytelnikami rozmowami z kilkoma młodymi kobietami, które odeszły z klasztorów ukazuje nam świat, o którym wielu z nas nie ma pojęcia. Myślimy sobie, że te młode dziewczyny są szczęśliwe oddając się Bogu, ale czy taka jest prawda?

 Zakonnice

Dla wielu z nas rygor klasztorny byłby czymś nie do zniesienia. Samotność, wszelkiego rodzaju zakazy i nakazy to gorsze od więzienia, a jednak wiele kobiet trwa w tym, wierząc, że właśnie TO jest ich SZCZĘŚCIE.

Cytat z książki, z pamiętnika siostry Doroty:

(…) Żyję w wielkiej ciszy. Z nikim nie rozmawiam. Nikt do mnie nic nie mówi. Żyję osobno. To byłoby dobre, gdyby był Bóg. Ale jego nie ma. Nie widzę wokół siebie ani jednej życzliwej twarzy, wszyscy są twardzi – żądają, wymagają, oceniają, sądzą, badają. Czuję się głupia. (…)

Od zawsze wiadomo, że kościół miał wielki wpływ na młode osoby, pracownicy tej instytucji często omamiając zapewnieniami spełnienia się w życiu, przyciągali do siebie osoby, które wierzyły. Wierzyły w Boga, wierzyły w dobroć, wierzyły w człowieka i… często bardzo się zawiodły.

Kobieta w klasztorze, umartwiająca się modlitwą i służebnością często ponad siły (dla kogo?), nie może być szczęśliwa. Te wszystkie nakazy i zakazy nie działają pozytywnie na normalny umysł. Prędzej czy później zaczynają wzniecać wewnętrzny bunt. Otwierają oczy na sytuacje absurdalne, które niby prowadzą do wiecznego zbawienia, do wiecznego szczęścia. Ale pozbawiają też często własnego zdania i to nie tylko dotyczącego szacunku do życia, ale przede wszystkim szacunku do siebie.

Władze kościelne od zawsze dyskryminowały kobiety, co zatem powodowało, że wiele z nich uważa się wybrankami Boga? Skoro posługa zakonna jest tak miła Bogu, to dlaczego sprowadza on te kobiety do najniższych życiowych ról? Robi z nich niewolnice, pozwala na to, aby były niewolnicami nie tylko własnych umysłów, ale przede wszystkim ludzi, i to nie tylko mężczyzn.

Księdzu wolno wiele, zakonnikowi wolno wiele a zakonnicy…???

Nie jest to lekka lektura, i z pewnością wielu katolików będzie oburzonych tym, że ktoś odważył się o tym głośno mówić. Ktoś podważył dobro Boga. Ale gdybyśmy wszyscy milczeli, to świat z pewnością by na tym nie zyskał. Może ta książka uchroni jakąś dziewczynę, która poczuje powołanie zakonne, i uważa, że tylko za murami klasztoru spełni się jako służebnica pańska. Nie jako kobieta, nie jako matka ale właśnie jako służebnica Boga, księży, Matki przełożonej i innych ludzi korzystających z tej jej „niewoli”.

Sens jakim miała być służba Bogu nagle zostaje zatracony, życie w zakonie często równa się z walką o przetrwanie w zakłamanym i trudnym do zrozumienia miejscu. Czym różnią się zakony od sekt? Może ktoś mi to kiedyś wytłumaczy.

Przyszłam na świat w rodzinie katolickiej, głęboko wierzącej i kultywującej wszelkie kościelne prawa. Dziś może nie uważam się za katoliczkę, może dlatego, że wszystko to zostało mi z góry narzucone i z czasem poznałam te czarne strony wiary, często „pseudo wiary”. Jestem agnostyczką, lubię wejść do kościoła i porozmawiać sobie z kimś, nie ważne kto to jest - Bóg, Anioł, Maryja… Lubię ciszę i zapach starych kościołów, ale nie czuję więzi z tą instytucją. Z pewnością daleko mi do głębokiej wiary w dobrodusznego, wszechmocnego Boga, którego nie ma tam, gdzie go najbardziej potrzebują.

Kiedyś przyjaźniłam się z pewną siostrą zakonną, było to ponad 40 lat temu, ale do dzisiaj pamiętam jej słowa, kiedy podczas pewnej rozmowy powiedziałam jej, że chciałabym wstąpić do klasztoru.

