Książka stanowi cudowny przedmiot, dzięki któremu świat poczęty w umyśle pisarza przenika do umysłu czytelnika... Każda książka żyje tyle razy, ile razy została przeczytana.
niedziela, 13 maja 2012

Okładka.jpg„Pamiątka z Paryża” jest kolejną moją książką, ale dla mnie bardzo szczególną, do której zawsze będę czuła pewien sentyment. Siedem dni spędzonych w Paryżu pozostanie w mojej pamięci na bardzo długo, ponieważ spędziłam te dni z kimś bardzo dla mnie ważnym i dlatego, że zobaczyłam Paryż oczami legend, tajemnic i historii, dzięki pewnej wspaniałej kobiecie, imieniem Mireille.

Mieszkałyśmy w pięknym podparyskim miasteczku Yerres i codziennie rano jechałyśmy pociągiem do Paryża. Spędzałyśmy w nim cały dzień i wieczorem wracałyśmy. Dzięki Mireille poruszanie się w podziemiach metra było szybkie i proste. Gdybyśmy były same to z pewnością większą część czasu błądziłybyśmy klucząc z jednego peronu na drugi.

Mireille oprowadzała nas uliczkami tego miasta i prawie w każdym miejscu potrafiła opowiedzieć coś ciekawego, co głęboko trafiało do mojej wyobraźni. Kiedy kilka lat temu byłam w Paryżu, widziałam to miasto tylko z perspektywy zabytków i turystycznych atrakcji. Teraz, zobaczyłam to wszystko oczami imaginacji. Oczami legend, ciekawostek i tego wszystkiego, czego nie zobaczy przeciętny turysta. W opowiadaniach Mireille nie było dat, ani zbyt wielu nazwisk, ale był tamten świat. Piękny i okrutny jednocześnie. Dokładnie taki, jaki starałam się odtworzyć we wspomnieniach mojej bohaterki.

Ktoś, kto jeszcze nie był w tym mieście, to po przeczytaniu tej książki może nabierze ochoty, aby tam pojechać. Spacerując ulicą Champs-Élysées, nie będzie widział tylko drogich sklepów i restauracji, ale oczami własnej wyobraźni, zobaczy spacerującą Marię Antoninę. Kiedy pojedzie na cmentarz Pere Lachaise, (koniecznie trzeba go zobaczyć) to biegając w poszukiwaniu grobów F.Chopina, J.Morrisona, czy E.Piaf, poczuje tę dziwną magię starych, ponad stu letnich grobowców.

Ktoś, kto był w Paryżu, to z pewnością przypomni sobie te wszystkie miejsca, które widział. O których tak niewiele być może wie.

Tak jak powiedział jeden z moich bohaterów, na świecie jest tysiące pięknych miast. Nie wiem, czy kiedykolwiek zdołam, chociaż kilka z nich zobaczyć, ale bardzo chciałabym je zwiedzić właśnie z kimś takim jak Mireille. Nie z przewodnikiem, który klepie z pamięci regułki typu: „to jest…”, ale z kimś, kto opowie mi o tym mieście ciekawe legendy. Pokaże miasto od strony historii działającej na wyobraźnię, nie historii podręcznikowej, ale tej wtajemniczonej w życie codzienne, w intrygi byłych mieszkańców, w romanse itp.

 



sobota, 12 maja 2012

Autor napisze swoje dzieło i najchętniej już chciałby aby znalazło się w księgarniach a jego wyobraźnia, pokazuje mu tysiące zaczytanych osób właśnie w jego książce.

Niestety, ale to wszystko nie tak wygląda jak maluje nasza wyobraźnia. Droga od napisania do czytania jest tak długa i wyboista, że często zniechęca młodych autorów do zmaterializowania swojego dzieła.

Autor nawet nie zdaje sobie sprawy ile bzdurnie ułożonych zdań, i ile błędów (nie mam na myśli błędów ortograficznych, bo te wyłapuje każdy komputer w trakcie pisania) stylistycznych i gramatycznych zawiera napisane dzieło. Przekonałam się o tym bardzo boleśnie i teraz jest mi z tego powodu strasznie wstyd, ponieważ oddałam "moje dzieło" w ręce czytelniczek jako dziewiczy tekst (chciałam się jak najszybciej pochwalić) i nawet nie zastanawiałam się ile w nim jest GAF.

KROK 1

Tak więc, zanim "dzieło" trafi do potencjalnego czytelnika autor musi co najmniej trzy razy przeczytać TO swoje dzieło i gwarantuję, że za każdym razem wyłapie kolejne własne gafy. Choćby czytał ten tekst 100 razy, to i tak zawsze znajdzie coś do poprawienia.

KROK 2

Po pierwszej własnej korekcie dobrze jest dać tekst do przeczytania innej osobie, a najlepiej to co najmniej dwom, które pozaznaczają w nim własne uwagi i znalezione błędy i gafy. Wtedy dobrze jest porównać tekst ze swoimi poprawkami i poprawkami tej drugiej osoby, bo może się okazać, że zaznaczone zostały te same błędy.

U mnie takim pierwszym krytykiem i korektorem jest moja siostra, która często na marginesie mojego "dzieła" wypisuje mi swoje spostrzeżenia i poprawione myśli. Czasami moja siostra podrzuci tekst którejś ze swoich kumpelek i wtedy już mam pewność, że poprawione błędy są szczerze potraktowane, ponieważ osoba czytająca mój tekst mnie nie zna, więc wali prosto z mostu co i jak nie obawiając się, że jak mogę to uznać za złośliwość. Takie uwagi są jednak dla mnie najcenniejsze.

KROK 3

Kiedy już zostaną naniesione poprawki zarówno własne jak i obce, to niestety ale znowu trzeba przeczytać cały tekst, ponieważ w trakcie nanoszenia poprawek często się zdarza, że nie zauważymy jakiejś zapomnianej lub źle skasowanej litery albo sylaby i potem może wyglądać tak:

Kamratowa nie jest złą kobietą. Jest chora i jak zapewne zauważyłaś czy domyśliłaś się.

zamiast

Kamratowa nie jest złą kobietą. Jest chora, jak zapewne zauważyłaś czy domyśliłaś się.

KROK 4

Koniecznie trzeba nauczyć się korzystania z synonimów bo tekst może być dużo ciekawszy, a nie takie "masło-maślane" jak na przykład:

Co wieczór piękna księżniczka przeżywała piękne przygody u boku zakochanego w niej, pięknego księcia, w pięknym ogromnym pałacu, który mieścił się w pięknej, bezpiecznej krainie.

zamiast

Co wieczór śliczna księżniczka przeżywała wymarzone przygody u boku zakochanego w niej, księcia, w baśniowym dużym pałacu, który mieścił się w bezpiecznej krainie.