Ty nie jest do tego stworzona. Klasztor to nie miejsce dla ciebie, bo ty bardziej przysłużysz się Bogu, kiedy będziesz żyła normalnie, żyła jak wszyscy, żyła według Dziesięciu Przykazań Bożych. Uwierz mi, nigdy nie odnalazłabyś się dostosowując swoje życie do Pięciu Przykazań Kościelnych.

Dziś wiem, że nie trzeba być katolikiem, chrześcijaninem, aby być dobrym człowiekiem. Wtedy nie rozumiałam tego, co chciała mi przekazać siostra Irmina, dziś wiem, że ona dobrze wiedziała, że bardzo szybko stałabym się buntowniczką w tym nieznanym mi miejscu.

Bardzo gorąco zachęcam do przeczytania tej książki. Nie ważne czy ktoś jest wierzący, gorliwy katolik, czy agnostyk czy ateista. Z pewnością w wielu czytelnikach ta lektura wzbudzi oburzenie, ale wielu otworzy oczy na fakt manipulacji, jaki w ostatnich latach rozprzestrzenia się nie tylko w Polsce ale i na świecie. W imię Boga.

Nie twierdzę, że wszystkie klasztory kryją za swoimi murami nieszczęśliwe zakonnice, zapewne są takie zakony, w których te kobiety mogą spełniać się nie tylko w modlitwie. Pracują, przebywają wśród świeckich i są szczęśliwe. Oby każda młoda dziewczyna wstępująca do zakonu nie żałowała swojej decyzji.

Zakonnice

poniedziałek, 25 grudnia 2017

Marcin Wroński urodził się w 1972 roku. Jest jednym z najbardziej utytułowanych autorów kryminałów w Polsce. Jego twórczość jest często nagradzana, między innymi jest zdobywcą Nagrody Wielkiego Kalibru, dwukrotnej Nagrody Wielkiego Kalibru Czytelników oraz Nagrody Kryminalnej Piły. Był felietonistą i dziennikarzem radiowym, pracował również jako nauczyciel i pisał książki dla dzieci. Ale największy sukces i popularność przyniosła mu seria o komisarzu Maciejewskim.

Marcin Wroński   Czas Herkulesów_Marcin Wroński

Wydawnictwo WAB rok 2017

stron 285

Czas Herkulesów to kryminał retro noir. IX część z serii o komisarzu Maciejewskim.

Jest rok 1938. Komisarz Zyga Maciejewski nagle znajduje się po drugiej stronie pracy policyjnej i zostaje wysłany do Chełma  jako oficer inspekcyjny. Nie jest przyzwyczajony do takiej pracy, zaangażowany często w śledztwa musi teraz w schludnym garniturze radzić sobie w papierkowej robocie. W tym samym czasie w Chełmie zostają znalezione zwłoki młodego sportowca, a jednym z głównych podejrzanych w sprawie morderstwa jest były zapaśnik, idol komisarza z dzieciństwa. Maciejewski nie może sobie odmówić zaangażowania w śledztwo i kosztem swojego urlopu próbuje rozwikłać zagadkę, co staje się irytujące zarówno dla jego przełożonych, drażni śmietankę chełmskich kibiców i irytuje sędziego śledczego. Im bliżej komisarz jest rozwiązania, tym więcej ludzi nagle traci życie. Kto i dlaczego zamordował chłopaka? Kim są mężczyźni, których ciała również znaleziono i wpisano do rejestru policyjnego jako NN? Czy komisarzowi uda się znaleźć motywy zbrodni a także zabójcę, a może zabójców?

Jest to moje pierwsze spotkanie z bohaterem serii, ale już wiem, że nie ostatnie. Zresztą na mojej półce z książkami czeka już jedna z książek tej serii.

Autor bardzo sprytnie potrafi poprowadzić czytelnika w odległy w czasie kłąb intryg o podłożu kryminalnym równocześnie z prowadzonym śledztwem, dość dokładnie umiejscawiając fabułę w konkretnym czasie i konkretnym miejscu. Fakty historyczne wplecione w fabułę uzupełnia staropolskim słownictwem, często dość potocznym a nawet momentami bardzo prostackim (słowa: „wysrać”, „odpierdzieć” idealnie pasują do opisywanych w danym momencie postaci, chociaż trochę „zgrzytały” u mnie podczas czytania).  Często wtrącane w dialogach lub opisach jest słownictwo rosyjskie (ukraińskie) i chociaż uczyłam się rosyjskiego, to nie wszystko było dla mnie dość zrozumiałe. Myślę, że niczego nie ujęłoby tej książce tłumaczenie niektórych zwrotów w stopce strony. Tutaj mowa polska miesza się z ukraińską i żydowską, ale dzięki temu świetnie został odzwierciedlony klimat i kultura mieszkańców miasteczka.