Niestety nawet czasami oddanie tekstu w ręce profesjonalistów (tu mam na myśli wydawnictwo) nie daje gwarancji poprawy błędów.

Wiem to z własnego doświadczenia, bo kiedy otrzymałam moją pierwszą książkę, wydrukowaną przez profesjonalne wydawnictwo to od razu rzuciły mi się w oczy wyrazy, których ja wcześniej nie zauważyłam, a oni niestety też nie.

To tyle jeśli chodzi o moje pierwsze sugestie, które wyszły z mojej głowy po moich początkowych porażkach pisarskich.

Okładka1.jpgKiedy zaczęłam pisać tę książkę nie byłam pewna, czy piszę ją od tak dla siebie, czy kiedyś zdecyduję się na wydanie jej. Zawsze chciałam coś po sobie pozostawić, a książka przetrwa wiele lat, jeżeli oczywiście nie zostanie potraktowana jednorazowo i zniszczona po przeczytaniu.

Myślę, że do wydania jej skłoniła mnie chęć pozostawienia ,,czegoś” po sobie i dziś już wiem, że nie jest to moja jedyna książka.

Do wydania ,, Leśniczówki” skłoniły mnie również myśli o mojej mamie. W trakcie pisania myślałam o mojej mamie z nadzieją, że będzie ze mnie dumna. W swoim życiu tak niewiele jej dałam powodów do dumy, ale może ta książka to sprawi.

Zaczęło się całkiem niewinnie. Którejś nocy nie mogłam zasnąć i zaczęłam pisać. Od kilku lat pisałam bloga więc chciałam zacząć pisać coś innego jak "pamiętnik w sieci". Palce same skakały po klawiaturze komputera i nawet nie zauważyłam, jak wskazówki zegara przekroczyły godzinę drugą, a przede mną widniało kilka pierwszych stron mojego "pierwszego dzieła".

Potem już prawie każdy kolejny wieczór spędzałam z bohaterką mojej książki. Robiłam to oczywiście w całkowitym odosobnieniu, aby broń Boże nikt się nie dowiedział, że ja kobieta w dość poważnym już wieku zaczęłam się bawić w pisarstwo.

Zawsze dużo czytałam książek i czytam nadal. Czasami wszystko idzie w odstawkę, a ja zagłębiam się w czytanie.

O pisaniu myślałam już dawno. Swoją pierwszą książkę napisałam tak właściwie kiedy miałam około 19 lat. Pamiętam jak dziś, że napisałam ją w zeszycie A4, wtedy jeszcze o komputerach nawet nie słyszałam, ani nawet o maszynie do pisania. Niestety w trakcie którejś z przeprowadzek, z wynajętego pokoju do kolejnego wynajmowanego, dałam kilka kartonów ze swoimi rzeczami do przechowania do piwnicy mojego chłopaka i "moja książka" została potraktowana jako makulatura i fiu...

 

Widać było, że ktoś tutaj zaglądał od czasu do czasu, bo wszystko było utrzymane w takiej czystości, jak gdyby zaraz mieli wrócić mieszkańcy tego domu. Teraz ona jest właścicielką leśniczówki i z każdą chwilą ma ochotę zostać tutaj na zawsze. Pieniędzy wystarczy jej na długo, a jak się skończą to poszuka jakiejś pracy. Dopiła wina i pomyślała, że najwyższy czas położyć się, ale tysiące myśli kotłowało się w jej głowie.

Ciekawe, o której godzinie Bartek przyjedzie, aby rozpocząć prace remontowo – konserwatorskie. Miała nadzieję, że zdąży wstać przed jego przyjazdem. Zaniosła pusty kieliszek do kuchni, zmyła chusteczką makijaż, włożyła na siebie stary podkoszulek i położyła się.

 

- Emi, wróciłaś, tęskniłem za tobą! – Z werandy dobiegł radosny głos małego chłopca. – Dlaczego tak długo cię nie było, kochana?

- Oli ja też za tobą tęskniłam! Przecież wiesz, że byłam u cioci i wujka na wakacjach – w drzwiach stała mała, około pięcioletnia dziewczynka i wyciągała swoje małe rączki do chłopca.

- Dlaczego mnie nie zabrałaś ze sobą? – Płaczliwy głos chłopca brzmiał, z nutą pretensji,

- Och Oli, jesteś jeszcze za malutki na tak daleką podróż – dziewczynka uśmiechnęła się do chłopca i pocałowała go w policzek,

- Ale ja czekałem, Emi..., Eemii..., Eeeemiiiii...

Głos zanikał,  oddalając się w stronę lasu.

 

Emilia usiadła na łóżku i spojrzała w okno. Nikogo nie było. Księżyc świecił jasno oświetlając werandę i brzeg lasu. Znowu ten sen. Kim jest ten chłopiec. Ma na imię tak jak jej syn, ale dlaczego w snach, mówi używając jej imienia. Co się z nią dzieje? Dlaczego w snach nawiedza ją to dziecko? Chyba za dużo czasu spędza ze swoimi dziećmi, może czas pobyć trochę z dorosłymi ludźmi. Przecież ma prawo do życia jak każdy człowiek, ma prawo do przyjaźni, do miłości, do szczęścia, w którym nie koniecznie muszą być tylko dzieci. Jako matka czuje się spełniona, ale oprócz macierzyństwa jest przecież jeszcze inne życie, nie tylko matki, ale po prostu kobiety.

Powieki zaczęły jej ponownie opadać, położyła się, przytuliła twarz do poduszki i odpłynęła w kolejny sen.

* 3 *

Obudziło ją głośne szczekanie psów na podwórku. No tak, Bartek przyjechał a ona jeszcze w rozsypce.

- Ale wstyd – pomyślała i szybko wyskoczyła z łóżka. Narzuciła na siebie dres i wyszła na zewnątrz. Przy furtce stała starsza kobieta. Była otyła, dziwnie ubrana w kilka warstw ubrań, w ręku trzymała kosz, w którym były przeróżne rośliny.

- Po co przyjechałaś? – Kobieta krzyknęła w stronę Emilii. – Po co wróciłaś, znowu chcesz kogoś zniszczyć? – Usta kobiety ułożyły się w złośliwy uśmiech. – Wynoś się stąd! Wynocha! – Zawołała i ręką wskazała w stronę samochodu.

- Przepraszam, ale chyba mnie pani z kimś pomyliła? – Głos Emilii zadrżał, bo obecność kobiety wywołała w niej dziwny niepokój.

- Wynocha, bo jak nie to ja ci pokażę! – Kobieta groźnie pogroziła kijem, który trzymała w drugiej ręce.

- Kamratowa, co wy? Co pokażecie tej młodej pani? Przecież jej nawet nie znacie, odejdźcie w spokoju i dajcie spokoju innym. – Zza drzew dobiegł męski głos i oczom Emilii ukazał się młody mężczyzna, przy boku, którego spokojnie kroczył brązowy bokser.

- Ech wy, wszystkie takie same, każdy jej broni, ale ja tu jeszcze wrócę paniusiu!

To powiedziawszy kobieta splunęła pod nogi, popatrzyła jeszcze raz na Emilię, potem na mężczyznę i odeszła w stronę lasu kilkakrotnie oglądając się za siebie, mamrocząc i spluwając na ziemię. Emilia stała zaskoczona czując, że drży na całym ciele. Kobieta była tak wrogo do niej nastawiona, że ogarnął ją lęk nie do opisania. Gdyby nie młody mężczyzna, to nie wiedziała, do czego ta kobieta byłaby zdolna i co mogłaby uczynić. Odwróciła się w stronę domu. Na progu stały dzieci, a ich miny mówiły same za siebie, że też się przestraszyły dziwnej pani.  Kiedy kobieta była już daleko w lesie i nie było jej ani widać, ani słychać dzieci podbiegły do matki i mocno przytuliły się.

- Mamusiu, dlaczego ta pani na ciebie krzyczała? – Zapytała jedna z bliźniaczek.

- Mamusiu, kto to był? – Druga z córek nie ukrywając strachu, zawtórowała siostrze.

- Mamusiu, czy ta pani tu wróci i zrobi nam krzywdę?

Dzieci mówiły równocześnie, mocno tuląc się do matki. Były przerażone tak samo jak ona i tak samo jak matka zaskoczone wizytą starszej kobiety. Przytuliła je mocno do siebie i spojrzała na radośnie szczekające psy. Dopiero teraz przypomniała sobie o swoim wybawcy.  Młody, około trzydziestopięcioletni mężczyzna, ubrany na sportowo, stał przy furtce opierając się o płot i uśmiechał do niej, a jego pies wesoło „gaworzył” sobie z Sabą i Nery.

- Bardzo panu dziękuję za pomoc – Emilia odwzajemniła uśmiech. – Ta pani, chyba mnie z kimś pomyliła. Nie znam jej, pierwszy raz w życiu widziałam ją na oczy...

- Spokojnie to miejscowa wariatka, wszyscy ją tu znają. Niech się pani jej nie obawia. Ona nie jest groźna, tylko lubi się innym czasami odgrażać – mężczyzna popatrzył w stronę lasu. Pogodny uśmiech rozjaśnił jego twarz. – Przepraszam, nie przedstawiłem się, nazywam się Mariusz Porębski, jestem tutejszym lekarzem, a pani zapewne letniczka?

Emilia podeszła do płotu i stanęła przy furtce. Spojrzała najpierw na mężczyznę, a potem na psa. Nad płotem podała mężczyźnie rękę i nieco uspokojona powiedziała:

- Nazywam się Emilia, jestem nową właścicielką leśniczówki, a to moje dzieci Wiktoria, Nikola i Olaf. – Dzieci już stały przy płocie i przez drewniane szczeble głaskały bokserka.

- O, przepraszam to jest Borys – to powiedziawszy mężczyzna wskazał na swojego psa. – Borys przywitaj się z panią i jej ślicznymi dziećmi.

Pies stanął na dwóch łapach, wesoło pomachał ogonem i dwa razy szczeknął.

- Zaprosiłabym pana na herbatę, czy nawet na śniadanie, ale obawiam się… –Emilia spojrzała na Sabę i Nery. - Czy nasze psy nie zrobią sobie krzywdy. – Wzruszyła ramionami robiąc bardzo zatroskaną minę.

- One już się polubiły, czy nie zauważyła pani tego? – Mężczyzna spojrzał na trzy biegające wzdłuż ogrodzenia psy. - Borys jest już stary i na pewno nie będzie tym dwom panienkom naprzykrzał się zbytnio, ale nie wiem jak pani psy? – Odwrócił głowę i popatrzył w stronę Saby i Nery.

Suczki biegały wesoło wzdłuż płotu, zachowując się tak, jakby nie mogły doczekać się swojego gościa. Szczekały, skamlały i najwyraźniej przymilały się do Borysa.

Emilia zdecydowała się wpuścić na teren leśniczówki nowo poznanego mężczyznę. Biło od niego coś takiego, że poczuła nieodpartą potrzebę porozmawiania z nim. Otworzyła furtkę i gestem zaprosiła obu gości do ogrodu. Dzieci od razu doskoczyły do nowego psa i zaczęły go głaskać, przytulać się do niego, a ten tylko mruczał zadowolony jakby czekał na takie pieszczoty od dawna. Emilia odprowadziła Mariusza do werandy i wskazała mu miejsce na fotelu.

- Proszę usiąść i zaczekać, zaraz zaparzę kawę... – odeszła w stronę drzwi wejściowych, ale nagle zatrzymała się i zawołała - O nie! – Złapała się za głowę i roześmiała. – Zaprosiłam pana na kawę, a nie mam prądu. Niestety nie mam jak zagotować wody, może napijemy się soku, albo wody mineralnej? – Zaproponowała.

- No trudno, taką miałem ochotę na tę kawę – mężczyzna uśmiechnął się do niej. - Proszę się nie przejmować, bardzo chętnie napiję się wody mineralnej. – To powiedziawszy mrugnął figlarnie okiem.

Emilia weszła do domu, szybko wskoczyła do swojego pokoju, aby się przebrać. Pomogła Olafowi założyć czyste ubranko, dziewczynkom również nakazała zmienić piżamki na koszulki i krótkie spodenki.  Przyniosła z kuchni butelkę wody, dwie szklanki i usiadła obok mężczyzny w swoim ulubionym fotelu.

Na drodze pojawił się duży zielony samochód terenowy Bartka. Słysząc jego warkot wszystkie psy podbiegły do bramy głośno szczekając i radośnie machając ogonami.

- No ładnie! Widzę, że nasz doktorek czasu nie marnuje – Bartek wyskoczył z samochodu.

- O, wujek! – Trzy piskliwe głosiki zawołały z okna na piętrze.

- Wujek? – Mariusz zrobił zdziwioną minę.

Bartek otworzył bramę i powoli wjechał samochodem na podwórko. Wysiadł i zaczął wypakowywać przeróżne skrzynki z narzędziami i materiałami budowlanymi, które przywiózł ze sobą.

- Witam doktorku, cześć Emi! – Podszedł do werandy i podał rękę gospodyni, a potem Mariuszowi. – Ty masz nosa, piękną kobietę nawet pod ziemią znajdziesz, co?

Bartek mrugnął figlarnie do Emilii i usiadł na werandzie obok Mariusza. Jego wesołe oczy wprawiły oboje w zakłopotanie. Emilia poczuła rumieniec na twarzy, a Mariusz opuścił wzrok i nieśmiało uśmiechnął się. Chwilę siedzieli w milczeniu, wreszcie Bartek wstając skłonił się w stronę Emilii i powiedział:

- No cóż, wy sobie tu gruchajcie, a ja tymczasem zabieram się za robotę. Bo moja szefowa mnie zwolni – wstał i klepnął Mariusza w ramię.