Główny bohater - komisarz Zyga Maciejewski, jest osobą, którą da się lubić, nałogowo pali papierosy, a i od alkoholu nie stroni. Jego osoba budziła jednak we mnie pewnego rodzaju spory. Nie pochwalałam jego brutalności, wulgarności czy często okropnego  zachowania wobec innych, ale podziwiałam jego zmysł obserwacji, inteligencję, intuicję i oczywiście fachowość.

Moim zdaniem jest to książka skierowana głównie do mężczyzn, chociażby z powodu wielu wątków sportowych dotyczących zapasów. Ale przedstawiony w niej świat męski (knajpy, hazard, bijatyki, brutalność, czy skorumpowany światek wyższych urzędników) zainteresuje niejedną przedstawicielkę płci pięknej. Autor w wyjątkowo trafny sposób wprowadza czytelnika w niuanse śledztwa i potrafi zainteresować go na tyle skutecznie, że trudno jest się oderwać od stron książki.

Drobiazgowo wręcz i bardzo wiarygodnie został oddany w tej książce klimat przedwojennego miasteczka z roku 1938, w którym odczuwany na każdym kroku jest antysemityzm i rasizm.

Z pewnością dużym plusem powieści są ciekawie przedstawieni bohaterowie, ich osobowości są wyraziste, zarówno pod względem wizualnym jak i charakterologicznym.

I chociaż początkowo fabuła trochę się ciągnęła ślimaczym tempem, to druga połowa książki sprawiła, że nie potrafiłam oderwać się od książki.

Polecam tę powieść szczególnie panom, panie preferujące tkliwe romanse lub wzruszające powieści obyczajowe mogą się przy tej książce nudzić. Jeżeli jednak lubią dobre kryminały z nutką historii, to książką jest z całą pewnością dla nich. Zaczęłam przygodę z komisarzem Maciejewskim od ostatniej (IX) części, ale nawet nie czytając poprzednich potrafiłam się w niej odnaleźć. Zatem… czas chyba poznać te wcześniejsze również.

Dziękuję Wydawnictwu WAB, które było jednym ze sponsorów na naszym piątym spotkaniu w Sopocie A może nad morze? Z książką za możliwość przeczytania tej książki.

logo spotkania

logo WAB

czwartek, 14 grudnia 2017

Magdaleny Witkiewicz i Alka Rogozińskiego nie będę przedstawiała, ponieważ oboje tyle razy już gościli na moim blogu, że chyba nie muszę się powtarzać. Zresztą, chyba nie ma wśród czytelników osoby, która by tej pary pisarzy nie znała. ONI SĄ WSZĘDZIE. Na moich półkach książkowych również.

Jak się zaczęła historia pudełka z marzeniami?

Najpierw dostałam tajemniczą przesyłkę o treści:

Serdeczne pozdrowienia przesyłamy z pewnego miasteczka, gdzie marzenia się spełniają

#nietylkoodświęta

W niewielkiej restauracji na ulicy Czereśniowej stoi

#pudełkozmarzeniami

Liczymy na to, że bęzie4sz chciała odwiedzić to miejsce. Miejsce pełne ciepła bijącego od rozpalonego kominka, blasku świec i zapachu cynamonu.

Czujesz ten zapach?

Zapraszamy Ciebie serdecznie!

Kiedy zaczęłam się zastanawiać, co oznacza ta dziwna kartka, zauważyłam na Fb, że kilka moich koleżanek również chwali się, że otrzymało taką przesyłkę. I zaczęły się spekulacje… kto to przysłał, w jakim celu itp.

Magdalena Witkiewicz_Alek Rogoziński  Pudełko z marzeniami

Wydawnictwo FILIA rok 2017

stron 329

Pudełko z marzeniami to komedia romantyczna, której fabuła umiejscowiona została w czasach nam współczesnych, w małym miasteczku.