- Szefowa? – Mariusz posłał w stronę Emilii pytające spojrzenie.

- Och, jaka tam szefowa. Bartek zaofiarował się pomóc mi. Nie mamy prądu ani wody, nikogo tutaj nie znamy, więc to tylko przyjacielska przysługa.

- A, to teraz rozumiem. – Mariusz wstał i podszedł do Emilii. – Miło było cię poznać. Mam nadzieję, że się jeszcze kiedyś spotkamy. Teraz muszę już lecieć, bo za godzinę zaczynam dyżur w przychodni. – To powiedziawszy podał jej rękę, odwrócił się i gwizdnął na psa.

Borys podbiegł do swojego pana, a za nim wesoło przybiegły Saba i Nery. Psy wyraźnie były niezadowolone z tego, że goście już opuszczają ich posesję. Dzieci do tej pory zajęte, rozmową z Bartkiem, również dołączyły do swoich ulubieńców. Wszyscy odprowadzili Mariusza i Borysa do furtki, a kiedy obaj już odchodzili Emilia zawołała:

- Mam nadzieję, że jeszcze mnie kiedyś odwiedzisz?

- Bardzo chętnie! – Mariusz uśmiechnął się i pomachał ręką na pożegnanie.

Kiedy zniknęli w gęstwinie drzew, wróciła do domu i zabrała się za przygotowywanie śniadania. Zapowiadał się kolejny upalny dzień i koniecznie trzeba było jakoś zorganizować czas dla dzieci, żeby nie nudziły się na tym rozgrzanym słońcem podwórku.

Przygotowując kanapki cały czas myślała o kobiecie, która ją dzisiaj odwiedziła. Mariusz powiedział, że ona jest nie groźna, ale Emilia i tak czuła wobec niej dziwny strach. Postanowiła porozmawiać o niej z panem Tomaszem. On mieszka tutaj od lat i na pewno ją zna. Może będzie znał odpowiedź na to, dlaczego ta kobieta tak na nią napadła i co miała na myśli mówiąc: „Po co wróciłaś, znowu chcesz kogoś zniszczyć?”. Emilia postawiła śniadanie na stoliku, na werandzie i zawołała dzieci, a następnie poszła poszukać Bartka, aby zaproponować mu wspólny posiłek. Usiedli razem, jedząc przygotowane przez Emi śniadanie, kiedy Nikola przysunęła się do Bartka, złapała go za rękę i szepnęła:

- Wujku, jedna pani dzisiaj na mamusię nakrzyczała. Była straszna i wyglądała jak Baba Jaga, a potem przyszedł ten miły pan i ją wypędził.

Bartek popatrzył na Emilię.

- Jaka pani?

- Dziwna była... gruba... dziwnie ubrana i chociaż miała bardzo sympatyczną twarz, była na mnie strasznie wściekła – Emilia zamyśliła się. - Wygrażała mi, mówiła, że przyjechałam po to, żeby kogoś zniszczyć. Wystraszyła nas. Nie wiem, co by było, gdyby akurat wtedy Mariusz nie zjawił się ze swoim psem. – Powiedziała spokojnie z wyraźnym zadowoleniem w głosie.

- A... pewnie Kamratowa! – Bartek kiwnął głową. – Kobieta nie jest groźna, ale nieszczęśliwa. Podobno kiedyś była bardzo zakochana w jakimś mężczyźnie, a ten wyjechał na studia i przywiózł ze sobą kobietę, z którą oczywiście ożenił się. Wydarzyła się jakaś tragedia i mężczyzna zginął w wypadku razem ze swoją młodą żoną. Po tym wypadku, podobno Kamratowa sfiksowała i powtarzała wszystkim, że to jej wina, bo życzyła tamtej kobiecie śmierci za to, że odbiła jej ukochanego. – Wzruszył ramionami i uśmiechnął się. - Ale to są tylko plotki, może jesteś podobna to tej jej rywalki? – popatrzył na swoją nową znajomą robiąc przy tym bardzo zagadkową minę. – Pogadaj z moim teściem, on ją zna lepiej i zna tę całą miłosną historię, podobno znał osobiście jej narzeczonego i tę jego żonę.

Podziękował za śniadanie i wrócił do swojej pracy. Chwilę później z wnętrza domu zaczęły dochodzić dźwięki wiertarki, młotka i innych narzędzi. Emilia sprzątnęła ze stolika i zadecydowała, że pojedzie z dziećmi nad jezioro. W domu i tak nie miała nic konkretnego do roboty, a jednocześnie nie chciała, aby dzieci kręciły się obok Bartka i przeszkadzały mu. Kiedy wyjeżdżali, słońce stało już wysoko na niebie, zostawiła swojemu nowemu przyjacielowi zapasowy klucz i powiedziała, że nie wie, o której godzinie wrócą. Potem zapytała, gdzie znajdzie pana Tomasza i odjechała.

 

* 2 *

- Mamusiu, mamusiu...

Delikatne małe rączki, które głaskały po policzku, i piskliwy głosik wyrwały ją z pięknego i głębokiego snu.

Mamusiu, dlaczego śpisz na werandzie, nie ma dla ciebie w tym domu łóżka?

- Ja ci oddam moje, a sama będę spała razem z Wiktorią.

- Nie, ja mamusi oddam łóżko, ja mogę spać nawet na podłodze.

- Mamusiu, nie zmarzłaś?

- Mamusiu, kiedy będzie śniadanie, jestem głody!

Trzy dziecięce głosy przekrzykiwały się nawzajem. Małe rączki, głaskały jej policzki, włosy, lub poprawiały koc, którym była przykryta.

 O Boże! – Pomyślała kobieta – zasnęłam na werandzie. - Może pójdziecie się umyć do wanny, a ja pomyślę, co zrobić na śniadanie? – Powiedziała, spokojnym głosem i wskazała dzieciom podwórko.

Słońce stało już dość wysoko. Spojrzała na zegarek - dochodziła godzina dziesiąta.

 To niemożliwe, te małe potworki nigdy nie śpią tak długo – pomyślała. - Musiały wstać dużo wcześniej, ale dopiero teraz odważyły się ją obudzić. Chyba, dlatego że ich brzuchy zaczęły dopominać się jedzenia.

Wstała z fotela i spojrzała na trójkę chlapiących dzieci, którym wesoło towarzyszyły dwa duże, zadowolone owczarki.

Uśmiechnęła się do nich, pomachała ręką i weszła do środka. W całym domu, na podłodze stały walizki, kartony, plecaki. Leżały porozrzucane ubrania i buty. Kobieta zamyśliła się na chwilę i poszła do kuchni. Dobrze, że jadąc tutaj zrobiła po drodze zakupy w sklepie przy drodze, bo inaczej w tej chwili nie mieliby nawet, co zjeść na śniadanie. Pomyślała o filiżance kawy, takiej gorącej, pachnącej, ale niestety bez prądu mogła o tej kawie tylko marzyć.

W kuchni stał wprawdzie stary, węglowy piec, ale ona nigdy w takim piecu nie rozpalała. Nie wiedziała nawet czy komin jest drożny, czy jest drewno lub węgiel. Wczoraj nie zdążyła zerknąć do starej szopy stojącej za leśniczówką. Innym razem tam zajrzy i postara się nauczyć palenia w piecu. Może poprosi kogoś o pomoc. A może zaczeka do przyjazdu brata. Może...?

Wyszła na werandę i zawołała:

- Moje kochane łobuziaki. Co powiecie na śniadanie poza domem? Wczoraj po drodze widziałam taki przydrożny bar, więc pojedziemy tam i przy okazji zwiedzimy trochę okolicę?

- Hurrrrraaaaaa! – Dziecięce głosy, oraz wtórujące im wesołe szczekanie psów zaczęły niebezpiecznie zbliżać się w stronę domu.

- O.K. Macie pięć minut na ubranie się – powiedziała do nich wesołym, ale stanowczym głosem. - Kto pierwszy będzie gotowy otwiera bramę i wyjeżdżamy, ale niestety... – Spojrzała na psy - Saba i Nery zostają, na podwórku, ktoś powinien pilnować naszych rzeczy, prawda?

Miny dzieci trochę posmutniały, ale trwało to tylko krótką chwilę. Nie minęło piętnaście minut, a srebrny duży samochód wyjeżdżał już z piaszczystej, leśnej drogi na jezdnię prowadzącą do miasteczka.

Mijana okolica była jak z bajki. Przez dłuższy czas droga prowadziła między polami słoneczników, kukurydzy, oraz ozdabiającymi ich brzegi makami i chabrami. Wkrótce zaczęły pokazywać się budynki, stojące na czystych, zadbanych podwórkach, w otoczeniu malowniczych ogrodów. Dzieciaki cały czas śmiały się i wygłupiały na tylnym siedzeniu. Kobieta spoglądając w lusterko, uśmiechała się do nich czule. Wreszcie samochód zatrzymał się przed żółtym budynkiem, na którym wisiał duży szyld: PYSZNE JEDZONKA U BASI I TOMKA, a pod szyldem wisiała tablica z napisem: SERDECZNIE ZAPRASZAMY.

Kobieta weszła do środka, a za nią weszło troje, ciekawie rozglądających się wokół dzieci. Usiedli przy stoliku pod oknem, z którego roztaczał się y widok na spokojne, duże jezioro.

Goście siedzący przy stolikach z zainteresowaniem spojrzeli w ich stronę. Młoda kobieta poczuła jak jej policzki zalewa fala gorąca. Spokojnie wzięła kartę dań i zaczęła przeglądać menu. W tym momencie podeszła do ich stolika, atrakcyjna, trochę korpulentna młoda kobieta o dużych, ciemnych oczach i miłym uśmiechu.

- Dzień dobry. Mam na imię Basia, obsługuję w tym barze szanownych gości. W czym mogę państwu pomóc? – To powiedziawszy skłoniła się w stronę kobiety i dzieci.

- Dzień dobry – odpowiedziała jedna z dziewczynek. – Przyszliśmy na śniadanie, bo u nas w domu nie ma prądu ani wody, a nasza mamusia zapomniała zrobić zakupy. Ja będę jadła kiełbaskę na ciepło, dużo ketchupu i do tego bułkę z masełkiem.

- A ja chcę jajecznicę z trzech jajek z szyneczką, serem i szczypiorkiem i też bułeczkę z masełkiem – druga dziewczynka szybko weszła siostrze w słowo.

- A ja chcę hamburgera, frytki i cole – z bardzo poważą miną powiedział chłopiec.

- Bardzo mi przykro młody człowieku, ale hamburgerów u nas nie ma, bo są nie zdrowe. – Kelnerka zwróciła się do chłopca. - Frytki smażymy tylko do dań obiadowych, a wy przecież, jak poinformowała mnie przed chwilą ta panienka, przyszliście na śniadanie.

Uśmiechnęła się i spojrzała pytająco na kobietę siedzącą przy stoliku.

Trzy małe główki odwróciły się w stronę matki i trzy małe zaniepokojone pary oczu, zaczęły przyglądać się jej wyczekując ostatecznej decyzji.

- No nie. Zapomniałyście, że to przecież ja wpadłam na ten pomysł i zaproponowałam zjedzenie śniadania w barze – kobieta spokojnym głosem poinformowała dzieci. – Pozwólcie, że sama zadecyduję o tym, co będziemy jedli? – Spojrzała na nie z tajemniczą miną.

Odwróciła się do kelnerki odwzajemniając jej uśmiech.

- Dla mnie poproszę dużą, czarną kawę z jedną kostką cukru, dla dzieci soki pomarańczowe, następnie cztery bułki, do tego masło orzechowe i dżem, dwa razy twarożek ze szczypiorkiem oraz cztery jajka na miękko.

Trzy małe buzie przybrały obrażone miny i jednocześnie z trzech ust wydobyło się cichutkie:

- O nieeeee...

Kelnerka skłoniła się w stronę młodej kobiety i jeszcze raz zerknęła na małych klientów. Wzruszyła ramionami i odeszła w stronę zaplecza. Przy stoliku zapanowała cisza. Dzieci z bardzo obrażonymi minami odwróciły się w stronę okna i zaczęły obserwować napływających nad jezioro ludzi, głównie turystów z kocami, ręcznikami, materacami, piłkami i innymi akcesoriami wakacyjnego pobytu na plaży.

Kobieta, czekając na zamówienie z zainteresowaniem przyglądała się osobom przebywającym w barze. Przy stoliku obok drzwi siedziała para młodych ludzi. Wyglądali na jej rówieśników. Kilka stolików dalej obok dużej donicy, z rozłożystą paprocią siedział starszy, elegancko ubrany mężczyzna. Nie ukrawając zainteresowania jej osobą, ciekawie spoglądał w stronę ich stolika. Szybko odwróciła wzrok i idąc za przykładem dzieci popatrzyła w stronę jeziora. Zamyśliła się. Zapowiadał się kolejny upalny dzień. W myślach zaczęła układać kolejne sprawy do załatwienia, oraz to, co powinna zrobić w pierwszej kolejności. Z zadumy wyrwał ją zapach kawy, o jakiej marzyła. Kelnerka postawiła zamówione dania, uśmiechnęła się i odeszła. Dzieci na widok jedzenia przestały się dąsać, a ponieważ były głodne, szybko zabrały się do konsumowania śniadania. Kobieta cały czas czuła na sobie wzrok starszego pana, ale nie odważyła się ponownie spojrzeć w jego stronę.