Malwina ma problem ze swoim ukochanym. Pewnego dnia postanawia zmienić swoje życie, wyjeżdża do pewnego miasteczka, w którym kupuje stary dom i zakłada w nim restaurację. Niestety chłopak Malwiny odchodzi „w siną dal”, ale za to z dalekiej Francji wraca do Polski babcia dziewczyny i postanawia zamieszkać z wnuczką. Zdradzony przez narzeczoną i oszukany przez wspólnika Michał, po tym jak ciocia na łożu śmierci wyjawia mu pewną tajemnicę rodzinnego skarbu, postanawia wyjechać do miejscowości, o której cioteczka wspominała i… poszukać tegoż skarbu. Niestety jest pewien problem, bo w miejscu, w którym powinien być ukryty skarb znajduje się restauracja. Czy Malwina i Michał dogadają się w sprawie skarbu? Kto i dlaczego będzie się starał połączyć tych dwoje? I co wspólnego z nimi mają dwie wścibskie staruszki, dwójka dzieci i kapliczka z figurką świętego Ekspedyta?

Myślę, że jeżeli ktoś przeczytał chociaż jedną książkę któregoś z tych autorów, domyśla się czego można się spodziewać po tej powieści. Nastrajająca bardzo pozytywnie fabuła, z wątkiem zimowo-świątecznym to coś, co z pewnością pozwoli na oderwanie się od szarości dnia codziennego. Poznajemy w tej historii ciekawe osoby, ale, jeżeli ktoś czytał „Pracownię dobrych myśli” to spotka w niej również bohaterów z tamtej powieści. Moją ulubioną postacią jest oczywiście pani Wiesia, wiedząca wszystko o wszystkich i proponująca każdemu nalewkę malinową „dla zdrowotności”.

Bardzo wyraziste postacie wykreowane przez autorów, to cudowny dodatek do fabuły, która bawi, wzrusza i nie pozwala na oderwanie się od stron książki na dłużej. W tej książce mamy całą plejadę osób różnych pokoleń, od dziecka do staruszki, które niewiele mają wspólnego z typowymi przedstawicielami swoich pokoleń. Staruszki, są może trochę wszędobylskie, ale chcą przecież tylko czynić dobro. Bo „przecież znają się na rzeczy, bo i gazety czytają, i telewizję oglądają i nawet mają fifi”. A dzieciom raczej daleko do błogiej dziecięcej naiwności, są kreatywne i pomysłowe, chociaż nie zawsze ich dążenie do czynienia dobrych uczynków, kończy się dla wszystkich pozytywnie.

Do plusów można zaliczyć również ciekawe i przede wszystkim zabawne dialogi.

Ta książka to opowieść o tym, że dobro można znaleźć pod każdą postacią. Ludzie potrafią być bezinteresownie życzliwi, i budują poczucie wiary w to, że marzenia mogą się spełniać, gdy tylko mocno czegoś chcemy. Ktoś może uznać, że jest to taka niecodzienna baśń dla dorosłych, ale czy my – dorośli, nie możemy podelektować się trochę baśniami?

Pisanie w duecie zawsze wydawało mi się trochę ryzykowne, czytelnik nie powinien bowiem domyślać się, który z fragmentów napisała ta czy tamta osoba. W przypadku tej książki, myślę że udało się zaskoczyć czytelników, ponieważ każdy z tych autorów ma podobne poczucie humoru i podobny styl. Przeczytałam prawie wszystkie książki Magdy Witkiewicz i wszystkie Alka Rogozińskiego i tylko z małymi fragmentami nie miałam wątpliwości, kto pisał, ale co do całości to… no cóż pozostało mi się domyślać.

Chyba nie muszę tej książki specjalnie polecać, zwłaszcza tym, którzy czytali „Pracownię dobrych myśli”. Ponowne spotkanie z panią Wiesią i jej nalewkami dla zdrowotności to z pewnością coś bardzo przemiłego. I chociaż wiele sytuacji w tej książce było dość przewidywalnych, to jak tu się oprzeć tak cieplutkiej, przeuroczej historyjce, która człowieka nastraja bardzo pozytywnie, zwłaszcza w okresie przed świętami Bożego Narodzenia. Jest to lekka, łatwa i przyjemna lektura szczególnie na długi, pochmurny wieczór, gwarantująca uaktywnienie w organizmie endorfin, których bardzo ich potrzebujemy gdy na dworze szaro, buro i ponuro, i wiary w to, że marzenia często się spełniają.