- Po śniadaniu chciałabym pojechać z wami do centrum Handlowego, zrobić trochę zapasów. Potem, poszukamy jakiegoś warsztatu. Mam nadzieję, znajdziemy kogoś, kto naprawi nam prąd i sprawdzi, dlaczego nie mamy wody – powiedziała wesoło. – A jak wrócimy to, rozejrzymy się po domu i każde z was wybierze dla siebie pokój.

 

Zapowiedziane przez mamę zakupy całkowicie wymazały z małych twarzyczek grymasy niezadowolenia. Przy stoliku znów siedziała trójka wesoło szczebioczących maluchów. Kiedy skończyli jeść, kobieta poszła uregulować rachunek, do stojącej obok baru pani Basi, a swoim dzieciom nakazała czekać na siebie na tarasie.

Z posłuszeństwem nigdy nie było u nich kłopotów, więc nie obawiała się, że odejdą. Starszy mężczyzna również wstał, ani na chwilę nie spuszczając z niej wzroku. Ukłoniła mu się i uśmiechnęła chcąc jak najszybciej opuścić bar. Mężczyzna wyszedł za nią. Gdy wsiadała do samochodu podszedł do niej i zapytał:

- Bardzo panią przepraszam, nazywam się Tomasz Dosiecki. Jestem właścicielem tego baru, czy mógłbym zamienić z panią słówko?

Kobieta zaniepokojonym wzrokiem popatrzyła w smutne, zmęczone, oczy mężczyzny i kiwnęła głową.

- W czym mogę panu pomóc? Mam nadzieję, że nie chodzi panu o to, jak moje pociechy zachowywały się podczas posiłku. Chyba były dość grzeczne?

- Nie, nie! Nie o to chodzi. – Mężczyzna zamyślił się. – Przyglądałem się, kiedy siedziała pani z dziećmi i cały czas mam wrażenie, że panią znam. Nie mogę tylko sobie przypomnieć skąd, może pani sobie mnie przypomina?

- Przykro mi bardzo, ale nie! – Odpowiedziała stanowczym głosem. - Jestem w tej okolicy pierwszy raz, przyjechaliśmy wczoraj wieczorem, nie przypominam sobie żebym kiedykolwiek pana widziała.

- Na długo pani przyjechała? – Mężczyzna cały czas przyglądał się jej z tajemniczą miną.

- Nie wiem, może na długo, może na zawsze. Na razie mam zamiar pobyć tu około dwóch miesięcy, a co będzie potem...? – Wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się. - Przykro mi, że nie mogę panu pomóc. Pan wybaczy. Trochę mi się dzisiaj spieszy. Mam do załatwienia kilka spraw.

 Wsiadła do samochodu i kiedy miała odjeżdżać, nagle coś jej wpadło do głowy.

Mężczyzna ukłonił się przepraszająco, uśmiechnął, i wolnym krokiem zaczął odchodzić w stronę baru. Kobieta wyskoczyła z samochodu i podbiegła do niego.

- Panie Tomaszu! – Zawołała doganiając go przed wejściem. – Przepraszam, za swoje zachowanie, ale może pan będzie mógł mi w czymś pomóc?

Mężczyzna odwrócił się z wyrazem zaskoczenia i zainteresowania na twarzy. Popatrzył w ciemno brązowe oczy młodej kobiety.

- A w czym to ja stary mogę pani pomóc?

- Szukam jakiegoś fachowca, wie pan takiej złotej rączki. Tam, gdzie się zatrzymałam nie mamy ani wody ani prądu, domek jest dość stary, więc przypuszczam, że to awarie czasowe. Może mógłby mi pan kogoś polecić w tej okolicy?

Mężczyzna chwilę zastanawiał się, wreszcie nieśmiały uśmiech rozjaśnił jego twarz.

- Myślę, że mogę pani polecić mojego zięcia. Mąż Basi, to znana w okolicy prawdziwa „złota rączka” - powiedział z dumą. - Ma warsztat elektryczny po drugiej stronie jeziora. Chłopak zna się naprawdę na wszystkim, niejednemu tu już życie uratował, niech pani zapisze mi swój adres, a ja go do pani wyślę.

- Może pan wpadłby razem z nim? Zapraszam!– Kobieta uśmiechnęła się i wzruszyła ramionami. - Może dziś po południu, albo wieczorem? Nie znam tu nikogo, a czuję, że w panu znalazłam przyjazną duszę. To jak? Przyjdzie pan razem z zięciem? – W jej głosie zabrzmiała błagalna nuta. - Zostawię panu numer telefonu. Jak się pan namyśli, to proszę zadzwonić.  – Podała mu kartkę, na której wypisane było dziewięć cyfr.

- Chętnie. Gdzie się pani zatrzymała? –Propozycja kobiety zainteresowała go.

- W leśniczówce.

- W leśniczówce? – Mężczyzna zbladł, a źrenice jego oczu nagle powiększyły się. Zauważyła w nich dziwny niepokój, a jego dłonie wyraźnie zaczęły drżeć.

- Panie Tomaszu, czy coś się panu stało? Zbladł pan – zapytała wyraźnie przestraszona.

- Nie moje dziecko, nic mi nie jest, to tylko starość. Przepraszam. Zadzwonię do pani jak tylko uda mi się dogadać z Bartkiem, to znaczy z moim zięciem. Pani wybaczy muszę już iść. Do zobaczenia.

- Do zobaczenia. Czekam!

Stała, przyglądając się odchodzącemu, wolnym krokiem mężczyźnie. Zaniepokoiła ją ta nagła zmiana w jego zachowaniu. Podeszła do samochodu, gdzie dzieci oczywiście szalały jak stado dzikich koni, wsiadła i odjechała w stronę miasteczka. Mężczyzna wszedł do baru i stojąc w oknie obserwował odjeżdżający samochód tak długo, aż ten zniknął z jego pola widzenia.

 

Wrócili do domu około godziny szesnastej. Maluchy raźno wyskoczyły z samochodu, a na widok dwóch, wielkich, szarych rozszczekanych owczarków zapomniały natychmiast o zmęczeniu i pobiegły przywitać się z nimi. Kobieta zaczęła wypakowywać z bagażnika zakupy i kiedy wnosiła je do domu, przed bramą zatrzymał się duży zielony samochód terenowy. Odwróciła się i z radością popatrzyła na swoich gości. Z samochodu właśnie wysiadał pan Tomasz, oraz młody, przystojny mężczyzna, ubrany w szare krótkie spodenki, niebieskie polo i szarą czapkę z daszkiem. Podeszli do niej po drodze bez lęku tarmosząc po grzbietach psy. Zachowywali się tak, jakby znali te psy od zawsze. Saba i Nery merdając ogonami, wesoło odprowadziły gości w stronę swojej pani.

- Dzień dobry, jestem Bartosz Somosa. Przyjechałem z teściem, bo podobno szuka pani kogoś do pomocy? – Przedstawił się mężczyzna towarzyszący panu Tomaszowi.

- Witam. Emilia Kostecka - podała rękę mężczyźnie – Witam serdecznie w moich skromnych progach. Przepraszam za ten straszny bałagan, ale wczoraj wieczorem przyjechaliśmy i jeszcze nie zdążyłam nas wszystkich rozpakować.

Spojrzała na pana Tomasza. Jego pogodna twarz była dziwnie szara, a smutne oczy przyglądały się jej z wyrazem troski i zaskoczenia. Posadziła obu panów na werandzie i weszła do domu po zimne napoje.

- To, co się tak właściwie dzieje pani Emilio? – Bartek z wesołymi iskierkami w oczach stanął przed leśniczówką i z zaciekawieniem oglądał budynek.

- Sama nie wiem. Nie mamy prądu, ani wody. Kiedy próbuję odkręcić kran, to tylko coś dyszy w nim i sapie, a wody brak – odpowiedziała. - Wczoraj nabrałam wody ze studni za domem, wyszorowałam tę starą wannę i dzieciaki pomyłam w iście pionierskich warunkach. Ale teraz jest ciepło, wręcz upalnie, więc tak można. Jak przyjdą chłody, to co?

- Bez paniki. Jeżeli pani pozwoli to trochę pospaceruję po domu i zobaczę, co i jak – mężczyzna dotknął jej dłoni w geście uspokojenia.

- O.K. W porządku, ale pod jednym warunkiem...

Bartosz, uniósł brwi i z zaciekawieniem spojrzał najpierw na nią, a następnie na swojego teścia.

- Pod warunkiem, że będziemy mówili sobie po imieniu. Panie Tomaszu, pana też to dotyczy, proszę mi mówić Emilia, lub w skrócie jak przyjaciele i rodzina - Emi.

Tomasz uśmiechnął się i kiwnął głową

- Jak sobie życzysz Emi. Klient nasz pan, a teraz może pozwolisz, że się oddalę na kilka minut i zwiedzę ten wspaniały pałac?

To powiedziawszy wszedł do domu, a za nim równo jak w orszaku weszły dzieci oraz psy. Z budynku zaczęły dochodzić głosy kłótni. Dzieci przypomniały sobie, że miały wybrać dla siebie pokoje, a to już był dostateczny powód do tego, aby powstała „wojna domowa”.

- Jak się tutaj znalazłaś, na tym pustkowiu? – Zapytał Tomasz.

- Tutaj, to znaczy w tej leśniczówce? –  Odpowiedziała pytaniem, na pytanie gościa – Otrzymałam ją w spadku po moich rodzicach – uśmiechnęła się smutno. – Nawet nie przypuszczałam, że oni coś takiego mają. Mój brat podobno był tutaj kilka razy. Powiedział mi, że to prawie ruina, ale ja jednak postanowiłam przyjechać i sama się o tym przekonać.

- Od dawna twoi rodzice nie żyją?

- Tato, zmarł pięć lat temu, a mama w zeszłym roku – spuściła głowę, aby ukryć napływające do oczu łzy. - Dopiero po śmierci mamy notariusz przeczytał nam testament. Mój brat odziedziczył mieszkanie, w którym mieszkałam, jako dziecko z rodzicami, a ja tę leśniczówkę. Brat zaproponował, żebyśmy to wszystko sprzedali i podzielili się pieniędzmi, ale ja zdecydowałam najpierw przyjechać i zobaczyć. To dziwne...

Emilia zamyśliła się, a jej wzrok zatrzymał się na zagajniku starych sosen.

- Co jest dziwne?

- Kiedy tu przyjechałam i wczoraj w nocy siedziałam na werandzie, czułam jakąś dziwną więź z tym miejscem. Mimo tego, iż las w nocy wygląda groźnie, czułam się tu bezpieczna, było tak dobrze jakbym... – przerwała i spojrzała na Tomasza - tutaj mieszkała od zawsze.

Tomasz spuścił wzrok, a w jego oczach zaszkliły się małe kropelki łez. Wiedział już, kim jest ta kobieta. Wiedział, kogo mu przypomina i do kogo jest tak łudząco podobna. Tylko czy ona wie, kim jest? Upił trochę soku i spojrzał w oczy kobiety. Niewidzącym wzrokiem patrzyła gdzieś w stronę lasu, delikatnie kołysząc się w bujanym fotelu. Jej oczy były jak martwe, ale tak piękne jak oczy innej kobiety. Tyle razy wpatrywał się w tamte oczy, że nigdy ich nie zapomniał. Emilia właśnie miała takie oczy.

- No kochani, już wszystko wiem. Znalazłem to, co chciałem i jutro od samego rana zabiorę się za robotę. Dzisiaj niestety jeszcze będziecie musieli obyć się bez cywilizacji – głos Bartka wyrwał Tomasza i Emilię z zamyślenia.

Oboje spojrzeli na niego jakby był przybyszem z innej planety. Za plecami młodego mężczyzny, jak podwładni, stało troje brudnych, uśmiechniętych dzieci.

- Mamusiu, wujek Bartek pomógł nam wybrać pokoje, bo my sami bardzo się kłóciliśmy. Wujek nam wytłumaczył, dla kogo przeznaczony jest, który pokój – Wiktoria z dumą złapała Bartka za rękę.

- Wiki i ja będziemy miały pokoje obok siebie, ponieważ obie jesteśmy dziewczynkami.  Olaf będzie miał pokój obok ciebie. On jest chłopcem i musi cię pilnować – bliźniacza siostra Wiktorii złapała Bartka za drugą rękę.

- Nie będziesz musiała spać na dworze. Dla ciebie też mamy pokój, koło mnie, cieszysz się? – Trzyletni chłopczyk usiadł matce na kolanach i mocno objął ją za szyję.

Kobieta uśmiechnęła się ciepło i przytuliła swoją najmłodszą pociechę, następnie pocałowała go w czubek głowy i postawiła na werandzie. Tomasz z zięciem wymienili między sobą porozumiewawcze spojrzenia.

- No moje panny, miło mi było was poznać, ale my już musimy wracać. Moja Basia na pewno czeka na nas z kolacją. Jutro powinniście wcześnie wstać, bo jak nie... – Bartek zrobił groźną minę. - to przyjadę i was prosto z łóżek wrzucę do wanny z wodą. – Podniósł chichoczące dziewczynki do góry i przytulił do siebie.