Św Ekspedyt

Kapliczkę z tym oto świętym Ekspedytem, patronem pilnych spraw, miała Michalina w piwnicy swojej restauracji. On też sprawiał w Miasteczku, że marzenia wrzucane do pudełka się spełniały. Była to naprawdę jego sprawka, czy siła autosugestii ludzkich umysłów i woli ludzkich serc?

niedziela, 10 grudnia 2017

Joanna Szarańska urodziła się w 1982 roku. Jest nie tylko pisarką, ale również copywriterką o stu specjalnościach, osobą pogodną i czarującą świat swoim uśmiechem. Zakochana w piłce nożnej, języku hiszpańskim i książkach. Miłośniczka powieści Stephena Kinga. Współpracuje z fundacją Miasto Słów i Klubem z Kawą nad Książką.

Joanna Szarańska   Cztery płatki śniegu_Joanna Szarańska

Wydawnictwo CZWARTA STRONA rok 2017

stron 330

Cztery płatki śniegu to książka z gatunku współczesnej literatury obyczajowej.

W pewnej kamienicy mieszkańcy są tak bardzo pochłonięci problemami życia codziennego, często wyimaginowanymi, że nie zauważają jak szybkimi krokami zbliża się magiczny czas Świąt Bożego Narodzenia. Zuzanna i Kajetan z powodu pewnego kartonu będącego własnością przyjaciela, który mężczyzna postanowił przechować we własnym domu, zaczynają podejrzewać się wzajemnie o zdrady. Monika i Jakub – rodzice małego chłopczyka, niby wiodą szczęśliwe życie, ale dla młodej matki solą w oku jest teściowa, która na jakiś czas postanawia zamieszkać z synem i synową. Anna jest żoną Waldemara, człowieka obsesyjnie ogarniętego skąpstwem. A Marzena samotnie wychowuje kilkuletnią córeczkę Stasię, która ma ciągłe wyrzuty sumienia, że nie jest dla swojej mamy wystarczająco dobrym dzieckiem. Jest jeszcze Maciej – zastępczy wychowawca klasy 2a, oraz ksiądz Wojciech i chyba najważniejsza osoba – pewna staruszka, która jest nie tylko mieszkanką tej kamienicy, ale również samozwańczą dozorczynią i ekspertem od wszystkich uczuć i związków międzyludzkich, która marzy tylko o jednym… zmobilizować sąsiadów aby święta były piękne, radosne i… wspólne. Czy samotnej staruszce uda się zaśpiewać kolędę w towarzystwie sąsiadów? Czy przed świętami rozwiążą się problemy ludzi mieszkających w tym samym domu? Czy wystarczą tylko cztery płatki śniegu aby poczuć magię świąt?

Ta książka, niby jest lekturą świąteczną, ale trudno z niej początkowo zaczerpnąć tej świątecznej magii. Jest to natomiast niesamowita opowieść o tym, jak ludzie tłumią w sobie emocje, snują bezpodstawne przypuszczenia, katują się podejrzewaniami zamiast szczerze ze sobą porozmawiać. W natłoku egoizmu i bezmyślnych decyzji często zapominają, czym tak naprawdę jest zwykła ludzka życzliwość, zapominają czym jest tradycja i jak pięknie można przygotować się do świąt znajdując radość w tym, że wspólnie można więcej.

Jak często jest tak, że ludzie mieszkają w jednym bloku, w jednej kamienicy, w jednej klatce a znają się tylko z widzenia. Zagonieni pracą, zapatrzeni w siebie, nie zauważają tego co jest jedną z podstawowych zasad ludzkości - humanitaryzm. Sąsiadka z parteru widziana zawsze z uśmiechem na twarzy, być może oprócz tego, że jest miłą staruszką może być równocześnie bardzo samotną staruszką. Sąsiadka z piętra, elegancka miła pani, być może jest zastraszoną i tyranizowaną przez męża kobietą, której nie wolno nawet umówić się na kawę z koleżanką. Sympatyczna mała dziewczynka wychowywana przez samotną matkę, która zawsze grzecznie się kłania, zawsze czysta i zadbana być może walczy z samotnością, bo nie może się odnaleźć w gronie koleżanek, których rodzice są lepiej sytuowani finansowo.

Aspołeczna znieczulica to jedna wielka SAMOTNOŚĆ. Czy warta jest tego wszystkiego, co szczelnie zamykamy w swoich domach, w swoich sercach i w swoim życiu?

(…) Chociaż mieszkali w jednym budynku i pozornie wiedzieli o sobie wszystko, tak naprawdę nie zadali sobie trudu, by choć odrobinę się poznać. Wpatrywali się w czubki własnych nosów, wmawiając sobie, że ich to nie dotyczy. (…)

Autorka porusza w książce bardzo ważne tematy, problemy dotyczące wielu przeciętnych ludzi. Robi to z humorem, ale tak naprawdę stara się w ciepły i wzruszający sposób opowiedzieć kilka historii zwykłych ludzi, których może połączyć coś pięknego, po warunkiem, że będą tego chcieli.

Czytając tę lekturę, na zmianę uśmiechałam się i tłumiłam łzy, potępiałam jednych bohaterów, jednocześnie mocno trzymając kciuki za drugich. Jedno jest jednak pewne, te kilka przedstawionych historii skłoniło mnie do refleksji. I to nie tylko refleksji dotyczących świąt Bożego Narodzenia.

Na początku książki trochę się gubiłam, kto jest kim i z kim, przyznam szczerze, że musiałam sobie nawet zrobić taką małą ściągę, żeby połapać się w bohaterach, których w tej książce jest wielu. Przedstawione w fabule perypetie rodzinne wielu osób są przykładem na to jak łatwo można zapomnieć o tym co jest najważniejsze i co tak naprawdę w liczy się w życiu. Tym wszystkim ludziom zabrakło jednego – szczerej, rozmowy, która potrafiłaby rozwikłać niejeden problem.

Moim zdaniem ta lektura nie jest taką typową ciepłą opowiastką przedświąteczną, która wprowadzi nas w ten magiczny świąteczny czas, ale z pewnością nam uświadomi, czego nie należy unikać w stosunku do innych ludzi, zwłaszcza w okresach takich jak przedświąteczny. Przecież między gruntownymi porządkami, pieczeniem makowca, czy strojeniem choinki może moglibyśmy znaleźć tę odrobinę czasu dla drugiej osoby, dla kogoś, kto chętnie podzieli się dobrym słowem.

Polecam tę książkę jako lekką, łatwą i przyjemną lekturę na jakiś weekend. I chociaż, tak jak wspomniałam wcześniej, autorka porusza w niej dość trudne tematy, to z całą pewnością jest to książka przepełniona humorem, a tego nie powinniśmy unikać. Jest to moje pierwsze spotkanie z dorobkiem pisarskim tej autorki, bardzo bym chciała, aby nie było ostatnim. Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze sięgnę po inną książkę Joanny Szarańskiej.

czwartek, 07 grudnia 2017

Magdalena Kordel urodziła się w 1978 roku w Otwocku. Jest autorką, bestsellerowych powieści „Uroczysko” i „Sezon na cuda”. Podobno pisać zaczęła, by poradzić sobie z trudną przeszłością, ale szybko okazało się, że jej książki stały się balsamem dla duszy tysięcy czytelników.
Uwielbia podróżować, czytać i gotować. Razem z mężem i dwójką dzieci mieszka w Otwocku i kiedy tylko może, ucieka w Sudety, bo marzy się jej dom gdzieś wysoko w górach. Wie, jak ważne są marzenia, dlatego pomaga spełniać je innym. 

Magdalena Kordel   Anioł do wynajęcia_Magdalena Kordel

Wydawnictwo ZNAK rok 2016

stron 381

Anioł do wynajęcia to współczesna powieść obyczajowa, którą powinno się przeczytać w okresie zbliżającym nas do świąt Bożego Narodzenia.

Michalina to osiemnastolatka, która uciekła z domu, ponieważ nie potrafiła pogodzić się z rządami swojej macochy i trudnej do zaakceptowania roli ojca w jej nowej rodzinie. Po śmierci ukochanej babci, nie może sobie znaleźć miejsca w życiu i kiedy w wyniku dość bezmyślnego zachowania staje się coś, co z pewnością zaważy na jej życiu, dziewczyna ucieka z domu. Tuła się po mieście, które coraz bardziej ogarnia zimowa przedświąteczna aura ,i kiedy już wydaje jej się, że dłużej tej tułaczki nie wytrzyma, na jej drodze stają (niby) przypadkowe osoby, które… być może są odzewem na jej prośbę skierowaną do Boga, w przypadkowym kościele:

(…) Gdybyś całkiem przypadkiem, tam u siebie na górze, miał jakiegoś bezrobotnego anioła, anioła do wynajęcia, to pamiętaj  mnie. Bardzo proszę. A, i gdybyś mógł mi pomóc w tym, żebym tak do końca nie zapomniała, czym jest miłość i radość. (…)

 W tym samym czasie, pewna dość apodyktyczna staruszka, również ma dość swojego samotnego życia. Cóż z tego, że ma piękne, duże mieszkanie, ma pieniądze, gdy nie ma nikogo bliskiego. Czy coś połączy te dwie kobiety? Co takiego musi się wydarzyć w życiu, aby człowiek otworzył oczy i zobaczył drugiego człowieka? Czy przedświąteczny czas naprawdę sprzyja uczuciom takim jak miłość, wiara w drugiego człowieka, wybaczenie?