- Dziękuję. Cieszę się, że was poznałam. Teraz już czuję się tu jak u siebie w domu. – Emilia podała rękę Tomaszowi i lekko musnęła ustami jego policzek.

Mężczyzna uśmiechnął się, ukłonił w stronę dziewczynek i poszedł za Bartkiem do samochodu. Kiedy wsiadał, jeszcze raz popatrzył na dom, potem na Emilię i pomachał dzieciom na pożegnanie.

- No to do jutra!

- Do jutra! – Odpowiedziała mu cała czwórka, nawet psy, chcąc się dołączyć do pożegnania głośno szczeknęły.

Po odjeździe gości, Emilia dokończyła wypakowywanie zakupów i zabrała się za przygotowywanie kolacji dla siebie i dzieci. Kiedy już wszyscy byli syci i nakarmieni, pomogła dzieciom umyć się, w starej wannie, w której woda przez cały dzień nagrzała się promieniami słonecznymi i była tak ciepła jak w łazience. Dzieciaki chlapały się i pluskały wesoło pokrzykując, a radość, jaka biła od nich napawała ich matkę szczęściem. Saba i Nery wesoło poszczekiwały biegając naokoło wanny. Po kąpieli, dzieci jak zawsze bardzo posłusznie ubrały się w swoje piżamki.

- Mamusiu, możemy jeszcze trochę z tobą posiedzieć na werandzie, jest jeszcze jasno, proszę... – do uszu Emili dobiegł cichy głosik Nikoli.

- Prosimy – zawtórowały dwa pozostałe.

Uśmiechnęła się do dzieci, przytuliła do siebie całą trójkę i kiwnęła głową na zgodę.

- Tylko błagam was nie wybrudźcie się przed snem, bo jak potem położycie się do łóżek? – Popatrzyła na dzieci i uśmiechnęła się. – Teraz zapraszam do waszych pokoi, pomożecie mi ubrać czyste pościele w waszych nowych łóżeczkach.

- Mamusiu, te łóżeczka nie są nowe, one są takie stare jak pan Tomasz, albo jeszcze starsze – Wiktoria z pewną miną na twarzy zwróciła się do matki.

- Wiem kochanie, że one nie są nowe ze sklepu, ale są nowe dla nas.   Nowe, to znaczy takie, w których jeszcze nie spaliśmy – Emilia przytuliła córkę. - Jak już zadecyduję, czy zostaniemy tu na zawsze, czy wrócimy do domu w mieście, to postaram się kupić dla was nowe mebelki – powiedziała spokojnym, zdecydowanym tonem.

- Ja chcę tu zostać, nie chcę do domku! – Płaczliwym głosem odezwało się najmłodsze z dzieci.

- My też nie chcemy do naszego domu. Tamten dom jest brzydki, nam się tutaj podoba. Tu jest tak fajnie i wesoło, prosimy zostańmy tu! – Wiktoria objęła matkę w pasie i mocno przytuliła się do niej.

- Dobrze, zastanowię się, a teraz moje panny do roboty – zawołała i wesoło klepnęła każde z dzieci.

Weszli do domu i wspólnie zabrali się do wypakowywania jednego z przywiezionych ze sobą kartonów, do którego Emilia przezornie włożyła kilka zmian pościeli. Ponieważ każde z dzieci miało teraz swój pokoik i swoje łóżko, postanowiła, że bajkę opowie im w salonie. Przykryła swoje pociechy kocem, i usiadła obok kanapy na miękkim dużym dywanie.

- Dawno, dawno temu, był sobie duży las, w którym mieszkały różne zwierzątka – zaczęła jak każdego wieczoru, cichym, spokojnym głosem. - W tym pięknym, dużym lesie stał piękny pałac. Mieszkała w nim wielka i dobra królowa, która miała dwie śliczne księżniczki oraz małego księcia. Któregoś dnia...

Bajka trwała prawie godzinę. Kiedy Emilia zauważyła, że jej mały synek już śpi, a dziewczynkom powieki zaczynają opadać, każde po kolei wzięła na ręce zaczynając oczywiście od najmłodszego, ucałowała ich ciepłe, rumiane policzki i zaniosła dzieci do łóżek.

Nareszcie spokój.

Dzień był męczący. Pogoda jak przystało na tę porę roku była bardzo upalna, co powodowało dodatkowe zmęczenie. Trójka biegających i hałasujących dzieci też zrobiła swoje. Emilia weszła do kuchni i nalała sobie kieliszek czerwonego wina. Wzięła paczkę krakersów i przeszła na werandę. Wieczór był ciepły, w około roztaczał się zapach sosen. Jedno, o czym teraz marzyła, to usiąść w wygodnym, starym fotelu na biegunach, zamknąć oczy i odpocząć. Zrelaksować się w tym baśniowym otoczeniu. Zanim tu przyjechała mało miała takich okazji. Mieszkanie w bloku, które zajmowali posiadało pokój z balkonem wychodzącym na park i ulicę. Nigdy nie było tam takiej ciszy jak tu. Często siadała na balkonie z kieliszkiem wina dopiero późną nocą, kiedy dzieci położyła do łóżek i czekała na męża. Nie zawsze się doczekała. Czasami, następnego dnia wolałaby, aby nie wrócił tej nocy do domu. Upiła łyk i spojrzała na czarną ścianę lasu. Na podwórku nie było ciemno. Księżyc był w pełni, a niebo bezchmurne, więc jego blask oświetlał otoczenie jak latarnia uliczna. Siedząc tak pomyślała, że czuje się tu jak w domu, jakby tu się urodziła, jakby mieszkała tu od zawsze.

- Ciekawe, do kogo należała leśniczówka i dlaczego rodzice przez całe swoje życie nigdy nie wspominali, że posiadają coś tak pięknego, w tak uroczym zakątku. Jeździli z nimi po całym świecie, a nigdy nie przyjechali tutaj. Dlaczego? Zarówno jej matka jak i ojciec byli urodzonymi podróżnikami. Zwiedziła z rodzicami tyle ciekawych miejsc, a przecież, chociaż raz mogli przyjechać na wakacje tutaj, do tej oazy ciszy. Okolica spokojna, lasy, jezioro, czyste powietrze i ten bajeczny klimat. Aleks, jej straszy brat, kiedyś wspomniał o leśniczówce. Było to krótko po śmierci ojca, ale matka szybko zmieniła temat, tak jakby ta leśniczówka była tematem tabu. Na ustach Emilii zagościł uśmiech - ciekawy ten pan Tomasz – pomyślała – sympatyczny. Jest mniej więcej w wieku jej rodziców, może ich znał? Przy następnym spotkaniu podpyta go trochę. Kiedy tu przyjechała odniosła wrażenie jakby czas się zatrzymał we wszystkich pomieszczeniach.

Lubię czytać
Artykuły




Spis moli