To moje pierwsze spotkanie książkowe z dorobkiem pisarskim tej autorki. Ta powieść to moim zdaniem baśń dla dorosłych, ale czy dorośli nie mają prawa do baśni? Historia opisania w książce przecież mogła zdarzyć się naprawdę. Kto wie, może nawet nie jest fikcją literacką a odzwierciedleniem czyjegoś trudnego życia.

Autorka pozwala czytelnikowi na chwilę zapomnieć o otaczającej znieczulicy i uwierzyć w cuda, których mogłoby być na tym świecie więcej gdybyśmy się sami o nie postarali. Czasami wystarczy czyjś uśmiech, podanie komuś dłoni, niewiele znacząca pomoc, która może okazać się czymś wyjątkowym i ważnym.

Ta lektura, to z całą pewnością ciepła i pouczająca opowieść o tym, że czasami mały gest może być dla kogoś wielkim szczęściem. I nie musi być to w okresie, w którym działa na wielu magia świąt. Te trudne problemy poruszone w powieści nie są fikcją, takich problemów jest wokół nas wiele, tylko że nie zawsze je zauważamy. Pracując ze starszymi ludźmi doskonale wiem, jak wielkim problemem dla nich jest samotność. Ale ilu młodych ludzi czuje tę samotność nawet we własnych domach, w których z pozoru wszystko jest tak jak należy.

Czytając tę książkę, czułam wręcz zbliżające się święta. Autorka w cudowny, prawie magiczny sposób potrafi czytelnika wprowadzić w ten nastrój, malowniczo opisując wszystko, nawet pieczenie ciast. Wiem, że to śmieszne, ale kiedy czytałam o tych piernikach, czy kwiatach, to prawie czułam ich zapachy.

Mimo tego, że fabuła przedstawia czytelnikowi trudne i bolesne sytuacje, jest to powieść dość zabawna. Styl pisarski Magdaleny Kordel jest tak specyficzny, że czytając, na przemian śmiałam się i wzruszałam. Gdybym miała dać tej autorce jakiś przydomek, to nazwałabym ją Królową Emocji.

Bardzo wyraziste postacie, i ciekawie skonstruowane (często bardzo zabawne) dialogi są z pewnością atutami tej powieści, a w połączeniu z fabułą, tworzą prawdziwy majstersztyk.

Ta powieść ma w sobie jakąś magię, emanuje ciepłem i pozytywną energią. Może dlatego tak to odczuwam, że od zawsze wierzyłam w moc aniołów, i chociaż mój osobisty Anioł Stróż czasami bierze sobie wolne, to zawsze wierzę, że w końcu do mnie wróci.

Kiedyś, gdy działo się w moim życiu coś, co spowodowało, że zachwiała się moja wiara w ludzi, w Boga, i nawet w mojego Anioła Stróża, moja koleżanka przysłała mi pewien filmik i powiedziała całkiem poważnie: „nie odtrącaj go, on jest przy tobie, daj mu szansę”. Daleko mi do kościoła jako instytucji, ale wierzę, że gdzieś tam jest ktoś, kto kiedy upadam, podaje mi rękę i pomaga wstać. Może to jest tylko moja wewnętrzna siła, a może…

Polecam tę powieść nie tylko miłośniczkom literatury kobiecej. To lektura obowiązkowa przed każdymi świętami Bożego Narodzenia, i ja chętnie wrócę do niej nie raz. To książka, która pozwoli się wyciszyć, ale również rozbawi do łez. I z całą pewnością na długo pozostawi w nas pozytywną energię jaką nas naładuje.

P.S. Bardzo ciekawym dodatkiem są na końcu książki przepisy potraw świątecznych, i przyznam, że chyba któryś z nich w tym roku wykorzystam.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 88
Lubię czytać
Artykuły




Spis moli